Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Uroboros. Pokaż wszystkie posty

5 października 2024

Usiadła na tyłku i spokorniała, czyli "Dziedzictwo Ognia" Sarah J Maas

      Dwie za mną, więc trzeba kuć żelazo póki gorące. Albo czytać, póki nie rzuciłam tego w kąt. Naprawdę liczę, że kolejne tomy będą coraz lepsze. Nie chcę przeczytać takich kloców i stwierdzić, że to było marnowanie czasu!

      Celaena zostaje wysłana do Wendlyn, gdzie musi zmierzyć i pogodzić się ze swoją przeszłością. By jednak to zrobić, musi zapanować nad ogniem, który jest jej dziedzictwem. Gdy ta trenuje pod okiem Rowana, fae, który sprowadził ją do Warowni, król Adarlanu planuje coraz to mroczniejsze kroki. Z każdym dniem pojawia się coraz więcej pytań, a odpowiedzi, które może uzyskać od Maeve, wcale się nie zbliżają.

By zniszczyć potwora, wcale nie potrzeba innego potwora. Potrzeba światła, które przegna mrok.
      Cóż mogę powiedzieć, śmiać mi się chciało! Nasza wielka, cudowna, utalentowana zabójczyni sięgnęła dna, co jest dla mnie irracjonalne. Wiecie, tu jest kreowana na najlepszą w państwie zabójczynię, która nie ma sobie równych, która walczy najlepiej i w ogóle. A przyszło co do czego i nie daje rady. Jednak zaczynają się pojawiać fae, które są o wiele silniejsi, szybsi i sprytniejsi od ludzi, więc to jasne w sumie jest, że Celka może z nimi przegrać. Mimo to, nadal ten kontrast pokazania wielkości Celki i jej upadku przyprawia mnie o śmiech. Ale idziemy ku lepszemu, Mary Sue się chowa, powoli, powolutku powstaje normalna bohaterka, z którą można już wiązać jakieś nadzieje.
      W tym tomie autorka posunęła się o krok dalej w rozwoju bohaterów. Już nie opierała się na charakterze bohatera, który pasuje do sytuacji (Turniej? Niech będzie zabójcza zabójczyni. Kapitan Gwardii? Opanowany, stabilny facet). Teraz, wreszcie!, wykorzystała ich przeszłość, rozwijając postacie o żałobę, wewnętrzne rozterki, próby pokonania własnych lęków. W końcu mamy coś więcej niż tylko “ja, ja i ja” bohaterów. Bo w tym tomie może i samej akcji było mniej, to dostaliśmy pełen wachlarz emocji i rozwoju bohaterów, którego tak bardzo potrzebowałam, by wreszcie chociaż trochę zacząć lubić tę serię.
      Jedno można autorce zarzucić. W tym tomie zwolniła z akcją. Nie ma jej tyle co w poprzednich dwóch, tutaj wszystko dzieje się powoli. Bardzo powoli. O wiele więcej jest przygotowań niż rzeczywistej akcji. Ale! Ale patrząc na poprzednie dwie części, trzeba było tego. Miałam wrażenie, że w Szklanym Tronie i Koronie w Mroku autorka tak napchała akcji w fabule, że zapomniała o rozwoju bohaterów i cały ten rozwój przeniosła na tę część. Gdybym czytała ją jakoś osobno, dość spory czas później niż pierwszą i drugą część, prawdopodobnie by mi to bardzo przeszkadzało. Jednak czytałam to jedna po drugiej i nie miałam jakichś większych problemów, wręcz z ulgą przyjęłam, że wreszcie ten rozwój, nawet jeśli zajmował większość książki, się gdzieś ulokował.
      W tej części pojawiła się dodatkowa perspektywa, a mianowicie Manon i czarownic. Na początku w ogóle nie wiedziałam po co ona tutaj, dlaczego w tym tomie, jak to się nie łączy, ale potem pomyślałam sobie, że przecież trzeba je przedstawić trochę, skąd się to wszystko wzięło, co je łączy z Królem, jakie warunki panują w obozowisku, by w następnym tomie, gdzie możliwe, że będzie jakaś większa akcja z nimi (nie zaczęłam jeszcze kolejnego tomu… ups?) nie tracić czasu na wprowadzenie. W tym przypadku ta perspektywa działała jako uspokajacz akcji. Kiedy coś gdzieś się rozwijało, przy Manon było spokojniej, można było zwolnić. Ale też kolejnym plusem wprowadzenia czarownic był subtelny sposób pokazania, a którą stronę idzie Król, jakiego rodzaju planu można się po nim spodziewać. Bo jeśli zaczyna używać czarownic, to nie może być zbyt dobry. Do tego samo stworzenie czarownic mi się bardzo spodobało. Trzy klany, z pozoru różne, a jednak bardzo podobne.
      Wiecie co powitałam z radością? Fakt, że Celka jest odseparowana od Doriana i Chaola, a co za tym idzie, koniec z trójkątem miłosnym! On był naprawdę na siłę stworzony i ani trochę mi nie pasował. No dziadostwo jak nic. Chociaż najnowszy wątek miłosny Doriana również jest niczym dziadostwo, a przede wszystkim jest niepotrzebnie wepchany. Dorian by sobie dobrze poradził będąc sam. A tak to jako zapchaj dziurę autorka dała kolejny romans. Jakby, ta seria świetnie by się spisała (oprócz porządniejszego napisania jej) bez wątku romantycznego wciskanego na siłę. Ma mocne podstawy, które rozwinięte zajmowałyby całą przestrzeń fabularną. Dlatego nie wiem po co w ogóle wciskać tu romans.
      Zakończenie sprawiło, że zaczynałam czuć Mary Sue od Celki. Trochę zbyt potężna była, za łatwo jej to wszystko poszło. Wydaje mi się, że za mało czasu miała, by osiągnąć coś takiego, ale to tylko moje odczucia. Gdyby nie to, mogłabym powiedzieć, że finał był naprawdę dobry i fajnie wieńczył trud i pot Celki.

Władca uniósł kielich i zakręcił winem.
- Nie słyszałem, by twój legion dotarł do Rithold.
- Bo nie dotarł.
Chaol przygotował się w duchu na rozkaz stracenia Aediona, modląc się, aby to nie jemu przypadło to zadanie.
- Kazałem ci przyprowadzić twoich żołnierzy, generale - zagrzmiał król.
- A ja głupi myślałem, że stęskniliście się za mną, panie!
      Jak już wspomniałam wyżej, Celka powoli się naprawia. Dostała po tyłku, usiadła na nim i spuściła uszy. I doceniam, naprawdę doceniam jak Maas pokazała, że Celka, pomimo swojego pochodzenia, może być słabsza, bo przede wszystkim odrzucona przeszłość, odrzucone pochodzenie sprawia, że nie korzystamy z jego pełni możliwości. Mam wrażenie, że wreszcie w tym tomie Celka ściąga maskę zabójczyni, którą przywdziała, i próbuje żyć jako ona, jako Aelin, która musi odnaleźć siebie, pokonać swoje demony, nauczyć się walczyć magią, by odzyskać swój dom. I naprawdę miałam uśmiech na twarzy czytając jak Celka-Aelka raz po raz dostaje po dupie, a potem wstaje, zaciska pięści i ćwiczy, ćwiczy i ćwiczy, by tylko opanować swoje umiejętności. Tu już nie mamy księżniczkowatej paniusi, która kaprysi, bo buciki uwierają. Nie mamy zabójczyni z wielkim ego, która twierdzi, że pokona każdego. Mamy upartą, młodą kobietę, która musi się poczuć dobrze we własnym ciele takim, jakie jest, musi je zrozumieć, a przede wszystkim, musi poskromić swój charakter i wyostrzyć go, stając się w całości potężną bronią, którą będzie mogła użyć do osiągnięcia swoich celów. I dla takiej Celki-Aelki czytałam tę książkę!
      Chaol mnie w tym tomie strasznie denerwował. Roztaczał wokół siebie aurę niczym Mal z trylogii Griszy. Magia? A kysz z nią! Nie chcę mieć z nią nic wspólnego. To zło wcielone! Jaki wychowany w nienawiści do magii rozumiem jego postawę, jednak kiedy dowiaduje się, że Celka posiada w sobie magię, nagle uważa, że ona nie jest taka spoko! Jeszcze kilka stron wcześniej była super, ale wystarczyła informacja o jej mocach i nagle zmiana nastawienia. Podobnie jest z Dorianem. Chaos jest z nim blisko, dopóki nie dowiaduje się o jego darze. I już zmiana nastawienia. Przyjaźnili się faceci tyle lat i bum, koniec braterskiej miłości, bo Chaos jest magicznym rasistą… No nie lubię dziada i nic tego nie zmieni.
Tutaj lojalność Chaola została wystawiona na próbę. Z jednej strony tak wiernie służył Królowi i Koronie, a z drugiej chciałby się przyłączyć do rebelii, że nie wie co do końca zrobić. I czerpałam wewnętrzną satysfakcję z jego przemiany. Zdecydowanie potrzebował odświeżenia charakteru i hierarchii wartości.
      Dorian za to… Hu hu hu, tu się zadziało. Dorian wreszcie zmężniał. Wziął się za tajemnice zamku, odkrył w sobie dar i próbuje to ogarnąć w dorosły i odpowiedzialny sposób. No zaplusował mi chłopak. Nie ukrywam, że gdyby nie wątek romansu, jego perspektywa byłaby jedną z bardziej dopieszczonych i przyjemnych do czytania.
      Rowana za to bym kopnęła, mając na sobie szpilki, ale tak, że aż po obcas by but w tyłek wszedł. Nie trawię kolesia. Nie interesuje mnie jaki był na końcu książki, mówię o całości. Wkurzający, egocentryczny, z wybujałym ego. O wiele gorszy niż Celka z pierwszego tomu, bo ta przynajmniej rozmawiała z ludźmi z niższego stanu. A ten? No korona by mu spadła, jakby był miły i rozmowny do innych. No wstyd. Po prostu wstyd. To, że cisnął Celke-Aelke to akurat mi się podobało, bo ją trzeba było cisnąć. Trzeba było jej pokazać, że stać ją na więcej, jeśli tylko się postara. Ale nie rozumiem jednego. Ciśnie ją, ciśnie, ciśnie, nagle się dowiaduje, że w przeszłości była w kopalni, była niewolnicą i nagle mięknie. To nie tak, że to nadal ta sama kobieta, co przed wyjawieniem tej informacji. Znaczy rozumiem, że pod wpływem informacji potrafimy zmienić swoje nastawienie do kogoś, ale z drugiej strony, on widział, że ona powoli daje sobie radę, jest uparta, więc nie wiem po co to mięknięcie. Żeby dać powód lubienia Rowana? Bo innego nie widać? Możliwe.

Uniosła twarz ku gwiazdom. Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i była dziedziczką dwóch potężnych linii, obrończynią niegdyś wspaniałego narodu, królową Terrasenu.Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i nie było w niej strachu.
      Dziedzictwo Ognia, w przeciwieństwie do poprzednich części, nie rozpieszcza ciągłymi akcjami i plot twistami fabularnymi. Za to jednak przedstawia nam cały przekrój zmian wewnętrznych u większości bohaterów. Szerzej opisany świat magiczny, nowe rasy jak czarownice czy wywerny, oraz wreszcie pojawienie się fae sprawia, że, o dziwo, naprawdę przyjemnie czyta się ten tom. I chociaż bohaterowie nadal są irytujący, to już nie tak, jak do teraz (Rowan dopiero zaczyna przygodę z nami, więc chyba musiał nadrobić tu dwie części bycia irytującym. Udało mu się). Nie spodziewałam się, że z każdą częścią ta seria będzie coraz lepsza. Widać, jak autorka dojrzewa wraz z bohaterami, jak zmienia się jej styl oraz że powoli skupia się na innych aspektach niż w poprzednich książkach. Czy polecam? Nieśmiało mogę powiedzieć, że nawet tak. Jest trochę rzeczy, które mi się nie podobały, ale widzę, że potencjał jest coraz mniej marnowany, autorka coraz więcej wyciska z tego świata, a ja zaczynam czekać na kolejne tomy.

  Tytuł: Dziedzictwo Ognia
  Seria (tom): Szklany tron (3)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 565
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok pierwszego wydania: 2014

19 września 2024

Jestem najlepszą zabójczynią, ale nie zabijam!, czyli "Korona w mroku" Sarah J Maas

      Ja naprawdę nie wiem, dlaczego nie umiem porzucać serii. No nie wiem. Nawet jak jest słaba, ja i tak na 90% przeczytam kontynuację. I właśnie tak się zadziało w tym przypadku. No to lecimy z tym koksem.

      Celaena wygrała turniej, więc została Królewską morderczynią. Z całych sił starała się wypełniać polecenia króla, jednocześnie pozostając w zgodzie z własnym sumieniem. A nieopuszczające ją uczucie, że w zamku coś złego i mrocznego się panoszy tylko potwierdza ciągle wzywające ją na szyi Oko Eleny. Król coraz bardziej knuje, atmosfera się zagęszcza, a Celaena musi zabić osobę, która była jej bliska. Niektóre tajemnice wychodzą na jaw, psując cały światopogląd dziewczyny.

I proszę cie, nie mów ani słowa. Rozmowę i czarowanie zostaw mnie.
Kapitan uniósł brwi.
-A więc jestem tu tlyko dekoracją?
-Ciesz się, że uznałam cie za dodatek godny siebie.
      Ten tom zaczął się trochę lepiej niż pierwszy. Początek mnie wciągnął i miałam nadzieję, że będzie to trochę bardziej ciekawsze niż poprzednia część. No cóż, na pewno mogę powiedzieć, że akcji tam było w bród. Cały czas coś się działo, cały czas Celaena musiała coś robić, ale jednocześnie wynudziłam się. I dla mnie to było dziwne, bo właśnie tyle do zrobienia, a jednocześnie nudne, nie zachęcające do czytania, dłużące się. Naprawdę nie sądziłam, że właśnie tak się da. Nadal jednak mogę stwierdzić, że sam pomysł na to wszystko był całkiem spoko. Coraz więcej informacji o świecie jest odkrywane, tajemnice przestają być tajemnicami, sprawiając, że chce się dalej czytać tylko po to, by wiedzieć co dalej, jak je rozwiązać, do czego one nawiązują. I właśnie to one głównie trzymały mnie w ryzach czytania.Gdyby nie te wszystkie tajemnice, nie skończyłabym tego tomu, to jest pewne.
      Akcją nie wychodzimy poza granice miasta, nadal chodzimy po znanym, a przynajmniej kojarzonym przez nas, otoczeniu. Jednak tym razem poznajemy posiadłości i domy mieszkańców, ich piwnice czy strychy. No i spoko, przynajmniej Maas nie ograniczyła nas do tego samego terytorium co w pierwszej części, tylko wprowadziła coś jeszcze, by jednak nas czymś zaciekawić.
      Plusem dla mnie było wreszcie ukazanie jak mniej więcej wygląda system magiczny, dlaczego jest jak jest, a dlaczego nie ma tego, czego nie ma. Do teraz to był lekki chaos, czemu jedni mają moce, a inni nie, nie było żadnej logiki w tym, a Maas niezbyt chętnie omawiała te ograniczenia. Dopiero tutaj, z czasem, odkrywała kolejno karty historii magii. Zdecydowanie podobało mi się to wdrożenie. Muszę przyznać, że systemy magiczne bywają potężne, trudne do zrozumienia dla niektórych. Nie raz analizowałam je, by zrozumieć i móc bardziej cieszyć się fabułą, dlatego, mimo późnego wprowadzenia wyjaśnienia, cieszyłam się w jaki sposób poznawałam ten system. Dało się go ogarnąć!
      Jedno muszę docenić. Czytając pierwszy tom, pojawiło się kilka nieścisłości, dziwnych rzeczy. Ten tom je wyjaśniał, sprawiał, że niektóre rzeczy miały sens, łączyły się z innymi. Brakowało mi tego.
      Update wątku romantycznego: Nadal dziadostwo.

Nigdy nie było między nimi żadnych barier z wyjątkiem jego idiotycznego strachu oraz dumy. Od chwili gdy wyciągnął ją z kopalni w Endovier, a ona spojrzała na niego po raz pierwszy, nadal dumna i zaciekła mimo roku niewoli w piekle, zmierzał przez cały czas ku niej i ku tej chwili. Otarł więc jej łzy, uniósł podbrudek i ją pocałował.
      Celka. Ach Celka. Co ja mam z tobą zrobić? No nie polubiłam jej nadal. Fakt, trochę zyskała w moich oczach, ale dopiero na koniec, kiedy zyskała więcej szarych komórek i wreszcie zaczęła myśleć. Jednak do tego czasu jej status Mary Sue w ogóle się nie zmienił. Jak nią była, tak została. Panna idealna powróciła, zabójczyni o sercu z kamienia, która nie będzie zabijać. No moralnie bielutka, nie? Jednak pojawiły się tu kolejne zgrzyty. A więc tak, Celka przeżyła traumę, która bardzo mocno na nią wpłynęła. Z jednej strony rozumiem, dlaczego nie wspominałą o tym, nie chciała wracać do tego, ale z drugiej strony to miało tak ogromny wpływ na nią, że pominięcie tego faktu jest wręcz dziwne. Jakby przypominała to sobie tylko w wybranych momentach, kiedy jest potrzebne, jakby to do niej nigdy nie wracało, chociaż skojarzeń do tego wydarzenia jest wszędzie pełno. Do tego drugi tom dzieje się niedługo po pierwszym, a Celka trochę się zmieniła (pomimo tych zmian nadal jest Mary Sue, to się nie zmieniło). W ciągu tak krótkiego okresu zmieniła się z rozpuszczonej nastolatki z zabójczynię. Ta zmiana poszła na plus, w zasadzie w pierwszym tomie powinna być właśnie bardziej taka niż beztroska, ale samo to, że tak szybko tak się zmieniła mi nie odpowiadało. No ale muszę przyznać jedno. Celka wreszcie pokazała się jako zabójczyni. Widać to było zwłaszcza podczas akcji ratowania Kapitana. No ten fragment mi się bardzo, ale to bardzo podobał. Wreszcie dostałam to, o czym czytałam! Szkoda, że takich chwil było za mało.
      Chaol… Huh… Z nim mam problem. Stał się odrobinę lepszy, znośniejszy, ale nadal pozostał durny jak lewy but. No nie pasuje mi jego zachowanie do wieku. Raz zachowuje się jak czterdziestolatek, raz jak dzieciak, no nie ma balansu. Czy mógłby on gdzieś wyjechać i już nie wracać?
      Dorian zaś mnie zadziwił. W tym tomie się ogarnął i dorósł. Zdecydowanie zyskuje na uwadze i zasługuje na więcej czasu antenowego. Jestem ciekawa w jakim kierunku pójdzie jego rozwój, czy nie spierdzielą go.

Pracowałam przez dziesięć lat, aby zyskać sławę i zapracować sobie na zaproszenie do zamku. Harowałam przez dziesięć lat, by móc zjawić się tu i zaśpiewać pieśń o magii, którą próbowałeś zniszczyć. Chciałam zaśpiewać po to, abyś wiedział, że wciąż tu jesteśmy. Możesz wyjąć magię spod prawa, możesz wymordować tysiące ludzi, ale ci z nas, którzy trzymają sie starych tradycju, wciąż tu są.
      Drugi tom serii Szklany Tron był jednocześnie lepszy i gorszy. Chociaż nadal pełen akcji, zagadek i zakrętów fabularnych, to wielokrotnie łapałam się na tym, że to jest nudne. Najchętniej zostawiłabym na czas nieokreślony, ale obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie zaczęte serie do końca. Widać było, że Maas próbuje załatać niektóre błędy z pierwszego tomu, co koniec końców czasami wychodziło jej dobrze, ale przeskok pomiędzy tomami, patrząc na krótki czas dzielący obie akcje, był momentami aż nienaturalny. Całe szczęście, że postacie (przynajmniej niektóre) rozwijają się, dając nadzieję, że kolejne tomy będą lepsze, że nie będą tak irytujący, tak denerwujący jak do teraz. Patrząc na to jak autorka wykreowała system magiczny, jestem ciekawa jak bardzo go rozwinie, na ile pozwoli postaciom w niego wejść i z niego czerpać, by fabuła stała się jeszcze bardziej magiczna. Czy się dobrze bawiłam? Nie powiedziałabym, ale zostało mi jeszcze kilka tomów do końca. Nadal mam nadzieję, że to się rozwinie i polubię tę serię! Trzymajcie kciuki!

  Tytuł: Korona w mroku
  Seria (tom): Szklany tron (2)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 496
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2013

13 września 2024

Najlepsza zabójczyni z rozdmuchanym ego, czyli "Szklany Tron" Sarah J Maas

      Szklany tron zna chyba każdy fan fantastyki. Cały czas czytałam opinie, że to jedna z lepszych serii, że jest genialna… A że czytałam Dwory, inną serię od tej samej autorki, zaryzykowałam znowu.

      Celaena jest znana w całym państwie jako najlepsza zabójczyni. Dlatego też wyrok swój odsiaduje w kopalni, która dosłownie zabija człowieka, wyniszczając go. Całe jej życie zmienia się w momencie, gdy następca tronu przybywa do kopalni i oferuje Celce umowę. Jeśli wygra turniej i odsłuży kilka lat jako osobista zabójczyni Korony, zdobędzie wolność. Wiedziona tą pokusą zgadza się, a miasto, oprócz walk i treningów wita ją potworami i tajemnicami z dawnych lat.

- Wybierz coś innego. Może nasz trening stanie się ciekawszy. Mam nadzieję, że wreszcie się zmęczę.
- Obedrę cię żywcem ze skóry i wycisnę ci gałki oczne! - mruknęła Celaena, podnosząc rapier - To cię na pewno zmęczy.
      To moje drugie podejście do serii, dlatego mniej więcej wiedziałam czego oczekiwać. Miałam jednak nadzieję, że tym razem odbiór byłby lepszy.
      Nie ukrywam, fabuła całkiem mi się podobała. Sam pomysł jak połączyć życie pałacowe i dawne tajemnice było dobrą drogą. Nudno czytać o paniusi na salonach, ale o zabójczyni to co innego, zdecydowanie lepiej. Do tego podziwiam, że autorka tak komplikowała wszystko, tak utrudniała życie bohaterom, że gdy tylko zbliżałam się do jakiejś odpowiedzi, rozwiązania problemu, czy po prostu jakieś informacji, nagle myk, jeszcze większy chaos i wszystko, do czego dążyłam, oddalało się ode mnie o kolejne kroki. I tak cały czas. Jak trzeba wymyślić, a przede wszystkim ile tego trzeba wymyślić, żeby zapełnić tak całą książkę! Jednak z drugiej strony wykonanie tego wszystkiego było już zdecydowanie gorsze. Zdecydowanie zmarnowany potencjał. I nie wiem czy to wina tłumaczenia, czy autorka tak właśnie napisała, to po prostu momentami… nudziłam się! Pomimo ciągłej akcji, ciągłych plot twistów, byłam znudzona. Nie potrafiłam się wdrożyć w fabułę, nie potrafiłam tego wszystkiego odczuwać, ale jednocześnie doceniałam to wszystko, co zostało stworzone.
      Jeśli chodzi o fantastyczny świat, to z pozoru nie do końca mi na początku pasował. Był zupełnie odrealniony od świata wykreowanego przez Maas. Jednak im dalej w las, tym drzewa jakieś zieleńsze. Mając już jakieś podstawy i nawiązania, jakoś łatwiej było to wszystko połączyć, dopasować do siebie.
      Brakowało mi rozwinięcia turnieju. Zbyt duże skupienie na postaci Celki (wątek miłosny śmiało można było wyrzucić do kosza) sprawiło, że jedna z dwóch najważniejszych linii fabularnych została potraktowana po macoszemu. Niektóre konkurencje zostały tylko wspomniane, a treningi skrócone do minimum, a przecież to od niego zależało, czy Celka wróci do kopalni, czy też nie. I tu też leży niewykorzystany potencjał. Bo przecież nasza Celka jest zabójczynią! Można by idealnie przedstawić tę stronę jej osobowości, pokazać nam cały obraz dziewczyny, a nie tylko panienkę w zameczku w sukniach z marzeń. To by tak pięknie to dopełniło, ale nie, bo po co. Lepiej pisać o słodyczach i zamkowym życiu Celki. No ludzie, trzymajcie mnie, bo kiedyś rzucę tym telefonem przez książki, które na nim czytam. A obecnie nie mam żadnego w zapasie!
      Największa wadą tej książki jest to, że niektóre rzeczy muszą zostać opisane, nazwane, bo inaczej ich nie odczuwamy. Celaena jest zabójczynią - nazwali to, ale po jej zachowaniu tego nie widać. Celka była w kopalni, gdzie wyniszcza się organizm - ok, pokazali to na początku, ale potem praktycznie nic z tego nie wynikło, ani stan zdrowia dziewczyny, ani osłabienie, ani nic, po prostu fakt, który dodaje dramatyzmu postaci. Chaol i Dorian są wieloletnimi przyjaciółmi - po ich zachowaniu nie powiedziałabym, o wiele bardziej wyglądają jak książę i kapitan gwardii, którzy współpracują wiele lat. Rozumiecie o co chodzi? To tak, jak kiedy ktoś mówi, że jest fajny, bo z jego zachowania tego nie wynika, ale chce, by każdy wiedział, że jest fajny. Niestety, wiele rzeczy tak zanika. Ale z drugiej strony trzeba by było przerobić ponad połowę książki, jak nie więcej, żeby to wszystko ukazać.
      Odnośnie trójkąta miłosnego mam tylko jedno zdanie: Dziadostwo. Po prostu dziadostwo.

-Idź sobie stąd. Chce umrzeć.
-Piękne dziewice nie powinny umierać w samotności- rzekł i nakrył jej dłoń własną.- Czy chcesz, abym ci poczytał w chwili twojej śmierci? Ktorą historie wybierasz?
Celeana cofnęła dłoń.
-Może o księciu-idiocie, który nie chciał zostawić zabójczyni w spokoju?
-Och! To moja ulubiona historia! Ma przecież szczęśliwe zakończenie, wiesz? Zabójczyni udawała złe samopoczucie, aby przyciągnąć uwagę księcia! Ktozby się domyślił? To doprawdy sprytna dziewczyna. A scena łóżkowa jest doprawdy urzekająca. Warto brnąc przez te niekończące się sprzeczki, aby do niej dotrzeć!
      Największy minus tej książki, to główna bohaterka. Borze zielony szumiący za oknem, jak ona mnie irytowała. Miałam wrażenie, że jest durna, chociaż nie była. Z każdą kolejną stroną miałam jej coraz bardziej dość. Taka potężna zabójczyni, taka cudowna, taka wspaniała! I chociaż na zadaniach radziła sobie całkiem spoko, tak samo jak na treningach, to nie widać było tego, kim była. Zachowywała się jak n astolatka z nadętym ego. Miałam wrażenie, że trzeba było mi przypominać jak wspaniała jest, bo nie było tego po niej widać. No naprawdę! I chociaż wiem, że musiała szybko dorosnąć, to zachowywała się jak nastolatka i trzydziestolatka jednocześnie, a dodatkowo chyba nawet wymagała, by traktowali ją jak dorosłą. A w książce ma siedemnaście lat, jeśli dobrze pamiętam. Toż to smarkula. I poza tym jak mogę uwierzyć, że tak młoda osoba będzie najwspanialszą zabójczynią w państwie? No przepraszam, ale to mi zalatuje Mary Sue. Praktycznie idealna postać. O jeżu z jabłuszkiem na grzbieciku, dawno nie wyklinałam tak bohatera. No nie mogłam baby znieść. Jedyne co ją ratuje to okruch człowieczeństwa. Znaczy, kamień człowieczeństwa. Bo jak autorzy zazwyczaj opisują najlepszych zabójców jako zimne, ciche postacie, które nienawidzą każdego, albo mają typowo neutralny stosunek do życia, tak tutaj Celka kocha piękne suknie, kocha zwierzęta, chce uratować pieska, kocha czytać… Jest po prostu człowiekiem. I z jednej strony to nie jest obraz, do którego przywykłam, tak z drugiej prawie mi on pasował. Prawie, bo jednak odrobinę kłócił się z zabójczą naturą Celki.
Wspomniałam na początku, że Celka nie jest durna? Otóż jest. Wyobraźcie sobie, macie ważny egzamin fizyczny, ćwiczycie do niego, trenujecie, aż nagle stwierdzacie, że dwie noce PRZED egzaminem nie będziecie spać, tylko czytać. Kobieto, tu się ważą losy twojej wolności, jesteś aż tak durna, czy aż tak wielkie ego masz, że nie potrzebujesz odpoczynku?! I jeszcze kreowanie postaci na wybitną zabójczynię, która przez większość czasu tylko jęczy i marudzi i narzeka… Nie. Po prostu nie.
      Przez jakiś czas miałam wrażenie, że Chaol jest tą dobrze napisaną postacią, aż właśnie drugi raz sięgnęłam po tę książkę. Ja przepraszam bardzo, ale czy ten facet ma jakieś kompetencje? Kapitan Gwardii, czyli facet odpowiedzialny na Gwardię, za bezpieczeństwo, z głową na karku, który przejmie dowodzenie w momentach grozy. A t przychodzi problem i Kapitanik nie wie jak się zachować, bo tak strasznie jest. Tak, chodzi o sytuację z niedojedzonymi psami. Nie wiedział jak postąpić, gdy znajduje resztki psów. W tej chwili tego nie wiem, ale jakbym była Kapitanem Gwardii, a do tego tak zachwalanym, tak komplementowanym Kapitanem Gwardii jak Chaol, to raczej bym wiedziała. A nie puszyła się jak paw, robiła za ważniaka i dezorientowała się, gdy coś by się gorszego działo.
      Księcia jeszcze jako tako zniosłam, chociaz nadal dziwię się, że według niego atak wściekłości, krzyczenie na przedmioty i gryzienie kija do bilardu przez OPANOWANĄ zabójczynię jest urocze. Facet chyba rzadko kiedy randkował z kobietami, skoro ma takie, a nie inne poczucie uroczości.

[...] zdobywca drugiego miejsca to tylko trochę bardziej eleganckie miano dla pierwszego przegranego.
      Jestem tak bardzo zawiedziona. Po licznych komentarzach, że “Szklany Tron” jest najlepsza serią Maas miałam dość spore oczekiwania, niestety jednak legły one w gruzach. Chociaż świat stworzony został naprawdę dobrze, tak oprócz ciągłego wodzenia czytelnika za nos odnośnie rozwiązania problemów chyba jedyny plus tej powieści. Niestety, główna fabuła zazwyczaj obejmuje Celaenę i jej rumieńce do Księcia czy Chaola. To co najważniejsze, czyli turniej, został potraktowany po macoszemu. Jej zabójcza część osobowości została przytłumiona na rzecz rozpieszczonej, marudzącej i jojczącej nastolatki, która krzyczy na bile, bo nie trafiła do dziury. Ta opanowana, trzymająca emocje na wodzy jest chodzącym wulkanem emocji, które się z niej często wylewają. Nie ma nad nimi żadnej kontroli. Nauczona zabijać bez mrugnięcia okiem rumieni się od pocałunków. Książka pełna sprzeczności, chowająca to, co powinno być najważniejsze, a eksponująca typowo młodzieżowe “wartości” jak trójkąt miłosny, za ciasne pantofelki, czytanie romansów czy Mary Sue. Nawet nie mogę powiedzieć, że przynajmniej szybko się czytało. Wynudziłam się strasznie, męczyłam się okropnie. Niestety, ale bardzo dużo mam do zarzucenia tej książce. Przede wszystkim zmarnowany potencjał, bo fundamenty pod fabułę są świetne (zabójczyni po roku w kopalni bierze udział w treningu, by zyskać wolność), jednak wykonanie… Bardzo, ale to bardzo słabe. Jedyne co, to warto przeczytać przy okazji czytania Księżycowego Miasta, bo są pewne nawiązania. Nawet ponowne przeczytanie nie uratowało tego tomu. Jak był słaby, tak słaby został. Meh.

  Tytuł: Szklany tron
  Seria (tom): Szklany tron (1)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 520
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2013

5 lipca 2024

Kiedy dwójka przeobraża się w trójkąt, wiadomo że to tłok, czyli "Foxglove" Adalyn Grace

      Za drugi tom wzięłam się praktycznie po pierwszym dzięki dostępności na Legimi. Co ja bym bez niego zrobiła… W każdym razie, bałam się trochę, że serię dopadnie syndrom tomu drugiego. I cóż, trochę miałam rację.

      W tomie drugim mamy do czynienia z morderstwem. Wuj Signy, Elijah, zostaje oskarżony o zabójstwo, a nasza bohaterka znowu musi dowiedzieć się prawdy i uratować rodzinę. Do tego na horyzoncie pojawia się Los, brat Śmierci, który chce rozdzielić zakochanych i zemścić się na swoim rodzeństwie. W całym tym zamieszaniu nie brakuje również Blythe, która po “tajemniczej chorobie” z tomu pierwszego wraca do socjety i próbuje żyć dalej.

Los był głupcem, jeśli myślał, że ona mogłaby porzucić Śmierć. Jej miłość była jak zima, niezachwiana i wszechogarniająca. Była stała jak lato i dzika jak sama natura.
      Wprowadzenie Losu na koniec pierwszego tomu dało mi małego mindfucka oraz wskazało kierunek, w jakim może podążyć seria. Nie wiedziałam tylko, czy braciszek naszego Śmierci będzie tym dobrym, czy wręcz przeciwnie, będzie głównym antagonistą. No i nie zdziwiłam się, kiedy Los okazał się zły. Cóż, można się było tego spodziewać. Jednak zaskoczeniem było dla mnie powód tego, że Los jest wrogiem. To, jak potoczyła się przeszłość braci była dla mnie zaskakująca i czymś nowym w porównaniu z tym, co czytałam.
      W każdym razie bardzo, ale to bardzo spodobało mi się jak autorka nie dała mi ani chwili na wytchnienie czy odpoczynek. Prosto z pierwszego tomu wpadamy w akcję i praktycznie od razu morderstwo. Wprowadzenie do świata? Przypomnienie sobie fabuły poprzedniej części? A gdzie tam. Dostałam morderstwo na twarz i musiałam się z tym zmierzyć! Akcja działa się za akcją, jedynie momentami przerywana spokojem, by złapać oddech. Tutaj w teorii mamy mniej zdarzeń z socjetą, Signa nie dąży uparcie do zamążpójścia, ponieważ może już dysponować nie tylko swoim majątkiem, lecz i posiadłością. Fakt, musi poznać mieszkańców okolicy jej domu, wydać bal, by się pokazać jako Pani na Włościach, lecz to wszystko ma drugie dno. Nie chodzi już o szlachtę, dobrze urodzonych czy kandydatów na męża, lecz o rozwiązanie problemu. Każde zdarzenie, każda akcja przeplata się ze sobą, tworząc łańcuch reakcji. I tylko Signa może nakierować końcowy wybuch.
      Nowością dla mnie była perspektywa Blythe. Do teraz została mi ona przedstawiona jedynie przez Signę, a tutaj wchodzimy do jej umysłu, możemy dowiedzieć się, co się dzieje w dwóch różnych miejscach w kraju, nie ograniczając się do terenu, gdzie przebywała Signa. To też było całkiem dobrym zabiegiem, ponieważ mogłam poczuć emocje, jakie towarzyszyły Blythe, kiedy ta dowiadywała się całej prawdy. Co innego dorastać w wiedzy, że ma się jakiś związek ze śmiercią, a co innego dowiedzieć się, że kuzynka ma nie tylko moce Śmierci, lecz i się z nią kontaktuje. Takie wrzucenie na głęboką wodę było zdecydowanie potrzebne. A patrząc na to o czym będzie kolejny tom, było to fenomenalne przygotowanie.
      Jak w pierwszym tomie, tak tutaj plot twist był trochę z dupy. Może utraciłam zdolność dedukcji bądź zgadywania sprawcy/rozwiązania, lecz czytając końcówkę z jednej strony była trochę rozczarowana, że nie dostałam więcej wskazówek i nie rozgryzłam tego sama (nadal twierdzę, że było ich za mało, by na spokojnie się wszystkiego domyślić), lecz z drugiej strony trochę skleiło to moje zranione serduszko i dało nadzieję, że kolejna część będzie prawdziwa bombą. Niestety, z bólem serca muszę przyznać, że bywały momenty, dosłownie na kilka stron, że się trochę nudziłam i nie mogłam się doczekać, aż nadejdzie jakaś akcja. Nie było ich wiele, ale były na tyle wyraźne, że zapamiętałam to uczucie chwilowego znudzenia. Tylko to sprawiło, że mogę przyznać, iż “Foxglove” dopadł syndrom tomu drugiego.

Powinna raczej zawsze spodziewać się najgorszego, a wtedy będzie przyjemnie zaskoczona, jeśli nic strasznego się nie stanie.
      Muszę przyznać, że Signa wydoroślała z tomu na tom. Widać, że wydarzenia z pierwszej części odcisnęły na niej piętno, sprawiły, że zmieniła się i, przede wszystkim, zaakceptowała to, jaka jest. Już nie boi się Śmierci, a wręcz przeciwnie, idzie z nią w tango! Dodatkowo jest odważniejsza, bardziej ryzykuje i czuje się z tym swobodnie. Zdecydowanie widać, że się rozwija, że autorka wykorzystuje to, co już napisała, by popchnąć bohaterów i ich charaktery do przodu. To się chwali! I też dlatego nie wynudziłam się bohaterką. Bo z jednej strony ją znałam, a z drugiej potrafiła mnie kilkukrotnie zaskoczyć.
      Śmierci było w tym tomie mniej. Trochę nad tym ubolewałam, bo polubiłam go w pierwszej części, ale tak została pokierowana fabuła. Jednak kiedy już się z nim spotykałam, miałam wrażenie, że był bardziej ludzki niż do teraz. Tak jakby zaakceptowanie przez Signę aury i mocy śmierdzi sprawiło, że Śmierć stała się namacalna. Zabrakło mi trochę tej aury tajemniczości. Stał się odrobinę bardziej przystępny i normalny.
      Z drugiej zaś strony, jego brat okazał się przeciwieństwem. Pomimo chodzenia pomiędzy ludźmi miał taką manierę, że wyczuwałam w nim za każdym razem ten aspekt “boskości”. Zdecydowanie jego aura odzwierciedlała napuszonego pawia zadzierającego nosa. Nie polubiłam go, przyznaję się bez bicia. Ale dzięki temu mogłam go nie lubić przez całą książkę. Wszak był antagonistą, nie musiałam pałać do niego ciepłych uczuć.
      Tak samo jak w pierwszym tomie, tak tutaj bohaterowie drugoplanowi zostali naprawdę dobrze przedstawieni. Nie było różnicy czy to człowiek, czy to duch, każdy z nich był jakiś, pełen osobowości i historii. Tworzyli kolorowe tło dla naszego naczelnego trójkącika. A dzięki rozdziałom z perspektywy Blythe zauważyłam, że i ona się rozwinęła. Jej choroba bardzo na nią wpłynęła i było to widać. Dziewczyna chciała wrócić do życia pełną piersią, do przyjaciół, do bycia gdzie indziej, niż tylko w łóżku. I samo to pokazuje, że każdy bohater przeszedł metamorfozę pod wpływem zdarzeń z pierwszej części. Nic już nie będzie takie samo i nikt nie stoi w miejscu.

Podobno na wojnie i w miłości wszystko jest dozwolone. Okopałem się, zgromadziłem broń i nie zamierzam się wycofać.
      Jedno jest pewne. Autorka miała pomysł nie tylko na stworzenie i rozbudowanie świata, lecz i na ciąg dalszy fabuły. Wszystko się łączy, nie tylko pierwszy tom z drugim, lecz i z przeszłością, z wydarzeniami dziejącymi się wiele lat wstecz. Wszystko ma swoje konsekwencje, bohaterowie dorastają, zmieniają się na naszych oczach, a my kibicujemy im. Magia może nie napływa do nas z każdej strony, nie mamy żadnych dodatkowych ras, oprócz ludzi i “bogów”, lecz to nie przeszkadza, by zatopić się w tym gotyckim, fantastycznym klimacie. Naprawdę z czystą przyjemnością zasiadłam do czytania i delektowałam się każdą stroną. Chociaż cały czas twierdzę, że “Belladonna” jest lepsza.

  Tytuł: Foxglove
  Seria (tom): Belladonna (2)
  Autor: Adalyn Grace
  Tłumaczenie: Danuta Górska
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 400
  Gatunek: fantastyka, romantasy, romans
  Rok wydania: 2023

30 czerwca 2024

Bo do tanga trzeba dwojga, Wszędobylskiej i Śmierci, czyli "Belladonna" Adalyn Grace

      BookTok ma jednak siłę. Gdyby nie on, pewnie nie usłyszałabym o tej książce, albo dowiedziałabym się o wiele później. A tak, to po kilku filmikach gdzieś mi się tam w głowie kotłowała i czekała, aż będę gotowa, by po nią sięgnąć.

      Signa Farrow jest sierotą, która trafia pod opiekę różnych członków rodziny. Ich wspólnym mianownikiem jest pazerność na majątek dziewczyny i, może się wydawać, przedwczesna śmierć. Kiedy jednak trafia do posiadłości Thorn Grove, pełna obaw ma nadzieję, że jednak w tym miejscu zostanie na dłużej, a do tego godnie wyjdzie za mąż, by wreszcie poczuć się wolną. Jednak żałoba panująca w rodzinie i dziwna choroba Blythe sprawia, że Signa będzie musiała zmierzyć się z tą stroną swojej osobowości, o której nie do końca wiedziała, a mimo to nienawidziła. Musi również dowiedzieć się, czemu Śmierć trzyma się tak blisko.

Nie zmieniaj się po to, żeby zadowolić innych. Nie staraj się dopasować do norm, które inni nam narzucają.
      Czy miałam jakiekolwiek oczekiwania co do tej książki? Oczywiście! Po tylu filmikach i zapowiedziach miałam nadzieję, że to będzie coś naprawdę dobrego, co usadzi mnie na tyłku i sprawi, że nie oderwę się od tego. No i właśnie tak się stało. No, prawie. Przyznaję, że pierwsze strony mnie jakoś nie zachwyciły. Było spoko, ale nie sprawiły, że piałam z zachwytu. Ot przedstawienie balu i Śmierci, która zebrała żniwo, a potem dni Signy u ciotki Magdaleny nie było dla mnie jakoś wybitnie ciekawe. Jednak w momencie, kiedy kobieta przeszła przez próg posiadłości Thorn Grove, coś się zmieniło. Jakby cała ta magia, o której mówiły wszystkie recenzentki, właśnie się ujawniła. A z każdą stroną było coraz lepiej. Ojejciu, jak ja się wkręciłam! Z jednej strony duch, który zaczyna mieszać w życiu Signy, z drugiej strony Blythe, kuzynka, której zdrowie stanowiło zagadkę praktycznie nie do rozwiązania. Na dodatek Śmierć, która chciała odejść, a którą Signa co jakiś czas przyzywała… To wszystko stanowiło napęd całej historii. I chociaż mamy tutaj również problemy socjety jak próba znalezienia męża, czy zawiązanie odpowiednich przyjaźni, to wszystko pięknie tworzyło harmonijną całość. Nic nie było przeważone. Fantastyczna akcja była momentami spowalniana przez codzienność, a nudy codzienności były urozmaicane nutką fantastyki i kryminału.
      Od samego początku wiedziałam, że to nie będzie lekki romans z Panem Pięknym, jak to zazwyczaj bywa w romantasy, tylko gotycki romans ze Śmiercią w prawie głównej roli. I nie zawiodłam się! Ten klimat to coś niesamowitego! Momentami w mojej głowie pojawiał się film, dokładnie to, co działo się w książce. Wszystko było tak pięknie opisane, że bez problemu mogłam sobie to wszystko nie tylko wyobrazić, lecz przenieść się tam myślami!

Nie możesz pozwalać, żeby śmierć tak całkowicie cię pochłaniała. Nie jest egoizmem żyć.
      Jednak większość roboty odwalają postacie. To na ich barkach spoczywa uniesienie fabuły i dają radę!
      Signa, jak na ciekawską kobietę przystało, wtrynia nos gdzie tylko sie da, a nawet tam, gdzie w teorii się nie da. Jej charakter jest wyraźnie zarysowany. Uparta, ciekawska, a do tego niezbyt pilnująca się zasad. Wie, co powinna zrobić, jednak zazwyczaj robi to na swój sposób. Nie boi się igrać ze śmiercią tylko po to, by otrzymać odpowiedzi na nęcące ją pytania.
Na samym początku historii dałam się nabrać, że jest typową panną na wydaniu, która szuka męża. Jednak z każdym dniem, z każdą stroną rozwijała się, zmieniała w poszukiwaczkę przygód, samodzielną kobietę, która czerpie z życia garściami. A to wszystko wyszło tak naturalnie, tak normalnie, swobodnie, nic nie działo się z tak zwanej dupy. Aż cudnie było to czytać.
      Śmierć za to był tajemniczy, trochę seksowny, władczy, jak i intrygujący. Nie miałam go dość ani na chwilę. Jego charakter został oszczędnie przedstawiony, ale co się dziwić, jak to nie jest człowiek, więc poniekąd rządzi się swoimi prawami. Jednak z biegiem czasu przedstawione zostały mi smaczki, które sprawiły, że stawał się on bardziej ludzki. Autorka powoli pokazywała nam, że to jest ten facet, który może nie tylko zawrócić w głowie, ale z którym można mimo wszystko stworzyć związek. Który ma do pokazania i zaoferowania coś więcej niż tylko "Jestem Śmiercią, zabieram dusze". Facet kupił mnie całkowicie.
      O postaciach drugoplanowych mogę powiedzieć jedno. Są, mają swoje historie, swoje charaktery i pokazują nam, że też są ludźmi. Że w tle również dzieją się wydarzenia, które, chociaż nie mają bezpośredniego wpływu na Signę czy Śmierć, to wpływają na innych, zmieniają im życie. Właśnie czegoś takiego potrzeba w książkach. Czas nie płynie tylko u głównych bohaterów, lecz w całej książce! Zadbanie o to było naprawdę dobrym pomysłem. Bo mamy tu kuzynkę Signy, Blythe, która pomimo choroby ma twardy charakter, jej brata, chcącego dla rodu jak najlepiej, wuja, będącego w żałobie po ukochnej żonie, oraz wiele innych postaci, jak chociażby służące (nie panienki w tle, lecz konkretne osoby, co też jest ważne) bądź przyjaciółki Blythe, kolejne panny na wydaniu. Każda z tych osób jest inna, swoje przeszła, a jednak wpasowuje się w całą historię, dopełniając ją.

Gdybym nie istniał, ptaszynko, gdybym nie był Śmiercią, on nigdy nie doświadczyłby takiej miłości. Więc co jest lepsze? Żyć wiecznie czy żyć i kochać?
      Książka zaskoczyła mnie pozytywnie. Gdzieś tam w głębi bałam się, że to będzie kolejny chłam z TikToka, gdzie reklama jest zbyt wielka w porównaniu do jakości. Na szczęście pozycja jest fenomenalna! Nie mogłam się oderwać! Po prostu nie mogłam! Muszę przyznać, że nie tylko zagadka była fenomenalnie stworzona, lecz sam plot twist sprawił, że przez kilka minut siedziałam z rozdziawioną buzią i zastanawiałam się jaki cudem to wszystko się tak pięknie połączyło, a ja nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Do tego ten gotycki i lekko romansowy klimat, wspaniale, charakterne postacie i oczywiście Śmierć, czyli kolejny facet, którego można pokochać i zachować jako książkowego męża. Nic tylko brać i zatapiać się w historii. Poniesie cię w świat fantastyczny, gdzie będziesz musiał bądź musiała odkryć, kto zamordował matkę Blythe, a do tego jaka choroba ją samą trzyma. Czeka Cię zdecydowanie przyjemnie spędzony czas. Polecam z całego serduszka!

  Tytuł: Belladonna
  Seria (tom): Belladonna (1)
  Autor: Adalyn Grace
  Tłumaczenie: Danuta Górska
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 384
  Gatunek: fantastyka, romantasy, romans
  Rok wydania: 2023

15 czerwca 2020

Łucznicza Piękna i Blond Bestia, czyli "Dwór Cierni i Róż" Sarah J. Maas

Tytuł: Dwór Cierni i Róż
Seria: Dwór Cierni i Róż (1)
Autor: Sarah J. Maas
Tłumaczenie: Jakub Radzimiński
Wydawnictwo: Uroboros
Liczba stron: 524
Gatunek: Fantastyka, literatura młodzieżowa
Rok wydania: 2016

Nawet nie wiem skąd mi się wzięło, że akurat teraz zacznę czytać Dwory. Mam tyle na liście, że mogłam wybrać cokolwiek. Jestem jednak przekonana, że maczał w tym palce discord Bestsellerek, jak i Uwu, która nie miała z kim fangirlować. No i przepadłam...

Feyra to młoda kobieta, była szlachcianka, której jedynym zadaniem jest utrzymanie rodziny przy życiu. Poluje, handluje, robi wszystko, by spełnić obietnicą daną matce, gdy ta była na łożu śmierci. Wszystko zmienia się w dniu, kiedy podczas jednego z polowań zabija wilk. Konsekwencje tego są wielkie, ponieważ w drzwiach chaty zjawia się Bestia, zabierając dziewczynę za mur, do magicznej krainy, gdzie ma żyć do końca swoich dni, już nigdy nie widząc swojej rodziny.

Na sam początek powiem, że dla mnie to fantastyczna wersja baśni "Piękna i Bestia". Mamy czyn do ukarania, dziewczynę zamkniętą w zamku, bestię, chwilę wolności, jak i wielką przemianę. Jednak najlepsze dla mnie jest to, że cała ta historia dzieje się w innym, od nowa wykreowanym świecie, pełnym magii, stworów i mitów. Sama próbuję coś pisać, więc wiem jak ciężkie jest stworzenie na nowo spójnego i logicznego świata fantastycznego, a w tym przypadku właśnie ten świat jest jedną z najmocniejszych stron. Całą książkę można podzielić na dwie części.
Pierwsza to typowa baśń z potworem. Feyra próbuje odnaleźć się w nowym otoczeniu, nowym życiu, przyzwyczaić się do świata, gdzie już nie musi polować, by przeżyć, gdzie może robić co tylko zechce, przy tym nie martwiąc się praktycznie o nic. Jednocześnie cały jej światopogląd ulega reorganizacji. Fae, stworzenia, którymi ludzie byli straszeni od małego, okazują się całkiem przyzwoici i mniej zabójczy. Autorka doskonale wykorzystała doświadczenie nabyte podczas pisania Szklanego Tronu, więc teraz jej słowa po prostu pożarły mnie w całości, nie pozwoliły na ani odrobinę wytchnienia. I miałam gdzieś, że byłam w pracy. Musiałam to przeczytać! Chociaż na początku miałam małe obawy, nowy świat oznacza zazwyczaj dużo opisów, by wszystko dokładnie wyjaśnić, jednak całość była dobrze wyważona. Nie nudziłam się, nie ziewałam, ani nie przysypiałam.
Druga część całkowicie różni się od pierwszej. Feyra jest poddawana próbom, by udowodnić swoją wartość i uratować świat. Byłam zadowolona jak to wszystko się odbywało. Z jednej strony Feyra wykonywała zadania bardzo błyskotliwie, ponadprzeciętnie, jednak rozwiązania nie przyszły ot tak, przez pstryknięcie palca. Za każdym razem podkreślane było jak bardzo stara się, ile robi, by wygrać, bardzo rzadko licząc na szczęście. W sumie tylko w jednym przypadku miała dość szczęścia i pomocy. To tutaj poznałam bohaterów z innej strony, wiele, ale to naprawdę wiele się działo, komplikując wszystko, co do teraz było planowane. No bo kurde miał być happy end, a dostałam świrniętą babę, która chce władać wszystkim bez litości, zmuszając do uległości Fae Wysokiego Rodu. I właśnie przez nią niektóre osoby zachowywały się całkiem inaczej niż w pierwszej części. Jakby zamiana miejscami dwóch osób o różnych osobowościach, lecz tym samym wyglądzie. A co mi się najbardziej podobało? Że wytłumaczenie tego zachowania było tak bardzo w charakterze tych postaci! I zakończenie. Zmiotło mnie z nóg. To co się tam odjaniepawliło, to nawet ja bym nie wymyśliła. I jasne, są sceny, które w tym tomie są niezrozumiałe, ale czytając dalsze losy wszystko staje się jasne jak tyłek świetlika w bajkach. Całość była o wiele bardziej brutalna, bezwzględna i pełna akcji. Chwile spokoju były rzadkością, co chwilę coś się działo.
Wątek miłosny pomiędzy Feyrą a Tamlinem w pierwszej połowie bardzo często wychodził na pierwszy plan, zgrabnie ukrywając momenty, kiedy nic ciekawego się nie działo. Dla niektórych to mogło być wkurzające i się nie spodobać, że akcja zatrzymała się i skupiła na emocjach, ale dla mnie, zagorzałej romantyczki, było to potrzebne, by całość miała jakiś sens, by pojawiły się silniki napędzające akcję. Bo dla mnie ta miłość to podstawa to drugiej połowy, akcji pod Górą. Dokładnie tak! Gdyby nie miłość i jej solidne fundamenty, nie byłoby logicznego sensu poświęceń Feyry.

Feyra spodobała mi się od razu. Była charakterna, pyskata i sarkastyczna, czyli całkowicie zwracająca na siebie uwagę. Mimo wszystko prawie od razu wiedziałam jaki ma system wartości i do czego byłą zdolna, a czego by raczej nie zrobiła. Była... Ludzka, czyli dokładnie taka, jaki byłby człowiek w jej sytuacji. Jest jedyną żywicielką rodziny, przez co nie ma czasu na inne rzeczy, dlatego dopiero później odkrywałam co kocha, co lubi robić, chociaż wcześniej było o tym wspominane. Doceniam też to, że nie była najlepsza we wszystkim tak od razu, ale uczyła się jak robić wszystko najlepiej. Na przykład malowanie. Chociaż w przeszłości ozdabiała dom farbami, to na dworze Tamlina nie była wybitna, dniami malowała, by być coraz lepszą.
Tamlin za to był sprzeczny. Jakby grał kogoś, kim nie był, by dosięgnąć upragnionego celu. W drugiej części miałam ochotę wbić mu kość w tyłek, chociaż poniekąd rozumiałam jego postępowanie. Brakowało mi momentów, kiedy mógł być w pełni sobą, ale mimo to zakochałam się w nim. Był brutalny, ale jednocześnie delikatny, stanowczy, ale dawał poniekąd wolność Feyrze. Było w nim to coś, co mnie pociągało.
Rhysand za to był... Cholera, był tajemniczy. Intrygujący. Chamski, arogancki, bezczelny i wredny. Trudno mi go opisać nie zdradzając zbyt wiele, ale w tym tomie znienawidziłam go, by pod koniec książki zacząć go lubić. To taki typowy bad boy, który robi wszystko dla siebie, dla swojej przyjemności. Jego pomysły były dla mnie kompletnie nielogiczne, wręcz wchodzące w strefę fetyszu. I tak, tutaj znowu wszystko miało jakiś powód, oprócz oczywiście aroganckiej osobowości.

Jak już wspomniałam, całość bazuje na klasycznej baśni Piękna i Bestia, jednak nie wpada ona w pułapkę słodko-pierdzącej miłości, tylko wyciąga ze schematu co najlepsze, by stworzyć coś dobrego od samych podstaw. Bestia tylko z pozoru straszy po okolicznych ziemiach, bo to nie dokładnie jego się boją, tylko całej jego rasy. Za to Piękna nie jest zakochaną w książkach mądra kobietą, tylko dbającą o przeżycie rodziny łowczynią.
Książka pochłonęła mnie od pierwszych stron. Po prostu zostałam wepchnięta w ten świat. Początek jest dobrym wprowadzeniem. Akcja rozwija się powoli, dostajemy czas na poznanie nie tylko historii i rodziny bohaterki, ale i realiów, w których przyszło im żyć. jednocześnie było to na tyle wciągające, że chciałam wiedzieć coraz więcej. Naprawdę nie mogłam się doczekać co będzie dalej, jakie przygody się tam odbędą i aż żałuję, że nie mogę przeżyć ponownie pierwszego czytania tej książki. Wiem, że to jest jedna z tych książek, do której będę wracać bardzo często. Czytajcie to. Po prostu czytajcie i kochajcie jak ja!