Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

4 lutego 2025

Ludzka kobieta o człowieczym sercu w królestwie bogów, czyli "Cień w Żarze" Jennifer L. Armentrout

      Kolejna szansa dla Armentrout to kolejna seria do czytania. A że to seria poboczne Krwi i Popiołu, to nastawiłam się na to dość średnio. No nie ukrywam, że ta druga seria bardzo, ale to bardzo mi nie podeszła, dlatego nie spodziewałam się niczego dobrego. Troszkę się przeliczyłam.

      Seraphena, jako Panna, miała do wykonania ważne zadanie. Przez całe życie ukrywana przed swoim ludem, żyła w oczekiwaniu, by stać się małżonką boga. Jednak jej zdanie jest inne, niż przewidziano w umowie. Zamiast być Królową Małżonką, ma zabić Pierworodnego Śmierci. Jednak ich pierwsze spotkanie nie idzie po jej myśli, niwecząc wszystko, co sobie zaplanowała.

- To było niezwykle nieostrożne. Nie rób tak więcej.
Rozchyliłam usta, z których wyrwał się chrapliwy wydech.
- Ja... Dźgnęłam cię w pierś, a ty mi masz do powiedzenia coś takiego?
      Przyznaję się, widząc zapowiedź tego tomu miałam myśli “serio? Potrzebujemy jeszcze coś z tego uniwersum?” oraz “Weź się kobieto skup na głównej serii i ją napraw, a nie bierzesz się za dodatki…”, no bo nie ukrywam, że seria Krew i Popiół nie jest zbyt dobra. Ale no, nadal chciałam zobaczyć co takiego fenomenalnego jest w książkach tej autorki. I dopiero tutaj znalazłam światełko w tunelu. Sama fabuła jest dość prosta. Sera ma być żoną boga, a tak naprawdę musi go zabić. I tu w grę wchodzi romans oraz problemy w świecie. Z jednej strony świetnie się bawiłam, czytając dopowiedzenie do tego świata, ale z drugiej… Kurczę, samo to, kto kim jest i w ogóle, było poniekąd spoilerem. No bo w głównej serii mówią jedno, tutaj drugie, i nie ma tego efektu niespodzianki, bo wszystko się wyjaśniło, nie ma plot twistu. Chyba że ktoś nie czytał tej serii, czytając Krew i Popiół, to może, może się zaskoczyć. Ale wtedy tutaj raczej nie będzie się bawił aż tak dobrze. Coś za coś.
      Ale wracając do fabuły. Miałam wrażenie, że już gdzieś podobny schemat czytałam. Gdzie? No jasne, że u Armentrout! I to w głównej serii z tego uniwersum! Pierwszy tom Krew i Popiół. Więc tak. Trzymana w zamknięciu Panna? Popka i Sercia. Chce poznać świat? Obie chcą. Hot nieznajomy? Ciastuś i Nyktoś. Matka o lodowym sercu? U Popki i Serci, wszystko się zgadza. Mentor uczący walczyć bohaterkę? Zaliczone. Początek dosłownie kopiuj wklej, jeśli chodzi o schemat. I jak historia była całkiem spoko, tak to podobieństwo już mi nie pasowało. Miałam wrażenie, że autorka poszła na łatwiznę. Z jednej strony to pasowało, a z drugiej, no można było ogarnąć to jakoś inaczej. I ja wiem, że ciężko jest uniknąć powtórzeń motywów i sytuacji, jednak w tym konkretnym przypadku było tego za dużo. Chociaż jedno muszę przyznać. Patrząc przez pryzmat serii Krew i Popiół, scen erotycznych tutaj nie było aż tak dużo, za co byłam wdzięczna. Jasne, zdarzały się, jednak nie miałam wrażenia, że był wciśnięte na siłę. Tutaj, te kilka scen, po prostu pasowały.
      Czy w tej książce jest romans? No jest. Przecież to romantasy! Hah. Ale najlepsze w tym romansie jest dorosłe podejście bohaterów. Oni się nie fochają o byle gówno, nie robią sobie na złość, nie unikają, tylko rozmawiają. Tak zwyczajnie rozmawiają i gadają o problemach, jak je rozwiązać, jak się z tym wszystkim czują. Aż byłam w szoku! Tak normalne, a jednocześnie tak rzadkie w książkach.
      Jeśli chodzi o świat, w którym dzieje się akcja, od strony ludzkiej niewiele więcej się dowiedziałam. Praktycznie nic nowego, co już wiedziałam po serii Krew i Popiół. Jednak jeśli chodzi o świat bogów, stał przede mną otworem. Wreszcie powoli ogarniałam co i jak, łączyłam fakty oraz to, jak to wszystko funkcjonuje. I naprawdę się cieszę, że to właśnie w tej części świata skupia się akcja, że niby mamy to samo, a jednak coś innego. BO, nie ukrywam, w “głównej” serii temat bogów i całego tego świata nie był prawie w ogóle rozwinięty.
      Mam jednak wrażenie, że Armentrout stosuje jeden zabieg we wszystkich książkach. Fabułę napędza dialogami. I tu działo się dokładnie to samo. Większość akcji zaczyna dialogami, tak samo eskalowanie emocji, czy relacje. Dialogi to u niej podstawa. Przynajmniej się szybko czyta.

- Nie... Nie jesteś na mnie zły?
- Jestem zdecydowanie wzburzony - odparł, a mi przyszło do głowy kilkanaście lepszych przymiotników na pisanie stanu mojej wściekłości, gdyby to mnie ktoś niemal dźgnął w serce. - Jak już mówiłem, zapiekło mnie. Przez chwilę.
      Z Serą mam malutki problem. Bardzo podoba mi się ta postać, jednak ma mankamenty, jak szybka zmiana zdania, głupie decyzje. jednak nadal jest o wiele lepsza niż Poppy. Zachowuje się mniej dziecinnie, mniej mnie irytuje, więc od razu lepiej się czytało książkę. Plus, zauważyłam, że pokazali Serę jako postać potężną, pełną mocy, a nawet władzy. Lecz nie straciła tej niewinności, którą miała w sobie od małego. To czyni ją ludzką, coś, czego brakuje innym bogom. Ale też pokazuje, że zmiana charakteru to nie tylko pstryknięcie palcem przy zdobyciu władzy czy mocy, lecz coś więcej.
      Jeśli miałabym do wyboru Casteela i Nyktosa, bez wachania wybrałabym tego drugiego. No przepraszam bardzo, ale Daddy Nyktos jest tak cholernie gorący, że skali zabrakło. Nie ma w sobie tej toksyczności co Casteel, nie chce wykorzystać Sery, nie wykorzystuje faktu, że kobieta nie zna świata, że była praktycznie zamknięta, że nie zna dotyku mężczyzny, szanował ją i jej słowa, co czyni go jeszcze lepszym. No kolesia uwielbiam. To jaki jest dla swojego ludu, dla swoich wrogów i dla swoich bliskich. Jak traktuje dzieci! Jeju, tak się zaskoczyłam! No po prostu zdecydowanie trafił na moją ubogą listę książkowych mężów! (Jestem wybredna).
      Nie ukrywajmy, że niektóre postacie poboczne są po prostu świetne. Smoki! Smoki są najlepsze! Ich humor, ich zachowanie, ich zadziorność. No perełka tej książki! Jak ja się ubawiłam, czytając dialogi pomiędzy Nyktosem, Serą i nektasem. O tak, Nektas jest świetny! Jeszcze się zastanawiam, czy jest moim książkowym mężem, ale chyba przekonam się na tak. Poza tym, w czwartym tomie Krwi i Popiołu mamy drakena, Reavera. A tutaj jest mały! Jest dzieckiem! To takie urocze! I śmieszne, patrząc z jakiego dziecka wyrósł na takiego dorosłego. I w sumie zabawne.

- Zabiłaś tego człowieka?
- Zdaje się, że poślizgnął się i upadł na mój sztylet.
- Pewnie gardłem?
- Zdumiewające, prawda?
- Niesłychanie. Ludziom wokół ciebie dość często się to zdarza.
      Cień w Żarze przeniosła mnie do znanego świata, jedynie trochę rozszerzonego o niektóre informacje. Akcja dzieje się schematycznie, co z jednej strony działa, lecz daje poczucie deja vu, że to już znamy, że to już czytaliśmy, co może zniechęcić. Ale mimo to, ta książka była dla mnie przyjemna. Weszłam w całą historię, kibicując Serze, nie mogąc się doczekać co dalej. Ludzka kobieta o człowieczym sercu w królestwie bogów to coś, od czego nie mogłam się oderwać. Dorośli i odpowiedzialni bohaterowie o dojrzałym spojrzeniu na świat i relacje międzyludzkie, czyli coś, co się rzadko zdarza. Fani romantasy będą zachwyceni. I tę serię na tę chwilę mogę polecić.

  Tytuł: Cień w Żarze
  Seria (tom): Z ciała i ognia
  Autor: Jennifer L. Armentrout
  Tłumaczenie: Justyna Szcześniak-Norberg
  Wydawnictwo: You & YA
  Liczba stron: 640
  Gatunek: romantasy, fantastyka,
  Rok wydania: 2023

20 stycznia 2025

Elfka z elfem to całkiem dobrana para, czyli "Ucieczka Apsary" Katarzyna Podstawek, Katarzyna Rutowska

      Kiedy widzę ładną okładkę, nie mogę się doczekać, aż przeczytam daną książkę. Zazwyczaj pozycja taka i tak kończy na moim wiecznym TBR, ale sa przypadki, takie jak tutaj, które doczekają się czytania prędzej niż później. A jeszcze jak to jest książka z wydawnictwa SQN, to już w ogóle mój must have (w sensie, że kiedyś na pewno przeczytam. Kiedyś). No i tak było w przypadku tej pozycji. Poleżała ona trochę na półce w Legimi, a jak nabrała już mocy urzędowej, wzięłam się za czytanie.

      Elaman, pochodząca z arystokracji elfka, jest przyszłą studentką, która właśnie zmierza do domu wujostwa, by przygotować się do kolejnego etapu w swoim życiu. Jednak pod namową wuja, decyduje się na jeden wieczór szaleństwa. Dziewczyna, całe życie trzymana niczym słowik w złotej klatce nareszcie czuje, że żyje. Alkohol i dobra zabawa sprawiły, iż elfka wraz z nowo poznanym elfem z dalekiego państwa, o którym wiedziała niewiele, wyruszyli w podróż do stolicy. Na trzeźwo wizja problemów była tak przerażająca, że wyjazd i ucieczka w przygodę zostaje zmieniona na porwanie, by tylko uniknąć wściekłości wuja i odpowiedzialności za swoje czyny.
      Liczne przygody i relacje, które się nawiązują w trakcie trwania wędrówki, wyłaniają na wierzch prawdziwe charaktery elfów oraz mieszają w ich życiu. Droga do przeszłości może zostać zamknięta już na zawsze.

Jest jakaś ogromna różnica pomiędzy żywą istotą a martwym ciałem (...)
– Duch, który tkwi w tym ciele… – podjął filozoficznie. (...) – Gdy go nie ma, nie ma już ognia napędzającego worek z kośćmi. To, co jest w każdym z nas najcenniejsze, to właśnie duch. Nawet jeśli ten duch jest okrutny i straszny, to on żyje, reszta to tylko powłoka. To trochę jak z sakwą. Pusta zawsze wygląda gorzej od pełnej, nawet jeśli w środku jest łajno. Z tym że trudno dostrzec z daleka, co jest w środku. Z żywymi istotami jest podobnie.
      Przyznaję się szczerze, kupiła mnie okładka. Nie kryję się z tym. Jestem okładkową sroką i jestem z tego dumna. No ale przecież zobaczcie tylko, piękna elfka i elf, przypominający dżina. No to jest cudo! Ale też niewiele zdradzała z fabuły, którą mogłam w środku znaleźć. Szkoda, bo kocham spoilery (tak, uwielbiam spoilery. Nie osądzajcie). Dlatego podeszłam do tego z czystą głową i to była najlepsza decyzja. Na początku myślałam, że to będzie niewinna, prosta opowieść o drodze dwóch elfów, którzy napotykają przeszkody, a do tego pokonują swoje granice, by przeżyć najlepszy czas jak mogą. O jak się myliłam. To, co zaczęło się pijacką przygodą i impulsywnym pomysłem, by pojechać do stolicy, skończyło się czymś o wiele poważniejszym i już nie takim niewinnym. I to mnie zdecydowanie kupiło! Ale idąc do początku, pierwsze strony pokazują mniej więcej jak Elaman ma w życiu, jak została wychowana i czego się od niej oczekuje. I też to nakreśliło mi dwie drogi fabuły, albo będzie cnotliwa, niepewna, strachliwa i będzie się pilnowała przestrzegania prawa i tego, co wypada, albo wręcz przeciwnie, poczuje wolność i będzie robiła wszystko to, czego nie robiła do teraz. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy otrzymałam połączenie obu ścieżek.
      Odpowiedzialne, logiczne i zdecydowanie przemyślane wykorzystanie charakteru dziewczyny i jej poczucia braku kontroli przez innych spowodowało, że zamiast prostej drogi do celu otrzymałam drogę pełną zakrętów, nowości i przełamywania swoich granic przez elfkę. O rajuniu! Do tego elfka uwielbiała czytać powieści młodzieżowe, więc jej porównanie rzeczywistości do fikcji, próba wykorzystania swojej wiedzy z książek podczas poważnych problemów czy próby nawiązania relacji z innymi była wręcz zabawna! Ale! Samej Elaman, to znaczy jej solowej fabuły, nie było zbyt wiele, bo praktycznie na początku książki poznała Czadaramę, zielonego elfa, który przedstawił się jako pielgrzym. I w tym momencie zaczęła się jazda. Nasza dwójka została grzecznie wywalona z karczmy za zakłócanie spokoju (śpiewy i głośne zachowanie po alkoholu, no kto by się tego spodziewał). I wydaje mi się, że to był punkt zapalny całej tej przygody.
      Elaman w książce jest nastolatką, dopiero poznaje świat. I właśnie to poznanie mogłam z nią dzielić. Ona nie tyle widziała coś nowego, ona się po prostu uczyła świata. A autorki pozwoliły, byśmy uczyli się razem z nią. To, co na początku było nam pokazane, stopniowo się rozwiewało, ukazując coraz to większy świat oraz światopogląd. Byłam zachwycona tym, jak naturalnie przychodziło dowiadywanie się jak naprawdę wygląda świat poza strefą przyjazną elfom. I to, jak ten świat został stworzony! Naprawdę, jestem zachwycona budową świata.
      Muszę przyznać, że książka daje wiele do przemyślenia. Sytuacje w niej zawarte często odzwierciedlają naszą rzeczywistość. Ba, nie tylko sytuacje, lecz atmosfera czy po prostu nastroje polityczne. Przeciągnięcie naszego świata do tego stworzonego w książce było naprawdę dobrym zabiegiem, bo nie tylko sprawia, że po prostu łatwiej wejść w fabułę, lepiej się rozumie co tam się dzieje, lecz również daje możliwość zastanowienia się, czy u nas naprawdę jest aż tak źle i czy możemy coś zrobić, by nie doznać sytuacji z książki. Wiele wątków dotyczy dyskryminacji, rasizmu czy seksizmu, więc można powiedzieć, że tematy bardzo obecnie aktualne.
      Oczywiście nie mogę zapomnieć o wątku romantycznym. przeplata się on przez całą książkę, pojawia praktycznie co chwilę, jednak nie jest on ani wymuszony, ani wepchnięty na siłę. Wszystko pojawia się wręcz naturalnie, powoli, małymi kroczkami zbliżając do siebie odpowiednie osoby w odpowiednim momencie.

Jeśli kapłan jest w porządku, lud go zawsze złapie.
      Główni bohaterowie to coś, co w większości napędza fabułę. Dlatego tak ważna jest ich kreacja, bo nawet najlepsza historia może zostać porzucona, kiedy postacie nas po prostu zniechęcają. Na szczęście w tym przypadku jest odwrotnie. Elaman jest naiwna i niewinna. Całe życie żyła pod kloszem, widziała tylko to, co pozwoliła jej matka i w sumie w teorii miała dobre życie. To wszystko rzuciło się na jej charakter. Wszędzie widzi dobro, nie wierzy, że ludzie i elfy mogą być złe i okrutne, a więc nie skrzywdzą jej bez powodu, no bo dlaczego? Niestety, na własnej skórze doświadcza tej nienawiści i niechęci do jej rasy, co powoli zmienia jej charakter. Elfka jest świetnie wykreowana. Jako iż fabuła trwa zaledwie kilka dni, to dziewczyna nie zmieni się całkowicie, ale też nie pozostanie taka sama jak na początku podróży. I świetnie to widać podczas ostatnich stu, może pięćdziesięciu stron, kiedy Elaman próbuje być twarda, odważna, a jednak gubi się w swoich słowach i zaczyna panikować niczym mała dziewczynka. Ta scena świetnie pokazuje jak dopracowana i ogarnięta zmiana w elfce została stworzona, jak umiejętnie nią kierują.
      Czadarama za to jest Pielgrzymem i we chyba we wszystkich znaczeniach tego słowa. Jest wiernie oddany swojemu bóstwu, codziennie z nim rozmawia, modli się, śpiewa. Dosłownie wszystko robi w tego imieniu, a jeśli napotyka coś na swojej drodze, oczywiście według niego jest to w imieniu bóstwa. Jednak w tym wszystkim jest trochę naiwny. Wystarczy wspomnieć, że to bóstwo postawiło coś na jego drodze, a on z miejsca w to wierzy. Jednak z drugiej strony, patrząc na to jak potrafi walczyć i bronić się, nie bałabym się o jego bezpieczeństwo. Można powiedzieć, że jest niczym fanatyk religijny. Tak, to chyba powinno pasować do jego postaci. Fanatyk religijny. Ale pomimo tego wyraźnie widać jego łagodną stronę. Mimo swojej świętej misji otwiera się na nowe rzeczy jak i osoby. Dojrzewa się, wychodzi ze swojej strefy komfortu, jednak nadal pozostając sobą. Czadarama nie jest typowym książkowym mężem. Nie jest przystojny, lecz specyficzny, nie rzuci wszystkiego dla kobiety, chociaż według mnie jest moralnie szarą postacią, co wychodzi dopiero z czasem. Ale mimo to sprawia, że myślę o nim ciepło.
      Najbardziej jednak w tej serii pokochałam dwie postacie. Wujka i ciotkę Elaman. No cudo! Wujaszek jest takim typowym wujaszkiem, który dba o rodzinę, który dla swojej siostrzenicy i jej bezpieczeństwa zrobi wszystko. Za to cioteczka… Kluseczka jest fenomenem tej książki. Uwielbiana przez swojego męża, złotousta, pełna cierpliwości, lecz gdy coś pójdzie nie tak, wydrze się niczym rasowa banshee. Uwielbiam te fragmenty, kiedy to ona przejmuje stery. O takich postaciach i sceny z takimi osobami kocham w książkach.

Mają tam takie powiedzenie: czasem zły wóz może dowieźć cię do dobrego miasta.
      Ucieczka Apsary jest świetną książką na jesienne bądź zimowe wieczory. Przeniosła mnie do całkiem innego, lecz, o dziwo, podobnego do naszego świata. Przygody dwóch elfów, które rozpoczęły się przez pijański wieczór, sprawiają, że nie tylko chcę się uśmiechać lecz również skłaniają do rozmyślań odnośnie problemów naszej rzeczywistości. Sam styl pisania jest przyjemny, a fabuła, chociaż prosta, to wciąga po całości. Chociaż brakowało mi rozwinięcia systemu magicznego, to mam nadzieję, że w następnych częściach dowiem się o tym więcej i jeszcze bardziej pokocham ten świat.
      Chociaż na początku myślałam, że tę książkę czytam w złym momencie swojego życia, to z całą pewnością mogę powiedzieć, że bawiłam się niesamowicie! I chociaż były momenty, kiedy musiałam odłożyć książkę na bok, to wiem, że w luźniejszym okresie po prostu pochłonęłabym ją na jeden raz, ewentualnie na dwa wieczory. Polecam wszystkim fanom tak zwanej cozy fantastyki!

  Tytuł: Ucieczka Apsary
  Autor: Katarzyna Podstawek, Katarzyna Rutowska
  Wydawnictwo: SQN
  Liczba stron: 464
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2024

8 grudnia 2024

On ją ogonkiem, ona go różkami, czyli "Okrutny Ksiażę" Holly Black

      Naprawde ciekawi mnie sytuacja, kiedy po przeczytaniu i wyrobieniu sobie opinii o książce przez lata słyszy się przeciwne słowa. I wtedy się zastanawiam, czy to ja coś źle zrozumiałam? Czy może byłam za młoda? I nadchodzi reread, który trochę zmienia opinie, ale jednocześnie utwierdza w przekonaniu odnośnie kilku elementów. I właśnie tak było w przypadku Okrutnego Księcia. To mój reread, więc wiedziałam dokładnie na co się piszę.

      Jude wraz z siostrami wychowała się w świecie elfów, pomimo iż jest człowiekiem. Sam ten fakt sprawił, że była przez innych wyśmiewana, gnębiona, a nawet torturowana. Jednak wszystko się zmienia, kiedy w młodym umyśle Jude kiełkuje plan, by stać się rycerzem króla. Musi zatem starać się być lepszą od elfów, a co za tym idzie, ściągnąć na siebie wiele kłopotów. W momencie walki o tron nie zamierza siedzieć cicho, lecz działać, by się wykazać. Ściąga na siebie niebezpieczeństwo, które zamierza zaakceptować, wykorzystać, a na koniec pokonać.

Nie zdradzaj wszystkiego, do czego jesteś zdolna. Gdy inni sądzą, że jesteś bezsilna, twoja przewaga rośnie.
      Kiedy czytam o elfach, zazwyczaj mam w głowie romantasy z fae. no takie ostatnio czytałam, nie wstydzę się tego. Ale z tego powodu tak inaczej… dziwnie mi się czytało tę książkę. Elfy powiem zostały przedstawione jako piękne istoty, lecz nie o typowo ludzkim wyglądzie. Ogony, rogi, kolorowa skóra czy łuski są na porządku dziennym. I właśnie to uwielbiam w tym świecie, ta różnorodność sprawia, że jakąkolwiek postać byśmy sobie nie wymyślili, ona będzie tam pasować. I fakt, że elita jest tam przepiękna, wręcz idealna jeśli chodzi o wygląd, nie oznacza, że nie może być różnokolorowa. Taka Nicasia, jest przedstawiona jako piękna kobieta, jednak daleko jej od wyglądu człowieka. Niebieskawa skóra, niebiesko-zielone włosy czy błonki na uszach to coś normalnego. I tak, zachwycam się, że tak powiem, kreatorem postaci, bo to jak dla mnie najmocniejsza karta tej powieści.
      Jeśli zaś chodzi o fabułę… Cóż… Muszę powiedzieć wprost, że nie jestem aż tak zachwycona. Fakt, koncept był całkiem spoko. Ludzkie dziecię żyjące wśród elfów, muszące się nie tyle wpasować, co wyróżnić, żeby jej życie miało sens, jest dobrym punktem wyjścia. Jednak co jakiś czas miałam wrażenie, że jakieś drobne elementy, jakieś niuanse sprawiały, że całość po prostu nie grała. Że to, co powinno się łączyć, nie klei się. Zacznę od tego, że elfy są złośliwe. Nie mogą kłamać, więc są wredne i złośliwe. Dlaczego? I dlaczego każdy elf jest złośliwy? Bo tak? Nie każdy człowiek lubi kłamać, więc dlaczego zostało przyjęte, że każdy elf jest zły, że nie może kłamać? I tak manewrują słowami, by nie powiedzieć tego, co rozmówca chce, są w tym mistrzami, więc no, w niektórych przypadkach ta złość i bycie wrednym jest dane na siłę. Plus jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent gardzi ludźmi, bo są słabsi, delikatniejsi, wpływa na nich magia elfów… No i oczywiście gardzą nimi, bo potrafią kłamać. Dla mnie to jest dziwne. Wkurzają się, że nie mogą kłamać, że muszą mówić prawdę, ale gardzą ludźmi, bo oni potrafią kłamać, więc uważają kłamstwo jako coś okropnego, bez honoru, ale jednocześnie zazdroszczę im tej umiejętności. I ja rozumiem, jakby takie rozumowanie mieli niektórzy, ale praktycznie wszyscy, o których czytałam? Bez sensu.
      Cała fabuła krąży wokół dwóch wątków, o krwawej i nieustępliwej walce o władzę oraz o odnajdywaniu się w nieprzyjaznym świecie. I jak ta droga ku koronie była czymś emocjonalnym, momentami trzymającym w napięciu, pokazująca zdolności bohaterów, tak ta druga mnie momentami nudziła. Będąc szczerą, przez pierwsze strony trochę się nudziłam. Zmuszałam się do czytania tylko dlatego, że to książka miesiąca w klubie czytelniczym na jednym z serwerów discorda. Gdyby nie to, pewnie czytałabym pół roku, jak niektóre pozycje. Ale co zrobić. Na szczęście w momencie pojawienia się księcia Daina w domu Madoca coś się ruszyło, akcja poszła do przodu, zaczynając poważniej podchodzić do kwestii nadchodzącej koronacji. I dopiero w tamtym momencie zaczęłam czerpać nie tyle przyjemność, co trochę słabsze uczucie z czytania.
      Powiem tak, wątek romantyczny według mnie został tu przedstawiony na siłę. Nie wyobrażam sobie, że Jude mogła coś poczuć do NIEGO po tym, jak ON ją traktował. Przepraszam, ale po latach znęcania się, obrażania, traktowania ją jak śmiecia nie wyobrażam sobie, by ona się w NIM zakochała tylko dlatego, że się pocałowali. Co to, syndrom sztokholmski czy co? To te wszystkie lata, które ukształtowały ją na osobę, którą się stała, to nic? O kant dupy rozbić? Co to ma być, ja się pytam. Co to ma być?! Doskonale wiem jak to jest być gnębioną w szkole i nie wyobrażam sobie byc z kimkolwiek, kto mi to robił. A tutaj mamy sytuację o wiele gorszą i ona… Nie, po prostu nie. Nie kupuję tego. To jest toksyczne pokazanie nawet zauroczenia. I nie kupuję argumentu, że przecież z jego strony to było coś od dawna, ale nie wiedział jak do tego podejść i w ogóle. No nie wiem, nie gnębić jej? Dać jej żyć? Bo pozwalanie innym na gnębienie jej i zatrzymywanie ich w momencie, kiedy mogłaby umrzeć, albo pilnowanie, by nie umarła, to nie jest troska. To nie są romantyczne działania. Jakkolwiek by to nie tłumaczyć, to nie ma logicznej racji bytu. I mówię to jako wielka fanka romantyzmu, wszelkich romantycznych akcji, a nawet małych romantycznych gestów. Nie i już!
      I w całym tym pseudo-romantasy, gdzie krew się leje, ludzie kłamią, a elfy są okrutne, został nam przedstawiony świat Elfhame. I tu plus dla autorki. Z jednej strony wspomniała ogólnie o całym tym świecie, jakie są inne dwory, jacy władcy rządzą, byśmy mieli mniej więcej ogólny pogląd podczas niektórych momentów (tak, przydało mi się), lecz skupiła się na bliższym otoczeniu, gdzie dzieje się cała akcja. Dwa główne kręgi, te najbardziej przybliżone, czyli Krąg Sokołów oraz Krąg Wilg, tak różne od siebie, ale zawierają w sobie najwięcej najciekawszej fabuły. Trochę brakowało mi ukazania innych Kręgów, jak ten Skowronków. Z przyjemnością poczytałabym o artystach w tym świecie.

Teraz jednak, kiedy na to patrzę, nie mogę nie dostrzec skrytego pod arogancją lęku. Wiem, jak to jest układać piękne słówka, żeby nikt się nie zorientował, że dławi nas strach. Nie to nie sprawi, że go polubię, ale pierwszy raz jest dla nie kimś prawdziwym. Dobrym na pewno nie, ale prawdziwym.
      No i czas na bohaterów. Cóż, Jude jest specyficzna. To taki człowiek obronno-zaczepny. Zaczepia elfy i próbuje się bronić przed nimi, ale nie zawsze jej to wychodzi przez przewagę, jaką mają przeciwnicy. Jest odważna, kreatywna i wykorzystuje wszystkie swoje atuty, by przeżyć, a nawet być kimś w tym świecie. Lubię ją za dążenie do celu, nie patrząc na z góry przegrane miejsce. Sprawia, że to, co niemożliwe, staje się osiągalne. I to w sposób naprawdę rzeczywisty, nie naciągany.
     Natomiast Taryn to co innego. Jak ja tej dziewuchy nienawidzę. Niech sczeźnie i nigdy więcej się nie pokazuje. No sorry, ale takiej siostry mieć nie chciałabym. Zacznijmy od tego, że Jude próbuje nie tyle przeżyć, co być kimś w świecie, w którym jest słabsza, gorsza i nikt nie lubi jej rasy. A co robi Taryn? Cały czas komentuje, “przypomina”, prosi, żeby Jude siedziała na dupie cicho, zgadzała się na wszystko, nie wchodziła nikomu w drogę, no ogólnie robiła z siebie kozła ofiarnego. Czyli co, ma zgadzać się na wyzwiska, na prześladowanie, próby morderstwa, bo to łatwiejsze niż sprzeciwianie się i próba pokazania, że nie są takie słabe? Bo ona będzie miała łatwiej? No sorry, nie tędy droga. Plus Taryn jest po prostu głupia, skoro wierzy, że bycie uległą elfom sprawi, że oni się od nich odczepią. Naiwna jak dziecko. Irytująca. Głupia. Za każdym razem jak się pojawiała miałam nadzieję, że coś jej się stanie i po prostu zniknie.
      Równie irytujący był Cardan. Naprawdę nie wiem czemu jest tak lubiany. Facet znęca się nad bliźniaczkami, obraża je, grozi, jedyne co, to łaskawie powstrzymuje innych, by nie zabijali ludzi. Tyle jego dobroci. I co tu lubić? Fakt, że nie zabił Jude i Taryn? Na kolejnych stronach książki poznałam trochę jego przeszłości, jego otoczenia i dało mi do myślenia dlaczego on jest taki, a nie inny, ale nadal to nie sprawia, że można mu to wybaczyć. Dziad do zamknięcia i tyle. I nawet jeśli w przyszłych tomach się zmieni, nadal w głowie będę miała to, co odwalał teraz. Jako ofiara bullyingu w szkole jestem wrażliwa na takie zachowania i nie jestem w stanie wybaczyć oprawcy. Bo tak, Cardan jest oprawcą. Dobrze zbudowaną i przedstawioną, ale nadal oprawca. Jako bohater jest naprawdę w porządku przedstawiony. Ale jako obiekt westchnień? Przepraszam, ale potrzebujesz pomocy? Może do kogoś zadzwonić? Bo nie wyobrażam sobie być zauroczoną TAKĄ osobą.
      Jeśli chodzi o bohaterów pobocznych, mam mieszane uczucia. Wiele z nich jest robionych na jedno kopyto. Ta grupa jest wredna i nienawidzi ludzi. Ta się znęca nad ludźmi. Ta ma wywalone na ludzi. A ostatnia grupa ich nawet lubi. I w tych grupach pojedyncze osobniki są tacy sami. Fakt, nie było potrzeby, by rozwijać ich charaktery, dlatego tak mieszają się w morze jednej osobowości podzielonej na wiele ciał. Ale z drugiej strony przydałaby się większa różnorodność. No nie da się tego pogodzić według mnie, bo tak czy siak byłoby źle. Jedyne postacie poboczne, które mają więcej charakteru, to Madoc, który stara się być dobrym przyszywanym ojcem, Oriana, która narzeka na dziewczyny oraz wiecznie marudzi, Dąb, który jest typowym dzieckiem, więc nie jestem pewna, czy można powiedzieć, że ma więcej charakteru, skoro jest po prostu dzieckiem, i Loki, który na początku dał się lubić, lecz potem zaczął wydawać mi się zbyt podejrzany, coś przestało mi w nim grać, więc traktowałam go sceptycznie. No i oczywiście Dain i Balekin, lecz ich było na tyle mało, że ich dogłębniejsze charaktery nie były potrzebne, zupełnie wystarczyło to, co otrzymałam.

Jak dotąd usiłowałam udawać przed samą sobą, że niczego nie czuję. Teraz boję się, że jeżeli zacznę odczuwać nie będę umiała tego znieść. Boję się, że uczucia będą jak fala, która mnie wessie. Odpycham strach w głąb mojego umysłu. Nie znam innego i lepszego sposobu.
      Okrutny Książę zdecydowanie nie jest romantasy, jak było mi obiecane. I z tą myślą należy do tego podejść. Wtedy otrzyma się młodzieżową historię pełną elfów, walki i próby udowodnienia swojej wartości. Silna damska postać napędza fabułę, tak samo jak liczne tajemnice i intrygi. Pomimo wielu słabszych postaci, całkiem przyjemnie się czytało, zwłaszcza że historia miała naprawdę spory potencjał. Żałuję, że nie zostało to bardziej dopracowane, by te błędy zostały wyeliminowane. Jednak świat nam przedstawiony jest fantastyczny. Fakt, opiera się na agresji i okrucieństwie, jednak autorka pokazała go z trochę łagodniejszej strony. Dzięki temu czytanie było przyjemniejsze, a przynajmniej od połowy, bo pierwsze ponad sto stron było dla mnie po prostu nudne. Czy jestem zadowolona z przeczytania? Tylko dlatego, że chcę dokończyć całą serię z czystej, kobiecej ciekawości i postanowienia, że kiedyś przeczytam do końca wszystkie, dosłownie wszystkie zaczęte serie. Ale książkę mogę polecić jedynie starszej młodzieży, przez nikły wątek romantyczny, który nawet w tak maleńkiej ilości jest po prostu toksyczny.

  Tytuł: Okrutny Książę
  Seria (tom): Okrutny Książę (1)
  Autor: Holly Black
  Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 424
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2018

26 listopada 2024

Idziemy na wojnę na odwyku, czyli "Republika Smoka" Rebecca F. Kuang

      Skoro już stwierdziłam, że będę kończyć zaczęte serie, to nie mogłam zapomnieć o drugim tomie Wojen Makowych, czyli Republice Smoka. Czy miałam duże oczekiwania co do tego tomu? Ależ oczywiście. Pierwsza część bardzo mi się podobała. Pochłonęłam ją całkowicie, dlatego też spodziewałam się, że drugi tom serii również będzie dobry. Chociaż nie ukrywam, że bałam się, iż dopadnie mnie fatum drugiego tomu. Cóż… Niestety, sprawdziło się i jedno i drugie.

      Rin próbuje okiełznać Feniksa, jednocześnie chcąc pokonać Cesarzową. Wewnętrzna wojna, wrogie państwo, które nagle chce pomóc, a do tego służba pirackiej królowej to dopiero góra lodowa tego, co się dzieje w państwie i życiu dziewczyny. Zmiana ustroju politycznego państwa nie jest tak prosta, jakby się mogło wydawać, o czym na własnej skórze dowiedziała się Rin.

-Wypiłeś już?
Chłopak osuszył kubek i skrzywił się.
-Już tak. Fu!
-Świetnie. Więc teraz poczęstuj się grzybkiem.
-Co?- Kitaj, aż zamrugał.
-W tym kubku nie było narkotyku.
-Ty dupo wołowa!- rzuciła Rin.
-Nie rozumiem.- Kitaj ściągnął brwi.
Chaghan rzucił mu lekki uśmieszek.
-Chciałem zobaczyć, czy naprawdę wypijesz końskie szczyny.
      Naprawdę lubię, kiedy kolejne części zaczynają się w krótkim okresie po poprzednich tomach. Dzięki temu łatwiej jest mi zacząć. No więc nie miałam żadnego problemu, żeby po prostu na nowo wejść w ten świat.
     Najbardziej w tym tomie podobało mi się, że autorka pokazała go więcej. Już nie mamy tylko wspomniane kraje, miejsca czy osoby, ale doświadczamy ich z Rin. Piracka Królowa? Jest. Hesperianie? Są. Plemię bliźniaków? Obecne. Czyli to, co mnie ciekawiło po pierwszym tomie, tutaj zostało to zaspokojone. I chociaż większość akcji to były walki, to jednak zdarzyły się momenty, by odetchnąć i dowiedzieć się czegoś o stworzonym świecie czy osobach.
      Skupię się jednak na czymś, co jest plusem i minusem tej historii. Większość tej części to wojna. Dosłownie wojna. Bitwy, walki, ataki, cały czas coś się dzieje na froncie. Dla mnie to jest minus, ponieważ niezbyt lubię typowe wojny, które ciągną się przez wiele, wiele stron. Nie lubię, kiedy stanowią one większość fabuły. O wiele bardziej wolę czytać o przygotowaniach, małych potyczkach, nierozwlekający opis wojny i koniec. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że wojna została opisana naprawdę dobrze. Doceniam to, jednak to po prostu nie moje klimaty. Nie lubię książek typowo wojennych. Dlatego najlepiej mi się czytało początek Republiki Smoka i wszystkie działania okołowojskowe.
      Autorka operując słowem pokazuje, że świat po prostu idzie do przodu, nie patrząc na to czy ktoś jest gotowy czy nie. Momentami pędzi na złamanie karku, a ludzie mogę jedynie wbić się w niego, próbując przeżyć. Wszędobylskie okrucieństwo czy zbrodnie wojenne zostały dosadnie opisane, by czytelnik bez problemu mógł sobie wyobrazić makabryzm tamtych chwil. I właśnie za to szanuję autorkę. Tak jak w pierwszym tomie nie idzie na około. Po prostu opisuje jak było. Przecież wojna nie jest milusim spacerkiem, więc dlaczego miałaby większość rzeczy owijać w bawełnę|? Niestety, wojna jest okrutna, jest krwawa i to widać. A w momencie, kiedy do akcji wkraczają bogowie, którzy jedyne czego pragną to zabijać i siać chaos, wszystko po prostu potęguje.

Ludzie chcą i będą chcieli cię wykorzystać lub zniszczyć. Jeżeli chcesz przetrwać, musisz się opowiedzieć po jednej ze stron. Dlatego, moje dziecko, nie próbuj uchylać się przed wojną. Nie wzbraniaj się przed cierpieniem. Kiedy usłyszysz przeraźliwy wrzask, biegnij prosto w jego stronę.
      Jeśli chodzi o Rin, to widać, że się zmieniła i to bardzo. Ma w sobie Feniksa, więc musi się mu przeciwstawiać, a jednocześnie wykorzystywać jego moc. Aby okiełznać Feniksa, ćpa. Niestety, ale za tym idzie fakt, że jest momentami nieznośna. Rozumiem, że uzależniona osoba myśli tylko o narkotykach, lecz tutaj było to dość męczące. Ale nadal, pomiędzy tymi kiepskimi momentami, jest sobą, agresywną, odważną, dążącą do celu. Można powiedzieć, że w pewnym momencie obiera sobie drogę “po trupach do celu”. Ale też przyznam, że w całej tej fabule, czy to podczas lepszych czy gorszych dni, cały czas widać, że Rin jest po prostu wrakiem człowieka. Ledwo się trzyma czy to fizycznie, czy to psychicznie. Patrząc na to wszystko, widać, że bohaterka zmienia się pod wpływem historii, nie pozostaje jednostajna, dostosowuje się, bądź wręcz przeciwnie, stawia się, w zależności od tego, co się z nią działo,bądź jaka była presja otoczenia. Jak dla mnie Rin należy do tej grupy bohaterów, która została stworzona realnie, która po prostu żyje. Mam wrażenie, że to nie autorka pisze jej historię, tylko nakierowuje, a postać sama żyje.
      Postacie drugoplanowe i dalszoplanowe jak zwykle na wielki plus. Wiele z nich było charakternych. Wiele z nich można było poznać po samym zachowaniu z poprzedniego tomu, ponieważ pomimo dziejącej się historii po prostu pozostali w głębi siebie sobą. Kto miał się zmienić, ten się zmienił. A kto miał możliwość zostać sobą, pozostał. Nie stanowią one tła, nie są szarzy, których nie widać, lecz wybijają się osobowością jak i po prostu byciem. Napędzają fabułę na równi z Rin, nie odstępują jej na krok.

Nezha wytrzasnął skądś niewielką paczkę kleistej mąki ryżowej. Przesypał ją do blaszanej miski, dolał wody z menażki i zaczął wyrabiać.
Rin trąciła patykiem cherlawe ognisko. Płomyczki zafalowały i przygasły; następny podmuch wiatru zgasił je na dobre. Jęknęła i sięgnęła po krzemień. Na wrzątek musieli zaczekać przynajmniej kolejne pół godziny.
- Wiesz, mógłbyś to po prostu zanieść do kuchni.
- W kuchni nie powinni wiedzieć, że mam tę mąkę - odparł Nezha.
- Rozumiem - pokiwał głową Kitaj. - Pan generał kradnie racje.
- Pan generał nagradza swoich najlepszych żołnierzy noworocznym przysmakiem - poprawił Nezha.
- Ach, czyli nepotyzm.
      Drugi tom Wojen Makowych sprawił mi trochę problemów. Warsztatowo pozostał na równie wysokim poziomie. Świetnie opisana fabuła, doskonale przedstawiony kolejny kawałek świata i realnie przedstawiona wojna to był przepis na doskonały drugi tom. Jednak w tym wszystkim pojawia się mój gust czytelniczy, ponieważ nie lubię, kiedy większość książki stanowi wojna, dlatego, nie ukrywam, troszkę się męczyłam z tą książką. Jednak wspaniali bohaterowie, Rin, która doświadczyła zmian w sobie, Nezha, który posiada tajemnicę, czy bliźniacy Suren, którzy pokazali swoje pochodzenie, oraz wiele, wiele innych sprawili, że ta historia po prostu ożyła i szła własnym torem. Fatum drugiego tomu spadło, lecz ukazało się w postaci moich preferencji czytelniczych, niż jakości pozycji. Zdecydowanie polecam! I tak, sięgnę po ostatni tom serii.

  Tytuł: Republika Smoka
  Seria (tom): Wojna makowa (2)
  Autor: Rebecca F. Kuang
  Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
  Wydawnictwo: Fabryka Słów
  Liczba stron: 792
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2020

24 listopada 2024

Niby nowa seria, a jednak wszystko po staremu, czyli "Upadek i Gniew" Jennifer L. Armentrout

      To jest ten głupi stan, kiedy naprawdę chcę polubić twórczość autorki, więc co chwilę daję jej kolejne szanse, aż końcowo pewnie przeczytam wszystko, co napisała. No a że w bibliotece była jej najnowsza książka, to wzięłam.

      Calista, obdarzona magicznymi zdolnościami sierota, wraz z przyjacielem Gardym odnalazła “dom” w posiadłości barona. On, jako strażnik, ona, jako członkini jego haremu, próbują żyć spokojnie, jednak jej zdolności sprawiają, że baron wykorzystuje ją w grze politycznej. Te same zdolności powodują, że znajduje się w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie, by odnaleźć postać z przeszłości i ściągnąć na siebie kłopoty.

- Ale czy weźmiesz udział w... w uroczystościach?
- Uroczystościach. - Zaśmiałam się. - Jakie to łagodne określenie.
Wyszczerzyła zęby.
- A jak powinnam to nazwać?
- Orgią?
      Całkowicie nowe uniwersum daje czysta kartę do zdobycia czytelników, czy też odbudowania sobie opinii po coraz to gorszych częściach innych serii. I w pewnym sensie właśnie tak przyjęłam ten tom i tę serię. Jako szansę na poprawienie swojego zdania o Jennifer Armentrout. A co dostałam? Porno. Nie romantasy. Porno. Zwyczajny erotyk w świecie fantasy. Muszę zaznaczyć na początku dwie rzeczy:
1. “Dorastałam” na romansach paranormalnych, gdzie ten seks był obecny, ale stanowił element romansu, związku, uczucia.
2. Nie mam nic przeciwko seksowi bez uczucia, kiedy jest potrzebny do fabuły, albo bo tak działa świat, że seks jest walutą, przedmiotem, bądź ściśle powiązany z czymś.
Nie wiem, co próbowała zrobić Armentrout, ale jest pomiędzy tymi dwiema sprawami. Próbuje dodać uczucie do fabuły, ale jego do końca nie ma, więc seks z uczuciem nie ma prawa wystąpić (jest zalążek uczucia, ale no, jak można mówić o uczuciu z kimś, kogo dopiero się poznało? Chyba że liczyć fascynację albo pokrewne uczucia). A seks potrzebny do fabuły? Niby jest potrzebny, ale jedynie nieliczne momenty. Większość zbliżeń lub macanek jest niepotrzebna, dodana bo tak, to autorka miała ochotę. Miałam wrażenie, że te elementy zostały tam dodane, by książka miała więcej stron. Sama fabuła nie była długa. Zabrakło mi trochę akcji. Niestety, tutaj pojawia się ten sam problem co w “Krew i Popiół”. Jest zbyt dużo przemyśleń głównej bohaterki o facecie i seksie. Cały czas to samo i to samo i to samo… To szybko przestało być nudne, a zaczęło być irytujące. No bo ile można.
      Jeśli chodzi o świat wykreowany, został pokazany oszczędnie. Autorka ograniczyła się do jednego miasta, a raczej posiadłości, dodając trochę opowieści o przeszłości. Tak więc nie dowiedziałam się za wiele. Co nawet mi nie przeszkadzało, bo na tak skromną fabułę wystarczało, żeby ją zrozumieć. Ale też fabuła nie była jakoś skomplikowana. Fakt, zawierała kilka ciekawych zwrotów akcji, ale, będę szczera, była nudna. Tak bardzo, że czytanie tej książki zajęło mi trzy miesiące. TRZY! To wiele o tym mówi.
      Skupiając się na fabule mam wrażenie, że istniała ona jedynie dzięki scenom erotycznym. Bez nich stałaby raczej w miejscu. No ale wiecie, jest scena uczty, jest rozmowa. I co? I seks. Jest rozmowa barona i gościa. I co? I seks. PO CO?! Rozmowa pomiędzy dwiema postaciami może być ciekawa bez wciskania seksu wszędzie gdzie się da. Tylko trzeba tę rozmowę umieć napisać. Tego jest przesyt w książce! I w każdej innej tej autorki! Wiecie, można wiele wybaczyć książce, błędy, nijakie niektóre postacie, jeśli coś innego ciągnie akcję, jeśli coś innego jest mocną stroną. Wtedy może książka by zasługiwała na ocenę 4/10, ale w momencie, kiedy fabuła opiera się na seksie, rozmyślaniu o nim, zastanawianiu się, wspominaniu, rozmowie o nim w dziewięćdziesięciu procentach, to tej fabuły nie ma. NIE MA. To jest straszne, bo widać tam zalążki potencjału.
      Jedyny plus to ten sam, co w każdej książce autorki. Zakończenie. Jak większość książki bywa wolne, nudne i po prostu leniwe, tak końcówka leci na łeb na szyję, dając nam tyle akcji, jakby Armentrout chciała całość upchnąć na około stu stronach. Dopiero to sprawia, że mam ochotę czytać, ale to przecież bez sensu, bo wiem jak będzie wyglądać następny tom. Tak samo jak każdy inny. I znowu w kolejnym tomie będę chciała czytać dopiero końcówkę. Niestety, zakończenie na tyle mnie zainteresowało, że chcę przeczytać kolejny tom.

Zobaczyłam czerwień.
Kapiącą na kamień.
Bryzgającą na blade kwiaty.
Krew.
      Główni bohaterowie są siłą napędową serii. Tutaj Lis jest nijaka. Niby odważna, ale ta odwaga to głównie intuicja, która zmusza ją do działania, a nie prawdziwa odwaga. Niby silna psychicznie, bo przeżyła to, co ją spotkało, ale z drugiej strony nie była sama. Cały czas powtarza, że jej układ z baronem nie zawiera seksu, że jest faworytą tylko z nazwy, a jej myśli głównie krążą wokół seksu i w jej życiu jest nad wyraz dużo zbliżeń. Wkurzała mnie od pierwszej strony. Bo pomimo bycia płytką, jest irytująca. To się wyklucza, ale jednak to tutaj działa. Ojeju, naprawdę miałam nadzieję, że gdzieś po drodze ją zabiją albo zyska charakter, jednak nic z tego. Cały czas była taka sama…
     Nasz główny facet jest typowym bad boyem. Bez emocji, zdolny do zabijania, moralnie szary, który wreszcie zaczyna coś czuć przy głównej bohaterce. Bleh. To jest wszędzie. Dosłownie wszędzie. Potężny wojownik o tajemniczej przeszłości, który nie zdradza swoich planów. On nawet nie miał podejścia do moich książkowych mężów! I jak ja miałam polubić chodzący schemat jakich wiele w większości średnich i słabych książek. I chociaż jego rasa mnie zaciekawiła, to cała otoczka wszystko zepsuła.

- Kiedy zostałaś sierotą?
- Kiedy się urodziłam? - Zaśmiałam się. - Albo wkrótce potem, jak przpuszczam.
      Czytając kolejną serię jednej autorki powinno się wiedzieć, czego się spodziewać. Miałam jednak nadzieję, że tym razem dostanę coś innego. Niestety. Pod przykrywką romantasy dostałam tandetny erotyk w świecie fantasy, który przypomina inne serie Armentrout. I tak jak one, dopiero ostatnie sto stron sprawiło mi przyjemność w czytaniu. Denne postacie, irytująca i płytka główna bohaterka, moralnie szary i schematyczny love interest nie pociągnęli fabuły, której ilość była jak w naparstku. Skromnie przedstawiony świat z nowymi rasami nie sprawił, bym poczuła się komfortowo czytając książkę. Ba, nie wciągnął mnie ani na chwilę. Jednak mistrzyni cliffhangerów sprawiła, że skumulowana akcja z całego tomu spakowana w ostatnie pięć-sześć rozdziałów przybrała taki obrót spraw, że przeczytam kolejne tomy tylko po to, by znowu złapać się na to samo.

  Tytuł: Upadek i Gniew
  Seria (tom): Przebudzenie (1)
  Autor: Jennifer L. Armentrout
  Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
  Wydawnictwo: Akurat
  Liczba stron: 448
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2024

6 listopada 2024

Psianiołek, groby i miłość, czyli "Necrovet. Radiografia bytów nadprzyrodzonych" Joanna W. Gajzler

      To naprawdę dziwne uczucie, kiedy człowiek myśli, że seria jest trylogią, a tu się okazuje, że za jakiś czas premierę będzie miał tom czwarty. Tak, Necrovet nie zakończy się na trzecim tomie i cieszę się z tego powodu. Ta seria to moje comfort books, które otulają niczym kocyk i ocieplają serduszko jak gorąca herbatka z cytrynką w zimowy wieczór. Dlatego musiałam wziąć się za tom trzeci!

      Jesień przyniosła nie tylko żółte liście, lecz deszcz, pluchę, stworzenie rozkopujące groby, zły omen dla cioci Tereski oraz ptaka szczęścia, który… został postrzelony. Jednak to nie koniec, bo nadchodzi Halloween, kiedy zasłona między światami jest najcieńsza, a stwory, których zazwyczaj się nie widuje, wychodzą ze swoich ukryć.

- Aa, zaraz tam bestii - powiedziała staruszka. - Nie każde zwierzę to bestia.
- A nie każda bestia to zwierzę - dodała Florka. Ksiądz popatrzył na nią, kiwając głową. - Tak, niestety tak. Byłoby dużo prościej, gdyby każdą bestię można było poznać po rogach, kopytach czy płonących oczach.
      Bawiłam się świetnie! Ha! Właśnie tego potrzebowałam! Dużo miłości od mojego Koziołka i mnóstwo fantastycznych i fenomenalnych stworzeń! Zdecydowanie to jest to, czego mi brakowało od skończenia drugiego tomu. Do tego dla mnie trzeci tom trzyma poziom pierwszych dwóch. Chociaż porusza nieco inne tematy, a raczej wgryza się w nie, nadal ta seria jest fenomenalna.
      Na początek wspomnę, że byłam zachwycona, kiedy w tym tomie pojawiły się postacie z poprzednich części. Nie miały one jakiegoś szczególnego wątku, był swego rodzaju cameo, jednak to miłe, kiedy autorka nie zapomina o postaciach pobocznych. Zwłaszcza że akcja dzieje się na wsi, gdzie każdy każdego zna, ciągle się wpada na praktycznie te same osoby, więc byłabym zdziwiona, gdyby one się więcej nie pojawiły. Ba! Byłabym rozczarowana.
      A pozostając w wiejskim klimacie, muszę wspomnieć o scenie w kościele. Według mnie, była ona niesamowicie potrzebna i ważna. Dzięki niej miałam pogląd jak ludzie mniej więcej odbierają magię. I czuję tutaj trochę naleciałości średniowiecza, ale w obecnych czasach kwestia ma się często podobnie, jeśli chodzi o bycie osobą LGBTQ+. Fajnie jest pokazane, że często Kościół trzyma się konserwatywnych wartości, a wszystko co obce, nieznane i niezrozumiałe jest złe, jest dziełem szatana i trzeba to przepędzić.
      Jeśli zaś chodzi o fantastyczne zwierzęta, wchodziły głębiej. Mamy tutaj nie tylko małe, słodkie zwierzątka, chomiczki, czy zające z rogami, lecz pojawiają się już zombie czy demony. Tak więc krok w głąb w folklor różnych światów. I właśnie przez kolejne stworzenia, co jakiś czas łapałam się, że wyszukiwałam nazwy w google. I z każdym kolejnym wyszukiwaniem czułam coraz większy szacunek do autorki za research, który zrobiła.

Nigdy więcej, pomyślała.
Nigdy więcej nie postawi nogi w kościele.
Nie dlatego, że przestała wierzyć w Boga - wciąż uważała, że Bóg jest dobry. To ludzie pluli nienawiścią, a wiarą wycierali sobie gęby.
      Jeśli chodzi o bohaterów, związek Florki i Bastiana wszedł na kolejny poziom, co jest ważne, bo bohaterowie nie zostają na tym samym poziomie cały czas, lecz dorastają, ewoluują, co widać chociażby właśnie w tym związku. Jednak w pewnym momencie nie wiedziałam, czy śmiać się, czy mieć minę pod tytułem “co tu się odwala” (tak, chodzi o ogonek), co idealnie pasuje do naszej dwójki! O tak, uwielbiam ich, jak się wspierają, rozumieją, walczą o siebie, a jednocześnie są dla siebie wzajemnie tak zwanymi comfort person. Pokazuje to, że związek pomiędzy człowiekiem a postacią fantastyczną (pamiętajmy, Bastian jest koziołkiem) jest możliwy i należy ich traktować normalnie, a nie jak wynaturzenie. Dodatkowo właśnie taki związek pokazuje, jak ważny jest szacunek do drugiej osoby, a tolerancyjnym powinien być każdy.
      Autorka porusza jeszcze bardziej w tej części temat chorób psychicznych. Niestety, ale w naszym kraju ich świadomość jest bardzo niska, często są one ignorowane, a nawet wyśmiewane, a powinny być traktowane na równi z chorobami fizycznymi, a nawet poważniej. W tym przypadku mamy przedstawienie depresji oraz choroby afektywnej dwubiegunowej. Co mi sprawiło radość to fakt, iż zostały one przedstawione w sposób realny, rzeczywisty, bez przerysowanych kwestii. Dosłownie z szacunkiem do osób, u których je zdiagnozowano. Takie proste rzeczy sprawiają, że coraz więcej osób zaczyna interesować się tym tematem, a co za tym idzie, jest nadzieja, że ten świat będzie kiedyś lepszy.
      Bardzo mnie również cieszy rozwój relacji pomiędzy Florką, a Izabelą. Wreszcie ta dwójka zaczyna się do siebie zbliżać, zaczyna być niż koleżeńska, a nie tylko połączenie szef-pracownica. Niektóre sytuacje sprawiły, że jestem strasznie podekscytowana jak dalej potoczy się droga Florki, bo nie ukrywam, ale takie zakończenie zaserwowała autorka, że potrzebuję więcej! Nie może mnie tak zostawić z TAKĄ informacją. Ona dała furtkę na zupełnie nowe “przygody” jak i rozwój.
      Wiecie co mnie najbardziej dziwi? Że w wielu książkach błędy wkurzają mnie niemiłosiernie, dziwię się, jak można je popełniać, jak bohaterowie mogą pójść tą drogą, niezgodną z ich charakterem, zamiast tej, którą normalnie powinni wybrać. Jeśli chodzi o tę książkę, wszelkie błędy odchodzą w dal. Tak, widziałam je. Tak, zdawałam sobie z nich sprawę. I nie, nie przeszkadzały mi w czytaniu. Nie wiem, mój mózg chyba tak polubił tę serię i po prostu przyswoił ją sobie jako comfort book, że nawet te błędy nie są w stanie zepsuć mi przyjemności z czytania.

Czasem trzeba coś rozgrzebać. Nawet w zagojonej ranie może się zbierać ropa.
      Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że pozostajemy w stylu obyczajówki fantastycznej. Nie ma tutaj jakiegoś głównego wątku, który ciągnie się przez całą książkę, by na końcu dać nam grand finale, tylko jak to w poprzednich częściach było, mamy zbitek sytuacji, które tworzą życie codzienne bohaterów, ukazując powoli coraz więcej stworzonego świata, jednocześnie zagłębiając się w charakter, psychikę i życie postaci. Poruszane tematy są ważne, potrzebne, ale i dobrze przemyślane oraz przedstawione. Książka nie pozostaje bez wad, jednak nie psuły mi klimatu. Multum potworów i zwierząt z folklorów ubarwiają życie nie tylko bohaterom, lecz i mi. Prosta fabuła i niewyszukany język sprawiają, że jest to pozycja idealna do poduszki. Polecam prosto z serduszka!

  Tytuł: Necrovet. Radiografia bytów nadprzyrodzonych
  Seria (tom): Necrovet (3)
  Autor: Joanna W. Gajzler
  Wydawnictwo: SQN
  Liczba stron: 368
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2024

5 października 2024

Usiadła na tyłku i spokorniała, czyli "Dziedzictwo Ognia" Sarah J Maas

      Dwie za mną, więc trzeba kuć żelazo póki gorące. Albo czytać, póki nie rzuciłam tego w kąt. Naprawdę liczę, że kolejne tomy będą coraz lepsze. Nie chcę przeczytać takich kloców i stwierdzić, że to było marnowanie czasu!

      Celaena zostaje wysłana do Wendlyn, gdzie musi zmierzyć i pogodzić się ze swoją przeszłością. By jednak to zrobić, musi zapanować nad ogniem, który jest jej dziedzictwem. Gdy ta trenuje pod okiem Rowana, fae, który sprowadził ją do Warowni, król Adarlanu planuje coraz to mroczniejsze kroki. Z każdym dniem pojawia się coraz więcej pytań, a odpowiedzi, które może uzyskać od Maeve, wcale się nie zbliżają.

By zniszczyć potwora, wcale nie potrzeba innego potwora. Potrzeba światła, które przegna mrok.
      Cóż mogę powiedzieć, śmiać mi się chciało! Nasza wielka, cudowna, utalentowana zabójczyni sięgnęła dna, co jest dla mnie irracjonalne. Wiecie, tu jest kreowana na najlepszą w państwie zabójczynię, która nie ma sobie równych, która walczy najlepiej i w ogóle. A przyszło co do czego i nie daje rady. Jednak zaczynają się pojawiać fae, które są o wiele silniejsi, szybsi i sprytniejsi od ludzi, więc to jasne w sumie jest, że Celka może z nimi przegrać. Mimo to, nadal ten kontrast pokazania wielkości Celki i jej upadku przyprawia mnie o śmiech. Ale idziemy ku lepszemu, Mary Sue się chowa, powoli, powolutku powstaje normalna bohaterka, z którą można już wiązać jakieś nadzieje.
      W tym tomie autorka posunęła się o krok dalej w rozwoju bohaterów. Już nie opierała się na charakterze bohatera, który pasuje do sytuacji (Turniej? Niech będzie zabójcza zabójczyni. Kapitan Gwardii? Opanowany, stabilny facet). Teraz, wreszcie!, wykorzystała ich przeszłość, rozwijając postacie o żałobę, wewnętrzne rozterki, próby pokonania własnych lęków. W końcu mamy coś więcej niż tylko “ja, ja i ja” bohaterów. Bo w tym tomie może i samej akcji było mniej, to dostaliśmy pełen wachlarz emocji i rozwoju bohaterów, którego tak bardzo potrzebowałam, by wreszcie chociaż trochę zacząć lubić tę serię.
      Jedno można autorce zarzucić. W tym tomie zwolniła z akcją. Nie ma jej tyle co w poprzednich dwóch, tutaj wszystko dzieje się powoli. Bardzo powoli. O wiele więcej jest przygotowań niż rzeczywistej akcji. Ale! Ale patrząc na poprzednie dwie części, trzeba było tego. Miałam wrażenie, że w Szklanym Tronie i Koronie w Mroku autorka tak napchała akcji w fabule, że zapomniała o rozwoju bohaterów i cały ten rozwój przeniosła na tę część. Gdybym czytała ją jakoś osobno, dość spory czas później niż pierwszą i drugą część, prawdopodobnie by mi to bardzo przeszkadzało. Jednak czytałam to jedna po drugiej i nie miałam jakichś większych problemów, wręcz z ulgą przyjęłam, że wreszcie ten rozwój, nawet jeśli zajmował większość książki, się gdzieś ulokował.
      W tej części pojawiła się dodatkowa perspektywa, a mianowicie Manon i czarownic. Na początku w ogóle nie wiedziałam po co ona tutaj, dlaczego w tym tomie, jak to się nie łączy, ale potem pomyślałam sobie, że przecież trzeba je przedstawić trochę, skąd się to wszystko wzięło, co je łączy z Królem, jakie warunki panują w obozowisku, by w następnym tomie, gdzie możliwe, że będzie jakaś większa akcja z nimi (nie zaczęłam jeszcze kolejnego tomu… ups?) nie tracić czasu na wprowadzenie. W tym przypadku ta perspektywa działała jako uspokajacz akcji. Kiedy coś gdzieś się rozwijało, przy Manon było spokojniej, można było zwolnić. Ale też kolejnym plusem wprowadzenia czarownic był subtelny sposób pokazania, a którą stronę idzie Król, jakiego rodzaju planu można się po nim spodziewać. Bo jeśli zaczyna używać czarownic, to nie może być zbyt dobry. Do tego samo stworzenie czarownic mi się bardzo spodobało. Trzy klany, z pozoru różne, a jednak bardzo podobne.
      Wiecie co powitałam z radością? Fakt, że Celka jest odseparowana od Doriana i Chaola, a co za tym idzie, koniec z trójkątem miłosnym! On był naprawdę na siłę stworzony i ani trochę mi nie pasował. No dziadostwo jak nic. Chociaż najnowszy wątek miłosny Doriana również jest niczym dziadostwo, a przede wszystkim jest niepotrzebnie wepchany. Dorian by sobie dobrze poradził będąc sam. A tak to jako zapchaj dziurę autorka dała kolejny romans. Jakby, ta seria świetnie by się spisała (oprócz porządniejszego napisania jej) bez wątku romantycznego wciskanego na siłę. Ma mocne podstawy, które rozwinięte zajmowałyby całą przestrzeń fabularną. Dlatego nie wiem po co w ogóle wciskać tu romans.
      Zakończenie sprawiło, że zaczynałam czuć Mary Sue od Celki. Trochę zbyt potężna była, za łatwo jej to wszystko poszło. Wydaje mi się, że za mało czasu miała, by osiągnąć coś takiego, ale to tylko moje odczucia. Gdyby nie to, mogłabym powiedzieć, że finał był naprawdę dobry i fajnie wieńczył trud i pot Celki.

Władca uniósł kielich i zakręcił winem.
- Nie słyszałem, by twój legion dotarł do Rithold.
- Bo nie dotarł.
Chaol przygotował się w duchu na rozkaz stracenia Aediona, modląc się, aby to nie jemu przypadło to zadanie.
- Kazałem ci przyprowadzić twoich żołnierzy, generale - zagrzmiał król.
- A ja głupi myślałem, że stęskniliście się za mną, panie!
      Jak już wspomniałam wyżej, Celka powoli się naprawia. Dostała po tyłku, usiadła na nim i spuściła uszy. I doceniam, naprawdę doceniam jak Maas pokazała, że Celka, pomimo swojego pochodzenia, może być słabsza, bo przede wszystkim odrzucona przeszłość, odrzucone pochodzenie sprawia, że nie korzystamy z jego pełni możliwości. Mam wrażenie, że wreszcie w tym tomie Celka ściąga maskę zabójczyni, którą przywdziała, i próbuje żyć jako ona, jako Aelin, która musi odnaleźć siebie, pokonać swoje demony, nauczyć się walczyć magią, by odzyskać swój dom. I naprawdę miałam uśmiech na twarzy czytając jak Celka-Aelka raz po raz dostaje po dupie, a potem wstaje, zaciska pięści i ćwiczy, ćwiczy i ćwiczy, by tylko opanować swoje umiejętności. Tu już nie mamy księżniczkowatej paniusi, która kaprysi, bo buciki uwierają. Nie mamy zabójczyni z wielkim ego, która twierdzi, że pokona każdego. Mamy upartą, młodą kobietę, która musi się poczuć dobrze we własnym ciele takim, jakie jest, musi je zrozumieć, a przede wszystkim, musi poskromić swój charakter i wyostrzyć go, stając się w całości potężną bronią, którą będzie mogła użyć do osiągnięcia swoich celów. I dla takiej Celki-Aelki czytałam tę książkę!
      Chaol mnie w tym tomie strasznie denerwował. Roztaczał wokół siebie aurę niczym Mal z trylogii Griszy. Magia? A kysz z nią! Nie chcę mieć z nią nic wspólnego. To zło wcielone! Jaki wychowany w nienawiści do magii rozumiem jego postawę, jednak kiedy dowiaduje się, że Celka posiada w sobie magię, nagle uważa, że ona nie jest taka spoko! Jeszcze kilka stron wcześniej była super, ale wystarczyła informacja o jej mocach i nagle zmiana nastawienia. Podobnie jest z Dorianem. Chaos jest z nim blisko, dopóki nie dowiaduje się o jego darze. I już zmiana nastawienia. Przyjaźnili się faceci tyle lat i bum, koniec braterskiej miłości, bo Chaos jest magicznym rasistą… No nie lubię dziada i nic tego nie zmieni.
Tutaj lojalność Chaola została wystawiona na próbę. Z jednej strony tak wiernie służył Królowi i Koronie, a z drugiej chciałby się przyłączyć do rebelii, że nie wie co do końca zrobić. I czerpałam wewnętrzną satysfakcję z jego przemiany. Zdecydowanie potrzebował odświeżenia charakteru i hierarchii wartości.
      Dorian za to… Hu hu hu, tu się zadziało. Dorian wreszcie zmężniał. Wziął się za tajemnice zamku, odkrył w sobie dar i próbuje to ogarnąć w dorosły i odpowiedzialny sposób. No zaplusował mi chłopak. Nie ukrywam, że gdyby nie wątek romansu, jego perspektywa byłaby jedną z bardziej dopieszczonych i przyjemnych do czytania.
      Rowana za to bym kopnęła, mając na sobie szpilki, ale tak, że aż po obcas by but w tyłek wszedł. Nie trawię kolesia. Nie interesuje mnie jaki był na końcu książki, mówię o całości. Wkurzający, egocentryczny, z wybujałym ego. O wiele gorszy niż Celka z pierwszego tomu, bo ta przynajmniej rozmawiała z ludźmi z niższego stanu. A ten? No korona by mu spadła, jakby był miły i rozmowny do innych. No wstyd. Po prostu wstyd. To, że cisnął Celke-Aelke to akurat mi się podobało, bo ją trzeba było cisnąć. Trzeba było jej pokazać, że stać ją na więcej, jeśli tylko się postara. Ale nie rozumiem jednego. Ciśnie ją, ciśnie, ciśnie, nagle się dowiaduje, że w przeszłości była w kopalni, była niewolnicą i nagle mięknie. To nie tak, że to nadal ta sama kobieta, co przed wyjawieniem tej informacji. Znaczy rozumiem, że pod wpływem informacji potrafimy zmienić swoje nastawienie do kogoś, ale z drugiej strony, on widział, że ona powoli daje sobie radę, jest uparta, więc nie wiem po co to mięknięcie. Żeby dać powód lubienia Rowana? Bo innego nie widać? Możliwe.

Uniosła twarz ku gwiazdom. Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i była dziedziczką dwóch potężnych linii, obrończynią niegdyś wspaniałego narodu, królową Terrasenu.Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i nie było w niej strachu.
      Dziedzictwo Ognia, w przeciwieństwie do poprzednich części, nie rozpieszcza ciągłymi akcjami i plot twistami fabularnymi. Za to jednak przedstawia nam cały przekrój zmian wewnętrznych u większości bohaterów. Szerzej opisany świat magiczny, nowe rasy jak czarownice czy wywerny, oraz wreszcie pojawienie się fae sprawia, że, o dziwo, naprawdę przyjemnie czyta się ten tom. I chociaż bohaterowie nadal są irytujący, to już nie tak, jak do teraz (Rowan dopiero zaczyna przygodę z nami, więc chyba musiał nadrobić tu dwie części bycia irytującym. Udało mu się). Nie spodziewałam się, że z każdą częścią ta seria będzie coraz lepsza. Widać, jak autorka dojrzewa wraz z bohaterami, jak zmienia się jej styl oraz że powoli skupia się na innych aspektach niż w poprzednich książkach. Czy polecam? Nieśmiało mogę powiedzieć, że nawet tak. Jest trochę rzeczy, które mi się nie podobały, ale widzę, że potencjał jest coraz mniej marnowany, autorka coraz więcej wyciska z tego świata, a ja zaczynam czekać na kolejne tomy.

  Tytuł: Dziedzictwo Ognia
  Seria (tom): Szklany tron (3)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 565
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok pierwszego wydania: 2014

19 września 2024

Jestem najlepszą zabójczynią, ale nie zabijam!, czyli "Korona w mroku" Sarah J Maas

      Ja naprawdę nie wiem, dlaczego nie umiem porzucać serii. No nie wiem. Nawet jak jest słaba, ja i tak na 90% przeczytam kontynuację. I właśnie tak się zadziało w tym przypadku. No to lecimy z tym koksem.

      Celaena wygrała turniej, więc została Królewską morderczynią. Z całych sił starała się wypełniać polecenia króla, jednocześnie pozostając w zgodzie z własnym sumieniem. A nieopuszczające ją uczucie, że w zamku coś złego i mrocznego się panoszy tylko potwierdza ciągle wzywające ją na szyi Oko Eleny. Król coraz bardziej knuje, atmosfera się zagęszcza, a Celaena musi zabić osobę, która była jej bliska. Niektóre tajemnice wychodzą na jaw, psując cały światopogląd dziewczyny.

I proszę cie, nie mów ani słowa. Rozmowę i czarowanie zostaw mnie.
Kapitan uniósł brwi.
-A więc jestem tu tlyko dekoracją?
-Ciesz się, że uznałam cie za dodatek godny siebie.
      Ten tom zaczął się trochę lepiej niż pierwszy. Początek mnie wciągnął i miałam nadzieję, że będzie to trochę bardziej ciekawsze niż poprzednia część. No cóż, na pewno mogę powiedzieć, że akcji tam było w bród. Cały czas coś się działo, cały czas Celaena musiała coś robić, ale jednocześnie wynudziłam się. I dla mnie to było dziwne, bo właśnie tyle do zrobienia, a jednocześnie nudne, nie zachęcające do czytania, dłużące się. Naprawdę nie sądziłam, że właśnie tak się da. Nadal jednak mogę stwierdzić, że sam pomysł na to wszystko był całkiem spoko. Coraz więcej informacji o świecie jest odkrywane, tajemnice przestają być tajemnicami, sprawiając, że chce się dalej czytać tylko po to, by wiedzieć co dalej, jak je rozwiązać, do czego one nawiązują. I właśnie to one głównie trzymały mnie w ryzach czytania.Gdyby nie te wszystkie tajemnice, nie skończyłabym tego tomu, to jest pewne.
      Akcją nie wychodzimy poza granice miasta, nadal chodzimy po znanym, a przynajmniej kojarzonym przez nas, otoczeniu. Jednak tym razem poznajemy posiadłości i domy mieszkańców, ich piwnice czy strychy. No i spoko, przynajmniej Maas nie ograniczyła nas do tego samego terytorium co w pierwszej części, tylko wprowadziła coś jeszcze, by jednak nas czymś zaciekawić.
      Plusem dla mnie było wreszcie ukazanie jak mniej więcej wygląda system magiczny, dlaczego jest jak jest, a dlaczego nie ma tego, czego nie ma. Do teraz to był lekki chaos, czemu jedni mają moce, a inni nie, nie było żadnej logiki w tym, a Maas niezbyt chętnie omawiała te ograniczenia. Dopiero tutaj, z czasem, odkrywała kolejno karty historii magii. Zdecydowanie podobało mi się to wdrożenie. Muszę przyznać, że systemy magiczne bywają potężne, trudne do zrozumienia dla niektórych. Nie raz analizowałam je, by zrozumieć i móc bardziej cieszyć się fabułą, dlatego, mimo późnego wprowadzenia wyjaśnienia, cieszyłam się w jaki sposób poznawałam ten system. Dało się go ogarnąć!
      Jedno muszę docenić. Czytając pierwszy tom, pojawiło się kilka nieścisłości, dziwnych rzeczy. Ten tom je wyjaśniał, sprawiał, że niektóre rzeczy miały sens, łączyły się z innymi. Brakowało mi tego.
      Update wątku romantycznego: Nadal dziadostwo.

Nigdy nie było między nimi żadnych barier z wyjątkiem jego idiotycznego strachu oraz dumy. Od chwili gdy wyciągnął ją z kopalni w Endovier, a ona spojrzała na niego po raz pierwszy, nadal dumna i zaciekła mimo roku niewoli w piekle, zmierzał przez cały czas ku niej i ku tej chwili. Otarł więc jej łzy, uniósł podbrudek i ją pocałował.
      Celka. Ach Celka. Co ja mam z tobą zrobić? No nie polubiłam jej nadal. Fakt, trochę zyskała w moich oczach, ale dopiero na koniec, kiedy zyskała więcej szarych komórek i wreszcie zaczęła myśleć. Jednak do tego czasu jej status Mary Sue w ogóle się nie zmienił. Jak nią była, tak została. Panna idealna powróciła, zabójczyni o sercu z kamienia, która nie będzie zabijać. No moralnie bielutka, nie? Jednak pojawiły się tu kolejne zgrzyty. A więc tak, Celka przeżyła traumę, która bardzo mocno na nią wpłynęła. Z jednej strony rozumiem, dlaczego nie wspominałą o tym, nie chciała wracać do tego, ale z drugiej strony to miało tak ogromny wpływ na nią, że pominięcie tego faktu jest wręcz dziwne. Jakby przypominała to sobie tylko w wybranych momentach, kiedy jest potrzebne, jakby to do niej nigdy nie wracało, chociaż skojarzeń do tego wydarzenia jest wszędzie pełno. Do tego drugi tom dzieje się niedługo po pierwszym, a Celka trochę się zmieniła (pomimo tych zmian nadal jest Mary Sue, to się nie zmieniło). W ciągu tak krótkiego okresu zmieniła się z rozpuszczonej nastolatki z zabójczynię. Ta zmiana poszła na plus, w zasadzie w pierwszym tomie powinna być właśnie bardziej taka niż beztroska, ale samo to, że tak szybko tak się zmieniła mi nie odpowiadało. No ale muszę przyznać jedno. Celka wreszcie pokazała się jako zabójczyni. Widać to było zwłaszcza podczas akcji ratowania Kapitana. No ten fragment mi się bardzo, ale to bardzo podobał. Wreszcie dostałam to, o czym czytałam! Szkoda, że takich chwil było za mało.
      Chaol… Huh… Z nim mam problem. Stał się odrobinę lepszy, znośniejszy, ale nadal pozostał durny jak lewy but. No nie pasuje mi jego zachowanie do wieku. Raz zachowuje się jak czterdziestolatek, raz jak dzieciak, no nie ma balansu. Czy mógłby on gdzieś wyjechać i już nie wracać?
      Dorian zaś mnie zadziwił. W tym tomie się ogarnął i dorósł. Zdecydowanie zyskuje na uwadze i zasługuje na więcej czasu antenowego. Jestem ciekawa w jakim kierunku pójdzie jego rozwój, czy nie spierdzielą go.

Pracowałam przez dziesięć lat, aby zyskać sławę i zapracować sobie na zaproszenie do zamku. Harowałam przez dziesięć lat, by móc zjawić się tu i zaśpiewać pieśń o magii, którą próbowałeś zniszczyć. Chciałam zaśpiewać po to, abyś wiedział, że wciąż tu jesteśmy. Możesz wyjąć magię spod prawa, możesz wymordować tysiące ludzi, ale ci z nas, którzy trzymają sie starych tradycju, wciąż tu są.
      Drugi tom serii Szklany Tron był jednocześnie lepszy i gorszy. Chociaż nadal pełen akcji, zagadek i zakrętów fabularnych, to wielokrotnie łapałam się na tym, że to jest nudne. Najchętniej zostawiłabym na czas nieokreślony, ale obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie zaczęte serie do końca. Widać było, że Maas próbuje załatać niektóre błędy z pierwszego tomu, co koniec końców czasami wychodziło jej dobrze, ale przeskok pomiędzy tomami, patrząc na krótki czas dzielący obie akcje, był momentami aż nienaturalny. Całe szczęście, że postacie (przynajmniej niektóre) rozwijają się, dając nadzieję, że kolejne tomy będą lepsze, że nie będą tak irytujący, tak denerwujący jak do teraz. Patrząc na to jak autorka wykreowała system magiczny, jestem ciekawa jak bardzo go rozwinie, na ile pozwoli postaciom w niego wejść i z niego czerpać, by fabuła stała się jeszcze bardziej magiczna. Czy się dobrze bawiłam? Nie powiedziałabym, ale zostało mi jeszcze kilka tomów do końca. Nadal mam nadzieję, że to się rozwinie i polubię tę serię! Trzymajcie kciuki!

  Tytuł: Korona w mroku
  Seria (tom): Szklany tron (2)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 496
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2013

13 września 2024

Najlepsza zabójczyni z rozdmuchanym ego, czyli "Szklany Tron" Sarah J Maas

      Szklany tron zna chyba każdy fan fantastyki. Cały czas czytałam opinie, że to jedna z lepszych serii, że jest genialna… A że czytałam Dwory, inną serię od tej samej autorki, zaryzykowałam znowu.

      Celaena jest znana w całym państwie jako najlepsza zabójczyni. Dlatego też wyrok swój odsiaduje w kopalni, która dosłownie zabija człowieka, wyniszczając go. Całe jej życie zmienia się w momencie, gdy następca tronu przybywa do kopalni i oferuje Celce umowę. Jeśli wygra turniej i odsłuży kilka lat jako osobista zabójczyni Korony, zdobędzie wolność. Wiedziona tą pokusą zgadza się, a miasto, oprócz walk i treningów wita ją potworami i tajemnicami z dawnych lat.

- Wybierz coś innego. Może nasz trening stanie się ciekawszy. Mam nadzieję, że wreszcie się zmęczę.
- Obedrę cię żywcem ze skóry i wycisnę ci gałki oczne! - mruknęła Celaena, podnosząc rapier - To cię na pewno zmęczy.
      To moje drugie podejście do serii, dlatego mniej więcej wiedziałam czego oczekiwać. Miałam jednak nadzieję, że tym razem odbiór byłby lepszy.
      Nie ukrywam, fabuła całkiem mi się podobała. Sam pomysł jak połączyć życie pałacowe i dawne tajemnice było dobrą drogą. Nudno czytać o paniusi na salonach, ale o zabójczyni to co innego, zdecydowanie lepiej. Do tego podziwiam, że autorka tak komplikowała wszystko, tak utrudniała życie bohaterom, że gdy tylko zbliżałam się do jakiejś odpowiedzi, rozwiązania problemu, czy po prostu jakieś informacji, nagle myk, jeszcze większy chaos i wszystko, do czego dążyłam, oddalało się ode mnie o kolejne kroki. I tak cały czas. Jak trzeba wymyślić, a przede wszystkim ile tego trzeba wymyślić, żeby zapełnić tak całą książkę! Jednak z drugiej strony wykonanie tego wszystkiego było już zdecydowanie gorsze. Zdecydowanie zmarnowany potencjał. I nie wiem czy to wina tłumaczenia, czy autorka tak właśnie napisała, to po prostu momentami… nudziłam się! Pomimo ciągłej akcji, ciągłych plot twistów, byłam znudzona. Nie potrafiłam się wdrożyć w fabułę, nie potrafiłam tego wszystkiego odczuwać, ale jednocześnie doceniałam to wszystko, co zostało stworzone.
      Jeśli chodzi o fantastyczny świat, to z pozoru nie do końca mi na początku pasował. Był zupełnie odrealniony od świata wykreowanego przez Maas. Jednak im dalej w las, tym drzewa jakieś zieleńsze. Mając już jakieś podstawy i nawiązania, jakoś łatwiej było to wszystko połączyć, dopasować do siebie.
      Brakowało mi rozwinięcia turnieju. Zbyt duże skupienie na postaci Celki (wątek miłosny śmiało można było wyrzucić do kosza) sprawiło, że jedna z dwóch najważniejszych linii fabularnych została potraktowana po macoszemu. Niektóre konkurencje zostały tylko wspomniane, a treningi skrócone do minimum, a przecież to od niego zależało, czy Celka wróci do kopalni, czy też nie. I tu też leży niewykorzystany potencjał. Bo przecież nasza Celka jest zabójczynią! Można by idealnie przedstawić tę stronę jej osobowości, pokazać nam cały obraz dziewczyny, a nie tylko panienkę w zameczku w sukniach z marzeń. To by tak pięknie to dopełniło, ale nie, bo po co. Lepiej pisać o słodyczach i zamkowym życiu Celki. No ludzie, trzymajcie mnie, bo kiedyś rzucę tym telefonem przez książki, które na nim czytam. A obecnie nie mam żadnego w zapasie!
      Największa wadą tej książki jest to, że niektóre rzeczy muszą zostać opisane, nazwane, bo inaczej ich nie odczuwamy. Celaena jest zabójczynią - nazwali to, ale po jej zachowaniu tego nie widać. Celka była w kopalni, gdzie wyniszcza się organizm - ok, pokazali to na początku, ale potem praktycznie nic z tego nie wynikło, ani stan zdrowia dziewczyny, ani osłabienie, ani nic, po prostu fakt, który dodaje dramatyzmu postaci. Chaol i Dorian są wieloletnimi przyjaciółmi - po ich zachowaniu nie powiedziałabym, o wiele bardziej wyglądają jak książę i kapitan gwardii, którzy współpracują wiele lat. Rozumiecie o co chodzi? To tak, jak kiedy ktoś mówi, że jest fajny, bo z jego zachowania tego nie wynika, ale chce, by każdy wiedział, że jest fajny. Niestety, wiele rzeczy tak zanika. Ale z drugiej strony trzeba by było przerobić ponad połowę książki, jak nie więcej, żeby to wszystko ukazać.
      Odnośnie trójkąta miłosnego mam tylko jedno zdanie: Dziadostwo. Po prostu dziadostwo.

-Idź sobie stąd. Chce umrzeć.
-Piękne dziewice nie powinny umierać w samotności- rzekł i nakrył jej dłoń własną.- Czy chcesz, abym ci poczytał w chwili twojej śmierci? Ktorą historie wybierasz?
Celeana cofnęła dłoń.
-Może o księciu-idiocie, który nie chciał zostawić zabójczyni w spokoju?
-Och! To moja ulubiona historia! Ma przecież szczęśliwe zakończenie, wiesz? Zabójczyni udawała złe samopoczucie, aby przyciągnąć uwagę księcia! Ktozby się domyślił? To doprawdy sprytna dziewczyna. A scena łóżkowa jest doprawdy urzekająca. Warto brnąc przez te niekończące się sprzeczki, aby do niej dotrzeć!
      Największy minus tej książki, to główna bohaterka. Borze zielony szumiący za oknem, jak ona mnie irytowała. Miałam wrażenie, że jest durna, chociaż nie była. Z każdą kolejną stroną miałam jej coraz bardziej dość. Taka potężna zabójczyni, taka cudowna, taka wspaniała! I chociaż na zadaniach radziła sobie całkiem spoko, tak samo jak na treningach, to nie widać było tego, kim była. Zachowywała się jak n astolatka z nadętym ego. Miałam wrażenie, że trzeba było mi przypominać jak wspaniała jest, bo nie było tego po niej widać. No naprawdę! I chociaż wiem, że musiała szybko dorosnąć, to zachowywała się jak nastolatka i trzydziestolatka jednocześnie, a dodatkowo chyba nawet wymagała, by traktowali ją jak dorosłą. A w książce ma siedemnaście lat, jeśli dobrze pamiętam. Toż to smarkula. I poza tym jak mogę uwierzyć, że tak młoda osoba będzie najwspanialszą zabójczynią w państwie? No przepraszam, ale to mi zalatuje Mary Sue. Praktycznie idealna postać. O jeżu z jabłuszkiem na grzbieciku, dawno nie wyklinałam tak bohatera. No nie mogłam baby znieść. Jedyne co ją ratuje to okruch człowieczeństwa. Znaczy, kamień człowieczeństwa. Bo jak autorzy zazwyczaj opisują najlepszych zabójców jako zimne, ciche postacie, które nienawidzą każdego, albo mają typowo neutralny stosunek do życia, tak tutaj Celka kocha piękne suknie, kocha zwierzęta, chce uratować pieska, kocha czytać… Jest po prostu człowiekiem. I z jednej strony to nie jest obraz, do którego przywykłam, tak z drugiej prawie mi on pasował. Prawie, bo jednak odrobinę kłócił się z zabójczą naturą Celki.
Wspomniałam na początku, że Celka nie jest durna? Otóż jest. Wyobraźcie sobie, macie ważny egzamin fizyczny, ćwiczycie do niego, trenujecie, aż nagle stwierdzacie, że dwie noce PRZED egzaminem nie będziecie spać, tylko czytać. Kobieto, tu się ważą losy twojej wolności, jesteś aż tak durna, czy aż tak wielkie ego masz, że nie potrzebujesz odpoczynku?! I jeszcze kreowanie postaci na wybitną zabójczynię, która przez większość czasu tylko jęczy i marudzi i narzeka… Nie. Po prostu nie.
      Przez jakiś czas miałam wrażenie, że Chaol jest tą dobrze napisaną postacią, aż właśnie drugi raz sięgnęłam po tę książkę. Ja przepraszam bardzo, ale czy ten facet ma jakieś kompetencje? Kapitan Gwardii, czyli facet odpowiedzialny na Gwardię, za bezpieczeństwo, z głową na karku, który przejmie dowodzenie w momentach grozy. A t przychodzi problem i Kapitanik nie wie jak się zachować, bo tak strasznie jest. Tak, chodzi o sytuację z niedojedzonymi psami. Nie wiedział jak postąpić, gdy znajduje resztki psów. W tej chwili tego nie wiem, ale jakbym była Kapitanem Gwardii, a do tego tak zachwalanym, tak komplementowanym Kapitanem Gwardii jak Chaol, to raczej bym wiedziała. A nie puszyła się jak paw, robiła za ważniaka i dezorientowała się, gdy coś by się gorszego działo.
      Księcia jeszcze jako tako zniosłam, chociaz nadal dziwię się, że według niego atak wściekłości, krzyczenie na przedmioty i gryzienie kija do bilardu przez OPANOWANĄ zabójczynię jest urocze. Facet chyba rzadko kiedy randkował z kobietami, skoro ma takie, a nie inne poczucie uroczości.

[...] zdobywca drugiego miejsca to tylko trochę bardziej eleganckie miano dla pierwszego przegranego.
      Jestem tak bardzo zawiedziona. Po licznych komentarzach, że “Szklany Tron” jest najlepsza serią Maas miałam dość spore oczekiwania, niestety jednak legły one w gruzach. Chociaż świat stworzony został naprawdę dobrze, tak oprócz ciągłego wodzenia czytelnika za nos odnośnie rozwiązania problemów chyba jedyny plus tej powieści. Niestety, główna fabuła zazwyczaj obejmuje Celaenę i jej rumieńce do Księcia czy Chaola. To co najważniejsze, czyli turniej, został potraktowany po macoszemu. Jej zabójcza część osobowości została przytłumiona na rzecz rozpieszczonej, marudzącej i jojczącej nastolatki, która krzyczy na bile, bo nie trafiła do dziury. Ta opanowana, trzymająca emocje na wodzy jest chodzącym wulkanem emocji, które się z niej często wylewają. Nie ma nad nimi żadnej kontroli. Nauczona zabijać bez mrugnięcia okiem rumieni się od pocałunków. Książka pełna sprzeczności, chowająca to, co powinno być najważniejsze, a eksponująca typowo młodzieżowe “wartości” jak trójkąt miłosny, za ciasne pantofelki, czytanie romansów czy Mary Sue. Nawet nie mogę powiedzieć, że przynajmniej szybko się czytało. Wynudziłam się strasznie, męczyłam się okropnie. Niestety, ale bardzo dużo mam do zarzucenia tej książce. Przede wszystkim zmarnowany potencjał, bo fundamenty pod fabułę są świetne (zabójczyni po roku w kopalni bierze udział w treningu, by zyskać wolność), jednak wykonanie… Bardzo, ale to bardzo słabe. Jedyne co, to warto przeczytać przy okazji czytania Księżycowego Miasta, bo są pewne nawiązania. Nawet ponowne przeczytanie nie uratowało tego tomu. Jak był słaby, tak słaby został. Meh.

  Tytuł: Szklany tron
  Seria (tom): Szklany tron (1)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 520
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2013

4 września 2024

Mała piekarka, wielki ludek, czyli "Wypieki defensywne. Przewodnik dla czarodziejów i czarodziejek" T. Kingfisher

      Chyba każdy wie, że uwielbiam Wydawnictwo SQN i ufam im pod względem wydawanych książek. Dlatego też, kiedy przeczytałam ten tytuł, musiałam od razu dodać na Legimi na półkę i czytać! No przecież Wypieki Defensywne brzmi tak komicznie i jednocześnie poważnie!

      Miasto, w którym mieszka Mona, jest chronione przez potężnych czarodziejów, których magia zachwyca każdego. Monie do nich daleko, ponieważ jej magia ogranicza się do manipulacją ciastem, pilnowaniem, by się nie spaliło oraz ożywianiem go. Dlatego kiedy zostaje wrobiona, robi wszystko, by się uniewinnić, pomimo swoich zaledwie czternastu lat. Los sprawia, iż na jej drodze zostają postawione poważniejsze przeszkody, z którymi może sobie nie poradzić.

Kiedy człowiek czuje się beznadziejnie, świadomość, że wygląda tak, jak się czuje, stanowi pewne pocieszenie.
      Będę szczera. Podeszłam do tej książki z myślą, iż to jakaś bajka dla dzieci. Nie pomyliłam się za wiele, bo jest to pozycja skierowana do młodszych, ale i starsi znajdą w niej coś, co im się spodoba. Dlatego też zdziwiłam się, kiedy książka rozpoczyna się znalezieniem przez Monę trupa w jej własnej kuchni. Takiego prawdziwego, żywego, a raczej nieżywego trupa. I mimo to, ani na sekundę nie poczułam, żeby akcja zaczęła iść w mrocznym kierunku. Wręcz przeciwnie, nadal był utrzymany lekki styl. Ale wracając do fabuły, muszę przyznać, że nie czytam aż tyle książek skierowanych do młodszych, więc nie wiem co jest powiewem świeżości, a co wykorzystaniem popularnych schematów czy motywów, ale miałam wrażenie, że autorka bawi się, wtłaczając wszystkie akcje i akrobacje w fabułę. Z jednej strony mamy poważny problem jak próba morderstwa, samo morderstwo, ucieczka z domu, a z drugiej strony przeplatane jest to humorem, zabawnymi momentami, jak chlebowy cyrk, i też rozumowaniem przez dziecko świata. Bo nie ukrywajmy, czternastolatka to jeszcze dziecko, które nie do końca rozumie powagę intryg politycznych. A nie ukrywam, to właśnie one, pod przykrywką przygód Czarodziejki, są głównym napędem fabularnym. Brakowało mi trochę rozbudowania świata, przedstawienia systemu magicznego, co się z czym wiąże (jestem fanka fantastyki, uwielbiam czytać o magii w danym świecie, takie małe zboczenie), jednak rozumiałam, że skoro sama bohaterka mało co wiedziała o całej magii i tym co się dzieje na świecie, to skąd miałaby nam to przedstawić?
      Muszę wspomnieć o jednym ważnym elemencie fabuły, a mianowicie humorze. Dowcipy lecące na lewo i prawo nie męczą, a wręcz przeciwnie, są miłym relaksem, który równoważny powagę sytuacji i sprawia, że nie ma się czym denerwować. Takie połączenie powagi i humoru idealnie pasuje do każdego wieku. Oj, zdecydowanie nie potrafiłam się nie uśmiechać, czytając tę pozycję. Nawet niektóre pomysły bohaterów były tak nierealne, tak durne, że aż śmieszne i działające w praktyce. Właśnie czegoś takiego mi brakowało! Nie, żeby myśleć jak rozwiązać problem, czy skomplikowane akcje, a właśnie tak absurdalne rozwiązania, które zaserwowała mi Mona. Bo co jest też ważne, Mona jest piekarzem i właśnie wokół tej dziedziny krążą wszystkie jej pomysły. Chyba nigdy się nie spotkałam, by bohater pochodził z niszy magicznej, by nie miał wielkich mocy czy potężnych umiejętności, tylko polegał na swoich “marnych” działaniach, a przede wszystkim na swojej pomysłowości. Byłam zachwycona ostatnią akcją w książce, jak dziewczynka poradziła sobie z całym tym majdanem, wykorzystując swoje umiejętności i wiedzę na najwyższym poziomie.
      Bardzo byłam zadowolona, kiedy rozwiązania problemów były iście dziecinne! Główna bohaterka jest przecież dzieckiem, dlatego jej postępowanie było zgodne z wiekiem. I czasami wychodziły komiczne rzeczy, jak wielkie ciastka walczące w obronie miasta. Epickie pomysły! Już nie mówiąc o tym, że w tak młodej głowie “powstał pomysł” na stworzenie Boba, a dzięki magii, ożył on. Bo Bob, to zakwas. Ale nie taki zwykły zakwas, bo taki, co zżera szczury. I rośnie, jedząc dosłownie wszystko. Uśmiałam się po pachy, czytając o nim.

Nie można się smucić, jedząc babeczkę borówkową – jestem pewna, że to fakt naukowy.
      Mona jest postacią dość prostą, jak to bywa u dziecka. Chce być dobra w tym, co robi, nie lubi problemów, chce, by był pokój i jednocześnie chce bronić to, co dla niej ważne. Jest odważna,ale też nie zdaje sobie sprawy z powagi zagrożenia. Jest po prostu prostym dzieckiem, cieszącym się życiem. I właśnie jej oczami jest przedstawiony świat jak i historia. Jako, że dziewczynka głównie przebywała przy rodzinie, nie zna dokładnie świata, co da się odczuć, ale dzięki temu i my poznajemy go razem z nią.
      Patyk za to jest bez magicznym chłopcem, którego urok to osobowość. Daje sobie radę w życiu kombinując ile się da. To on w dużej mierze pokazuje nam świat też na swój dziecinny sposób. Momentami może być denerwujący, ale mimo wszystko da się go lubić.
      Jedyne do czego mogę się przyczepić, to czasami zbyt infantylne zachowanie dorosłych. Tego nie lubię w książkach dla młodszych. Świat przedstawiony oczami młodego bohatera jest w porządku, bo to wokół niego wszystko się kręci, to jednak dorośli nadal zostają dorosłymi i ich zachowanie nie powinno dziecinnieć, a tutaj zdarzyło się to kilka razy. Szkoda, no wielka szkoda. Jednak pomimo tego, bohaterowie poboczni zostali stworzeni naprawdę w porządku. Jest kilkoro specyficznych postaci, które dodają koloru tej książce, sprawiają, że nie tylko fabuła idzie do przodu, lecz i świat magiczny został pokazany trochę bardziej. A ich charaktery są zdecydowanie unikalne.

Miała na sobie brudne buty i skarpety nie do pary. Wydało mi się to takie smutne. No, oczywiście sama jej śmierć była smutna – prawdopodobnie, chyba że dziewczyna była okropną osobą – ale śmierć w niesparowanych skarpetkach z jakiegoś powodu zdawała się szczególnie smutna.
      “Wypieki defensywne” zdecydowanie przeniosły mnie do innego świata, może nie pełnego magii, lecz przepełnionego przygodą i ciastem. Magia tutaj odgrywa ważną rolę, jednak nie dominuje, aż do wielkiego finału, podczas którego to właśnie na niej wszyscy polegają. Mona i Patyk są genialnymi głównymi bohaterami, którzy nie pozwolili mi się ani przez chwilę nudzić. Świat przedstawiony oczami młodej czarownicy jest przystępny również i dla starszych. Wydaje mi się, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, czy to kolejną przygodę, może odrobinę wytchnienia bądź wesołość, której każdy potrzebuje. Ta książka jest takim polepszaczem humoru, który czyta się z ciepłą herbatką pod kocykiem, może nawet na głos dziecku.
Wciągnęła mnie od razu i nie chciała puścić. Mam nadzieję, że i Ciebie tak wciągnie.

  Tytuł: Wypieki defensywne. Przewodnik dla czarodziejów i czarodziejek
  Autor: T. Kingfisher
  Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
  Wydawnictwo: SQN
  Liczba stron: 336
  Gatunek: fantastyka, literatura młodzieżowa
  Rok wydania: 2020

19 sierpnia 2024

Faceci? Fuj, fuj, ohyda, czyli "Girl, Goddess, Queen" Bea Fitzgerald

      Nie raz wspominałam na blogu, że przeczytałam książkę przez wpływ TikToka. I ta pozycja wpadła mi w ręce przez dokładnie ten sam powód. No bo książka na podstawie mitologii, a dokładniej Hades i Persefona?! Biorę! I to w ciemno!

      Mit, jaki znamy o Persefonie i Hadesie, to kłamstwo! To nie Hades ją porwał, lecz Persefona sama wskoczyła do jego królestwa, żądając ochrony przed Zeusem, który chciał boginię za żonę. Teraz musi urzeczywistnić swój plan, dzięki któremu świat bogów i ludzi nie będzie taki sam.

- Wiedziałam, że przekonasz go do współpracy. Jak tego dokonałaś? - dopytuje Styks.
- On twierdzi, że nieodpowiednio się obchodziłam z jego zwojami.
- Właśnie tak. Nadal jestem wściekły - mówi Hades.
      To jest kolejna książka z serii “rzuciłabym o ścianę, ale szkoda mi telefonu”. Jeszcze początek dał mi nadzieję, że to może być coś dobrego, że dostaniemy silną kobieca postać i równego jej mężczyznę, że stworzą mocarną parę, która zawładnie światem. A dostałam Mary-Sue i Ciamajdę w feminazistowskim klimacie. O jeżu z jabłuszkiem na pleckach, za jakie grzechy to zostało wydane? Sam pomysł na fabułę był naprawdę dobry, ale to zmarnowany potencjał. W pewnym momencie mamy narzucony światopogląd bez żadnych wyjątków. A mianowicie, mężczyźni są źli. Wszyscy. No, może oprócz Hadesa, ale on lubi “kobiece” sprawy, nie zachowuje się jak typowy facet, więc jest ok. Serio? Ale serio?! Nie znalazł się tutaj żaden mężczyzna, czy to bóg, czy ktoś inny, który by został przedstawiony jako “stereotypowy” facet i był dobry. Nie. Bo każdy facet chce rządzić, chce panować nad kobietą, ma płeć piękną za słabą i nieudolną. Nie ma wyjątków. Bo nie. Znaczy, że co, że świat jest zero-jedynkowy? Faceci źli, okropni, a babki te dobre? Znaczy nie, tu też autorka jechała po kobietach, a dokładniej po tych, które zgadzały się na takie traktowanie przez facetów. Jeśli się nie sprzeciwiały, nie należał się im szacunek. Bo czemu? Przecież nie walczą o prawa kobiet. A nie przyszło jej do głowy, że są mężczyźni potężniejsi od kobiet i bunt czasami nie ma sensu? Że wtedy trzeba mieć “Plan B”, albo jakikolwiek plan, by się buntować, a nie na chama, na konia i dzidami ich? No najwidoczniej nie. Borze zielony, szumiący za oknem, jak ja się wściekałam. Bo bazując na takim świecie fabuła nie może być dobrze poprowadzona.
     Doceniam fakt, że to Persefona gra tutaj pierwsze skrzypce i to z jej perspektywy została poprowadzona narracja, bym mogła poznać wszelkie motywy działania dziewczyny. Bo już na początku jest pokazana jako buntowniczka, która chce uniknąć swojego losu za wszelką cenę. No i spoko, tu zaczyna się jazda. Jest pościg, jest ucieczka, jest tajemniczy nieznajomy. I w momencie, kiedy Perfefcia wpada do Hadesa, zaczynają się schody. Na wierzch wychodzi Mary-Sue. Początkowa przebiegłość ustępuje byciu idealnym we wszystkim. WSZYSTKIM. No bo ona jest cudowna i umie wszystko. A jak nie umie, to zaraz się nauczy. Dajcie jej dwie strony.
      Miałam nadzieję na jakiś gorący romans, bo wiecie, Pan Podziemia i Bogini Kwiatów. Śmierć i Życie. Przeciwieństwa. To mogłoby wyjść niesamowicie. No nie wyszło. I to bardzo. Zamiast epickiego love story jest nastoletni romansik pomiędzy dorosłymi. Przypominam, Hades jest Panem Podziemia, który żyje trochę lat, który wygrał wojnę, Persefona sprzeciwiła się samemu Zeusowi, wydudkała Hadesa, zmusiła go do gościny. A zachowują się jak młodziki, którzy robią podśmiechujki ze słowa “seks”. Zamiast tego używają słów typu “no wiesz”, niczym gimnazjaliści. Znaczy teraz to uczniowie szkoły podstawowej. To było tak krępujące dla mnie, tak momentami żałosne… Zwłaszcza że cały ten romans polegał na dogryzaniu sobie, jak w większości książek. Kto się czubi ten się lubi - chyba autorzy za bardzo lubią to powiedzenie. A taki dorosły, dojrzały związek byłby czymś niesamowitym. To nie, nie będzie go, bo się nie sprzeda. W teorii można to zaliNajbardziej wkurzało mnie to, że wiele rzeczy zostało potraktowane po macoszemu, bez wgłębiania się w temat, co niszczyło cały odbiór.

- Kiedy je rozsiewałam, byłeś jeszcze po tamtej stronie wredości.
- Cóż, to nie był subtelny gest z twojej strony. Kwiatowy odpowiednik psa obsikującego swoje terytorium.
      Persefona to typowa Mary Sue. Panna idealna, której się udaje wszystko. Jest potężna, ale oczywiście o tym nie wie. Użycie mocy? Wystarczy, że spróbuje raz czy dwa, że się skupi i wszystko się uda! No bo po co dorastanie do mocy, po co treningi. Przecież dajmy jej jak najwięcej mocy, by mogła być głową rebelii! Jej główną cechą była irytacja. I nie to, że irytowała się często, ale była irytująca. I to do granic możliwości. Zachowywała się jak typowa nastolatka z buntem w głowie. Fakt, większośc życia spędziła na wysoie z dala od wszystkich, więc nie była obyta, a do tego była młoda, ale ona została przedstawiona jako młódka w ten bardziej negatywny sposób. Zdecydowanie nie polubiłam jej.
      Hadesowi ucięto za to jaja. Serio. Nie mam tego potężnego wojownika, który włada kraina umarłych, lecz ciamajdę, który siedzi w domu i zajmuje się “kobiecymi”, jak na tamte czasy, rzeczami. Ba, nawet nie skończył ogarniać do końca swoich ziem, bo nie wiedział jak. To co to za władca?! Taki, który czeka na wybawienie, tym razem pod postacią Persefci, która z miejsca wykona jego zadanie. Ale wracając do Hadesa, zdecydowanie nie zostanie moim mężem książkowym. Oj nie. On nawet nie lubi walczyć. Taki tam pacyfista. I w teorii to nie jest nic złego, ale w tym zestawieniu nie kupuję tego!
      Postacie drugoplanowe potrafią dopełnić historię. Jednak nie tutaj. W tym przypadku każda z nich jest jednej cechy. Faceci są źli. Kobiety są beznadziejne bądź spoko,w zależności czy się buntują, czy nie. Jest jedna postać kobieta stworzona na zasadzie “nie słucham rozkazów, jestem wredna dla każdego, nie lubię nikogo” i w sumie tyle postaci różnorodnych. Cała reszta jest mdła, płaska i po prostu mam wrażenie, że robią za statystów w tym dramacie.

Wiecznie to samo. Starać się, dbać o siebie, wstrzymywać oddech i milczeć. Być doskonałą, byle zyskać więcej opcji, zwiększyć swoje szanse na zdobycie w miarę znośnego małżonka.
A potem doskonalić się w doskonałości, byle ów małżonek nie przestał być w miarę znośny, kiedy już staniesz się jego własnością.
      “Girl, Goddess, Queen” robi nadzieję na naprawdę dobry retelling mitu i Hadesie i Persefonie. A potem zostawia nas na gołym lodzie z tanim, nastoletnim romansem, z Mary-Sue oraz bezjajowym-Hadesem, którzy nie tylko nie przyciągają mnie do siebie, a wręcz odpychają. Fabuła, jeśli tylko wstawić innych bohaterów, mogłaby się obronić, lecz w tym zestawieniu jest zmarnowanym potencjałem, który rani moje serce. Retelling mitu nie tyle nie wyszedł jak powinien, co w ogóle nie wyszedł.
Mam wrażenie, że przeczytałam inną wersję niż wszyscy, bo większość opinii jest pozytywna, a mi się w ogóle nie podobała. Przeczytałam całość, bo miałam nadzieję, że w pewnym momencie to się jednak naprostuje. Cóż, zmarnowałam całe popołudnie na to. Ale wy nie musicie, bo zdecydowanie NIE polecam.

  Tytuł: Girl, Goddess, Queen
  Autor: Bea Fitzgerald
  Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 480
  Gatunek: fantastyka, romans, literatura młodzieżowa
  Rok wydania: 2023