Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Kroszczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Kroszczyński. Pokaż wszystkie posty

8 grudnia 2024

On ją ogonkiem, ona go różkami, czyli "Okrutny Ksiażę" Holly Black

      Naprawde ciekawi mnie sytuacja, kiedy po przeczytaniu i wyrobieniu sobie opinii o książce przez lata słyszy się przeciwne słowa. I wtedy się zastanawiam, czy to ja coś źle zrozumiałam? Czy może byłam za młoda? I nadchodzi reread, który trochę zmienia opinie, ale jednocześnie utwierdza w przekonaniu odnośnie kilku elementów. I właśnie tak było w przypadku Okrutnego Księcia. To mój reread, więc wiedziałam dokładnie na co się piszę.

      Jude wraz z siostrami wychowała się w świecie elfów, pomimo iż jest człowiekiem. Sam ten fakt sprawił, że była przez innych wyśmiewana, gnębiona, a nawet torturowana. Jednak wszystko się zmienia, kiedy w młodym umyśle Jude kiełkuje plan, by stać się rycerzem króla. Musi zatem starać się być lepszą od elfów, a co za tym idzie, ściągnąć na siebie wiele kłopotów. W momencie walki o tron nie zamierza siedzieć cicho, lecz działać, by się wykazać. Ściąga na siebie niebezpieczeństwo, które zamierza zaakceptować, wykorzystać, a na koniec pokonać.

Nie zdradzaj wszystkiego, do czego jesteś zdolna. Gdy inni sądzą, że jesteś bezsilna, twoja przewaga rośnie.
      Kiedy czytam o elfach, zazwyczaj mam w głowie romantasy z fae. no takie ostatnio czytałam, nie wstydzę się tego. Ale z tego powodu tak inaczej… dziwnie mi się czytało tę książkę. Elfy powiem zostały przedstawione jako piękne istoty, lecz nie o typowo ludzkim wyglądzie. Ogony, rogi, kolorowa skóra czy łuski są na porządku dziennym. I właśnie to uwielbiam w tym świecie, ta różnorodność sprawia, że jakąkolwiek postać byśmy sobie nie wymyślili, ona będzie tam pasować. I fakt, że elita jest tam przepiękna, wręcz idealna jeśli chodzi o wygląd, nie oznacza, że nie może być różnokolorowa. Taka Nicasia, jest przedstawiona jako piękna kobieta, jednak daleko jej od wyglądu człowieka. Niebieskawa skóra, niebiesko-zielone włosy czy błonki na uszach to coś normalnego. I tak, zachwycam się, że tak powiem, kreatorem postaci, bo to jak dla mnie najmocniejsza karta tej powieści.
      Jeśli zaś chodzi o fabułę… Cóż… Muszę powiedzieć wprost, że nie jestem aż tak zachwycona. Fakt, koncept był całkiem spoko. Ludzkie dziecię żyjące wśród elfów, muszące się nie tyle wpasować, co wyróżnić, żeby jej życie miało sens, jest dobrym punktem wyjścia. Jednak co jakiś czas miałam wrażenie, że jakieś drobne elementy, jakieś niuanse sprawiały, że całość po prostu nie grała. Że to, co powinno się łączyć, nie klei się. Zacznę od tego, że elfy są złośliwe. Nie mogą kłamać, więc są wredne i złośliwe. Dlaczego? I dlaczego każdy elf jest złośliwy? Bo tak? Nie każdy człowiek lubi kłamać, więc dlaczego zostało przyjęte, że każdy elf jest zły, że nie może kłamać? I tak manewrują słowami, by nie powiedzieć tego, co rozmówca chce, są w tym mistrzami, więc no, w niektórych przypadkach ta złość i bycie wrednym jest dane na siłę. Plus jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć procent gardzi ludźmi, bo są słabsi, delikatniejsi, wpływa na nich magia elfów… No i oczywiście gardzą nimi, bo potrafią kłamać. Dla mnie to jest dziwne. Wkurzają się, że nie mogą kłamać, że muszą mówić prawdę, ale gardzą ludźmi, bo oni potrafią kłamać, więc uważają kłamstwo jako coś okropnego, bez honoru, ale jednocześnie zazdroszczę im tej umiejętności. I ja rozumiem, jakby takie rozumowanie mieli niektórzy, ale praktycznie wszyscy, o których czytałam? Bez sensu.
      Cała fabuła krąży wokół dwóch wątków, o krwawej i nieustępliwej walce o władzę oraz o odnajdywaniu się w nieprzyjaznym świecie. I jak ta droga ku koronie była czymś emocjonalnym, momentami trzymającym w napięciu, pokazująca zdolności bohaterów, tak ta druga mnie momentami nudziła. Będąc szczerą, przez pierwsze strony trochę się nudziłam. Zmuszałam się do czytania tylko dlatego, że to książka miesiąca w klubie czytelniczym na jednym z serwerów discorda. Gdyby nie to, pewnie czytałabym pół roku, jak niektóre pozycje. Ale co zrobić. Na szczęście w momencie pojawienia się księcia Daina w domu Madoca coś się ruszyło, akcja poszła do przodu, zaczynając poważniej podchodzić do kwestii nadchodzącej koronacji. I dopiero w tamtym momencie zaczęłam czerpać nie tyle przyjemność, co trochę słabsze uczucie z czytania.
      Powiem tak, wątek romantyczny według mnie został tu przedstawiony na siłę. Nie wyobrażam sobie, że Jude mogła coś poczuć do NIEGO po tym, jak ON ją traktował. Przepraszam, ale po latach znęcania się, obrażania, traktowania ją jak śmiecia nie wyobrażam sobie, by ona się w NIM zakochała tylko dlatego, że się pocałowali. Co to, syndrom sztokholmski czy co? To te wszystkie lata, które ukształtowały ją na osobę, którą się stała, to nic? O kant dupy rozbić? Co to ma być, ja się pytam. Co to ma być?! Doskonale wiem jak to jest być gnębioną w szkole i nie wyobrażam sobie byc z kimkolwiek, kto mi to robił. A tutaj mamy sytuację o wiele gorszą i ona… Nie, po prostu nie. Nie kupuję tego. To jest toksyczne pokazanie nawet zauroczenia. I nie kupuję argumentu, że przecież z jego strony to było coś od dawna, ale nie wiedział jak do tego podejść i w ogóle. No nie wiem, nie gnębić jej? Dać jej żyć? Bo pozwalanie innym na gnębienie jej i zatrzymywanie ich w momencie, kiedy mogłaby umrzeć, albo pilnowanie, by nie umarła, to nie jest troska. To nie są romantyczne działania. Jakkolwiek by to nie tłumaczyć, to nie ma logicznej racji bytu. I mówię to jako wielka fanka romantyzmu, wszelkich romantycznych akcji, a nawet małych romantycznych gestów. Nie i już!
      I w całym tym pseudo-romantasy, gdzie krew się leje, ludzie kłamią, a elfy są okrutne, został nam przedstawiony świat Elfhame. I tu plus dla autorki. Z jednej strony wspomniała ogólnie o całym tym świecie, jakie są inne dwory, jacy władcy rządzą, byśmy mieli mniej więcej ogólny pogląd podczas niektórych momentów (tak, przydało mi się), lecz skupiła się na bliższym otoczeniu, gdzie dzieje się cała akcja. Dwa główne kręgi, te najbardziej przybliżone, czyli Krąg Sokołów oraz Krąg Wilg, tak różne od siebie, ale zawierają w sobie najwięcej najciekawszej fabuły. Trochę brakowało mi ukazania innych Kręgów, jak ten Skowronków. Z przyjemnością poczytałabym o artystach w tym świecie.

Teraz jednak, kiedy na to patrzę, nie mogę nie dostrzec skrytego pod arogancją lęku. Wiem, jak to jest układać piękne słówka, żeby nikt się nie zorientował, że dławi nas strach. Nie to nie sprawi, że go polubię, ale pierwszy raz jest dla nie kimś prawdziwym. Dobrym na pewno nie, ale prawdziwym.
      No i czas na bohaterów. Cóż, Jude jest specyficzna. To taki człowiek obronno-zaczepny. Zaczepia elfy i próbuje się bronić przed nimi, ale nie zawsze jej to wychodzi przez przewagę, jaką mają przeciwnicy. Jest odważna, kreatywna i wykorzystuje wszystkie swoje atuty, by przeżyć, a nawet być kimś w tym świecie. Lubię ją za dążenie do celu, nie patrząc na z góry przegrane miejsce. Sprawia, że to, co niemożliwe, staje się osiągalne. I to w sposób naprawdę rzeczywisty, nie naciągany.
     Natomiast Taryn to co innego. Jak ja tej dziewuchy nienawidzę. Niech sczeźnie i nigdy więcej się nie pokazuje. No sorry, ale takiej siostry mieć nie chciałabym. Zacznijmy od tego, że Jude próbuje nie tyle przeżyć, co być kimś w świecie, w którym jest słabsza, gorsza i nikt nie lubi jej rasy. A co robi Taryn? Cały czas komentuje, “przypomina”, prosi, żeby Jude siedziała na dupie cicho, zgadzała się na wszystko, nie wchodziła nikomu w drogę, no ogólnie robiła z siebie kozła ofiarnego. Czyli co, ma zgadzać się na wyzwiska, na prześladowanie, próby morderstwa, bo to łatwiejsze niż sprzeciwianie się i próba pokazania, że nie są takie słabe? Bo ona będzie miała łatwiej? No sorry, nie tędy droga. Plus Taryn jest po prostu głupia, skoro wierzy, że bycie uległą elfom sprawi, że oni się od nich odczepią. Naiwna jak dziecko. Irytująca. Głupia. Za każdym razem jak się pojawiała miałam nadzieję, że coś jej się stanie i po prostu zniknie.
      Równie irytujący był Cardan. Naprawdę nie wiem czemu jest tak lubiany. Facet znęca się nad bliźniaczkami, obraża je, grozi, jedyne co, to łaskawie powstrzymuje innych, by nie zabijali ludzi. Tyle jego dobroci. I co tu lubić? Fakt, że nie zabił Jude i Taryn? Na kolejnych stronach książki poznałam trochę jego przeszłości, jego otoczenia i dało mi do myślenia dlaczego on jest taki, a nie inny, ale nadal to nie sprawia, że można mu to wybaczyć. Dziad do zamknięcia i tyle. I nawet jeśli w przyszłych tomach się zmieni, nadal w głowie będę miała to, co odwalał teraz. Jako ofiara bullyingu w szkole jestem wrażliwa na takie zachowania i nie jestem w stanie wybaczyć oprawcy. Bo tak, Cardan jest oprawcą. Dobrze zbudowaną i przedstawioną, ale nadal oprawca. Jako bohater jest naprawdę w porządku przedstawiony. Ale jako obiekt westchnień? Przepraszam, ale potrzebujesz pomocy? Może do kogoś zadzwonić? Bo nie wyobrażam sobie być zauroczoną TAKĄ osobą.
      Jeśli chodzi o bohaterów pobocznych, mam mieszane uczucia. Wiele z nich jest robionych na jedno kopyto. Ta grupa jest wredna i nienawidzi ludzi. Ta się znęca nad ludźmi. Ta ma wywalone na ludzi. A ostatnia grupa ich nawet lubi. I w tych grupach pojedyncze osobniki są tacy sami. Fakt, nie było potrzeby, by rozwijać ich charaktery, dlatego tak mieszają się w morze jednej osobowości podzielonej na wiele ciał. Ale z drugiej strony przydałaby się większa różnorodność. No nie da się tego pogodzić według mnie, bo tak czy siak byłoby źle. Jedyne postacie poboczne, które mają więcej charakteru, to Madoc, który stara się być dobrym przyszywanym ojcem, Oriana, która narzeka na dziewczyny oraz wiecznie marudzi, Dąb, który jest typowym dzieckiem, więc nie jestem pewna, czy można powiedzieć, że ma więcej charakteru, skoro jest po prostu dzieckiem, i Loki, który na początku dał się lubić, lecz potem zaczął wydawać mi się zbyt podejrzany, coś przestało mi w nim grać, więc traktowałam go sceptycznie. No i oczywiście Dain i Balekin, lecz ich było na tyle mało, że ich dogłębniejsze charaktery nie były potrzebne, zupełnie wystarczyło to, co otrzymałam.

Jak dotąd usiłowałam udawać przed samą sobą, że niczego nie czuję. Teraz boję się, że jeżeli zacznę odczuwać nie będę umiała tego znieść. Boję się, że uczucia będą jak fala, która mnie wessie. Odpycham strach w głąb mojego umysłu. Nie znam innego i lepszego sposobu.
      Okrutny Książę zdecydowanie nie jest romantasy, jak było mi obiecane. I z tą myślą należy do tego podejść. Wtedy otrzyma się młodzieżową historię pełną elfów, walki i próby udowodnienia swojej wartości. Silna damska postać napędza fabułę, tak samo jak liczne tajemnice i intrygi. Pomimo wielu słabszych postaci, całkiem przyjemnie się czytało, zwłaszcza że historia miała naprawdę spory potencjał. Żałuję, że nie zostało to bardziej dopracowane, by te błędy zostały wyeliminowane. Jednak świat nam przedstawiony jest fantastyczny. Fakt, opiera się na agresji i okrucieństwie, jednak autorka pokazała go z trochę łagodniejszej strony. Dzięki temu czytanie było przyjemniejsze, a przynajmniej od połowy, bo pierwsze ponad sto stron było dla mnie po prostu nudne. Czy jestem zadowolona z przeczytania? Tylko dlatego, że chcę dokończyć całą serię z czystej, kobiecej ciekawości i postanowienia, że kiedyś przeczytam do końca wszystkie, dosłownie wszystkie zaczęte serie. Ale książkę mogę polecić jedynie starszej młodzieży, przez nikły wątek romantyczny, który nawet w tak maleńkiej ilości jest po prostu toksyczny.

  Tytuł: Okrutny Książę
  Seria (tom): Okrutny Książę (1)
  Autor: Holly Black
  Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 424
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2018

19 sierpnia 2024

Faceci? Fuj, fuj, ohyda, czyli "Girl, Goddess, Queen" Bea Fitzgerald

      Nie raz wspominałam na blogu, że przeczytałam książkę przez wpływ TikToka. I ta pozycja wpadła mi w ręce przez dokładnie ten sam powód. No bo książka na podstawie mitologii, a dokładniej Hades i Persefona?! Biorę! I to w ciemno!

      Mit, jaki znamy o Persefonie i Hadesie, to kłamstwo! To nie Hades ją porwał, lecz Persefona sama wskoczyła do jego królestwa, żądając ochrony przed Zeusem, który chciał boginię za żonę. Teraz musi urzeczywistnić swój plan, dzięki któremu świat bogów i ludzi nie będzie taki sam.

- Wiedziałam, że przekonasz go do współpracy. Jak tego dokonałaś? - dopytuje Styks.
- On twierdzi, że nieodpowiednio się obchodziłam z jego zwojami.
- Właśnie tak. Nadal jestem wściekły - mówi Hades.
      To jest kolejna książka z serii “rzuciłabym o ścianę, ale szkoda mi telefonu”. Jeszcze początek dał mi nadzieję, że to może być coś dobrego, że dostaniemy silną kobieca postać i równego jej mężczyznę, że stworzą mocarną parę, która zawładnie światem. A dostałam Mary-Sue i Ciamajdę w feminazistowskim klimacie. O jeżu z jabłuszkiem na pleckach, za jakie grzechy to zostało wydane? Sam pomysł na fabułę był naprawdę dobry, ale to zmarnowany potencjał. W pewnym momencie mamy narzucony światopogląd bez żadnych wyjątków. A mianowicie, mężczyźni są źli. Wszyscy. No, może oprócz Hadesa, ale on lubi “kobiece” sprawy, nie zachowuje się jak typowy facet, więc jest ok. Serio? Ale serio?! Nie znalazł się tutaj żaden mężczyzna, czy to bóg, czy ktoś inny, który by został przedstawiony jako “stereotypowy” facet i był dobry. Nie. Bo każdy facet chce rządzić, chce panować nad kobietą, ma płeć piękną za słabą i nieudolną. Nie ma wyjątków. Bo nie. Znaczy, że co, że świat jest zero-jedynkowy? Faceci źli, okropni, a babki te dobre? Znaczy nie, tu też autorka jechała po kobietach, a dokładniej po tych, które zgadzały się na takie traktowanie przez facetów. Jeśli się nie sprzeciwiały, nie należał się im szacunek. Bo czemu? Przecież nie walczą o prawa kobiet. A nie przyszło jej do głowy, że są mężczyźni potężniejsi od kobiet i bunt czasami nie ma sensu? Że wtedy trzeba mieć “Plan B”, albo jakikolwiek plan, by się buntować, a nie na chama, na konia i dzidami ich? No najwidoczniej nie. Borze zielony, szumiący za oknem, jak ja się wściekałam. Bo bazując na takim świecie fabuła nie może być dobrze poprowadzona.
     Doceniam fakt, że to Persefona gra tutaj pierwsze skrzypce i to z jej perspektywy została poprowadzona narracja, bym mogła poznać wszelkie motywy działania dziewczyny. Bo już na początku jest pokazana jako buntowniczka, która chce uniknąć swojego losu za wszelką cenę. No i spoko, tu zaczyna się jazda. Jest pościg, jest ucieczka, jest tajemniczy nieznajomy. I w momencie, kiedy Perfefcia wpada do Hadesa, zaczynają się schody. Na wierzch wychodzi Mary-Sue. Początkowa przebiegłość ustępuje byciu idealnym we wszystkim. WSZYSTKIM. No bo ona jest cudowna i umie wszystko. A jak nie umie, to zaraz się nauczy. Dajcie jej dwie strony.
      Miałam nadzieję na jakiś gorący romans, bo wiecie, Pan Podziemia i Bogini Kwiatów. Śmierć i Życie. Przeciwieństwa. To mogłoby wyjść niesamowicie. No nie wyszło. I to bardzo. Zamiast epickiego love story jest nastoletni romansik pomiędzy dorosłymi. Przypominam, Hades jest Panem Podziemia, który żyje trochę lat, który wygrał wojnę, Persefona sprzeciwiła się samemu Zeusowi, wydudkała Hadesa, zmusiła go do gościny. A zachowują się jak młodziki, którzy robią podśmiechujki ze słowa “seks”. Zamiast tego używają słów typu “no wiesz”, niczym gimnazjaliści. Znaczy teraz to uczniowie szkoły podstawowej. To było tak krępujące dla mnie, tak momentami żałosne… Zwłaszcza że cały ten romans polegał na dogryzaniu sobie, jak w większości książek. Kto się czubi ten się lubi - chyba autorzy za bardzo lubią to powiedzenie. A taki dorosły, dojrzały związek byłby czymś niesamowitym. To nie, nie będzie go, bo się nie sprzeda. W teorii można to zaliNajbardziej wkurzało mnie to, że wiele rzeczy zostało potraktowane po macoszemu, bez wgłębiania się w temat, co niszczyło cały odbiór.

- Kiedy je rozsiewałam, byłeś jeszcze po tamtej stronie wredości.
- Cóż, to nie był subtelny gest z twojej strony. Kwiatowy odpowiednik psa obsikującego swoje terytorium.
      Persefona to typowa Mary Sue. Panna idealna, której się udaje wszystko. Jest potężna, ale oczywiście o tym nie wie. Użycie mocy? Wystarczy, że spróbuje raz czy dwa, że się skupi i wszystko się uda! No bo po co dorastanie do mocy, po co treningi. Przecież dajmy jej jak najwięcej mocy, by mogła być głową rebelii! Jej główną cechą była irytacja. I nie to, że irytowała się często, ale była irytująca. I to do granic możliwości. Zachowywała się jak typowa nastolatka z buntem w głowie. Fakt, większośc życia spędziła na wysoie z dala od wszystkich, więc nie była obyta, a do tego była młoda, ale ona została przedstawiona jako młódka w ten bardziej negatywny sposób. Zdecydowanie nie polubiłam jej.
      Hadesowi ucięto za to jaja. Serio. Nie mam tego potężnego wojownika, który włada kraina umarłych, lecz ciamajdę, który siedzi w domu i zajmuje się “kobiecymi”, jak na tamte czasy, rzeczami. Ba, nawet nie skończył ogarniać do końca swoich ziem, bo nie wiedział jak. To co to za władca?! Taki, który czeka na wybawienie, tym razem pod postacią Persefci, która z miejsca wykona jego zadanie. Ale wracając do Hadesa, zdecydowanie nie zostanie moim mężem książkowym. Oj nie. On nawet nie lubi walczyć. Taki tam pacyfista. I w teorii to nie jest nic złego, ale w tym zestawieniu nie kupuję tego!
      Postacie drugoplanowe potrafią dopełnić historię. Jednak nie tutaj. W tym przypadku każda z nich jest jednej cechy. Faceci są źli. Kobiety są beznadziejne bądź spoko,w zależności czy się buntują, czy nie. Jest jedna postać kobieta stworzona na zasadzie “nie słucham rozkazów, jestem wredna dla każdego, nie lubię nikogo” i w sumie tyle postaci różnorodnych. Cała reszta jest mdła, płaska i po prostu mam wrażenie, że robią za statystów w tym dramacie.

Wiecznie to samo. Starać się, dbać o siebie, wstrzymywać oddech i milczeć. Być doskonałą, byle zyskać więcej opcji, zwiększyć swoje szanse na zdobycie w miarę znośnego małżonka.
A potem doskonalić się w doskonałości, byle ów małżonek nie przestał być w miarę znośny, kiedy już staniesz się jego własnością.
      “Girl, Goddess, Queen” robi nadzieję na naprawdę dobry retelling mitu i Hadesie i Persefonie. A potem zostawia nas na gołym lodzie z tanim, nastoletnim romansem, z Mary-Sue oraz bezjajowym-Hadesem, którzy nie tylko nie przyciągają mnie do siebie, a wręcz odpychają. Fabuła, jeśli tylko wstawić innych bohaterów, mogłaby się obronić, lecz w tym zestawieniu jest zmarnowanym potencjałem, który rani moje serce. Retelling mitu nie tyle nie wyszedł jak powinien, co w ogóle nie wyszedł.
Mam wrażenie, że przeczytałam inną wersję niż wszyscy, bo większość opinii jest pozytywna, a mi się w ogóle nie podobała. Przeczytałam całość, bo miałam nadzieję, że w pewnym momencie to się jednak naprostuje. Cóż, zmarnowałam całe popołudnie na to. Ale wy nie musicie, bo zdecydowanie NIE polecam.

  Tytuł: Girl, Goddess, Queen
  Autor: Bea Fitzgerald
  Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 480
  Gatunek: fantastyka, romans, literatura młodzieżowa
  Rok wydania: 2023

22 sierpnia 2023

Hokus Pokus Czary Mary, dużo płaczu, lecz kot cały, czyli "Spells Trouble. Wiedźmi czar" P C Cast & Kristin Cast

      Duet P.C. Cast oraz Kristin Cast kojarzę doskonale z serii Dom Nocy, której to fanką byłam (i nadal jestem, pewnie aż do rereadu). Dobre skojarzenia miałam również po serii W kręgu mocy Partholonu. I chociaż solowa książka Kristin była dla mnie fatalna, to siadałam do tej książki pełna nadziei.

      Mag i Hunter to bliźniaczki, które właśnie obchodzą szesnaste urodziny. Spędzają je najpierw w towarzystwie przyjaciół i chłopaka tej drugiej, a później, wraz z matką, odprawiają rytuał przyjęcia bogów patronów. Jako jedyne wiedźmy strzegą pięciu bram do pięciu różnych zaświatów. Jednak wszystko zaczyna się psuć, gdy podczas rytuału pojawił się potwór, a Abigail zostaje zabita w momencie przyzwania bogini. Bramy zaczynają się psuć i kruszeć, a wizja najazdu potworów z pięciu “piekieł” staje się realna.

Tamtego dnia Sara zdała sobie sprawę, że miasto nieprędko otrząśnie się ze zbiorowego szaleństwa, które pochwyciło je w swoje szpony.
      Patrząc na okładkę byłam zachwycona. Czytając środek już mniej. Czy jestem zawiedziona? I to jak! Naprawdę miałam duże oczekiwania co do tej książki. Sam początek jeszcze napawał optymizmem, dawał nadzieję, że to będzie coś dobrego. Jednak im dalej w las, tym ciemniej i gorzej.
      Pierwsze strony książki zawierają historię Sary Goode, przodkini naszych bohaterek, która za pomocą magii ucieka z więzienia i wraz z córką wyrusza, by odnaleźć miejsce, gdzie będzie mogła się osiedlić na stałe i żyć w spokoju. Taki początek wszystkiego, który wprowadził mnie trochę w historię i przygotował na to, co będzie ważne.
     W teraźniejszości Abigail umiera dość wcześnie, dlatego też całość cały czas się kręci wokół bliźniaczek. Czasem pojawią się przyjaciele czy chłopak, Kirk, ale mam wrażenie, że tylko wtedy, kiedy są potrzebni. Na resztę fabuły są odstawieni na bok jak niepotrzebne rzeczy. Fakt, mają wtedy motywację do pozostania poza radarem, jednak nadal wyczuwałam takie typowe odstawienie. Ale wracając do wątku, bliźniaczki muszą sobie poradzić z żałobą. To doskonały sposób na zademonstrowanie jak działa ich magia i jaki stosunek do niej mają bliscy dziewczynek. Tak, fajnie to zostało wykorzystane, jednak widać było kolosalną różnicę pomiędzy dziewczynami. Pomimo tego, że bliźniaczki, różniły się od siebie diametralnie. Z każdą kolejną akcją moją twarz zdobił grymas niesmaku. Poszczególne punkty fabularne były rozciągane tak, że około dwieście stron mogłam streścić w kilku zdaniach. Nie było zagłębiania się, wszystko odbywało się prostolinijnie, co trochę męczyło. Chciałam wejść w tę rodzinę, ten świat, w problemy, a jednak wszystko było wyłożone jak prosta kreska na kartce papieru. No tak się nie robi! Przez to cała historia po prostu po mnie spłynęła.
      Bardzo, ale to bardzo nie podobało mi się “faworyzowanie” jednej z bliźniaczek jeśli chodzi o jakieś “atrakcje emocjonalne”. Rozumiem, że są osoby bardzo emocjonalne, są osoby z twardą skórą czy tyłkiem, ale kiedy laska co chwilę ryczy czy ma zjazdy, to nawet nie chce mi się jej lubić. Naprawdę, przez większość książki miałam myśl “borze, a ona znowu ryczy, znowu coś jej się stało”. Przez to była męcząca i irytująca. I miałam wrażenie, że tylko jej się pozwala na odczuwanie większych i głębszych emocji, a druga jest do ratowania dupy i logicznego myślenia, chociaż to też nie wyszło za dobrze, bo czasami odczuwałam, jakby tej bliźniaczce żałoba przeszła koło nosa tak jak i wszystko. Ech, można to było napisać inaczej, lepiej, tak, by przedstawić te momenty i charaktery dziewczyn w jakoś bardziej przystępny sposób, by czytelnik się nie męczył.

Mercy imagined Freya as part of the earth itself, so every flower and tree, even every blade of grass symbolized her goddess.
      Co do dziewczyn, jestem trochę bardzo zniesmaczona jak zostały przedstawione. Hunter to ta, która myśli logicznie, ma twardą dupę, nic jej nie ruszy, bo miała trudną przeszłość. I chociaż później dowiedziałam się co się stało, to nadal miałam wrażenie, że ona nie do końca odczuwała żałobę, a jedynie mówiła, że to czuje. No naprawdę miałam wrażenie, że laska nie umie w emocje. Pod koniec książki całkowicie zmienia zachowanie, będąc przeciwieństwem siebie. Miałam wrażenie, że w tamtym momencie to nie Hunter, a jakaś inna laska się tak zachowuje. To nie podobało mi się. Nie było podstaw, konsekwencji, a przede wszystkim nie było wciśniętego przycisku, który by aktywował nagłą zmianę zachowania. I można wytłumaczyć otoczką i tym, co się wydarzyło, jednak w tamtym momencie nie widziałam powodu, by ona zaczęła się tak, a nie inaczej zachowywać.
      Mag jest gorszą siostrą. Przez całą książkę miałam wrażenie, że ona tylko marudzi i wyje, wyje i marudzi. I tak już wspomniałam, wiem, że są osoby bardzo emocjonalne, delikatne, sama wyję przy jakiejkolwiek kłótni, bo tak sobie radzę z emocjami, to jednak sposób przedstawienia jej był krzywdzący dla dziewczyny. Tak nieudolnie stworzona postać jedynie irytowała swoją osobą. Z jednej skrajności w drugą, z naciskiem na płacz. Nie dało jej się przemówić do rozsądku, bo ona wie lepiej. Logiczne argumenty? A gdzie tam! To zazdrość. Miałam wrażenie, że mam styczność z dzieckiem, a nie z kobietą bliską pełnoletności. Borze, naprawdę nie chciałam o niej czytać.
      Co do postaci drugoplanowych, nie było lepiej. Przyjaciele bliźniaczek cechowali się tym, że on gra w drużynie i jest bardziej przyjacielem Hunter niż Mercy, a ona… Jest ich przyjaciółką. I w sumie tyle ich osobowości. Kompletnie niestworzone postacie, bez głębi, bez konkretnego charakteru. Jest jeszcze Kirk, który według mnie jest strasznie sprzeczną osobą. Raz robi tak, raz tak, mówi jedno, myśli drugie, a robi trzecie. I koniec końców wiadomo dlaczego, jednak wszystko zostało wykreowane bardzo, ale to bardzo sztucznie i nierealnie. Pod koniec facet nagle ryczy tak, że aż gile z nosa lecą, a kilka sekund później jest już pewien siebie. Przecież jak można udawać, że lecą gile z nosa?! Jak?! Czy to nie jest nierealne?! I takich smaczków logicznych jest dużo. bardzo, ale to bardzo dużo.
      Została jeszcze Xena. Według mnie to jedyny promyk słoneczka w całej książce. Kobieta kot, która zachowuje się jak człowiek i kot. No ubawiłam się czytając fragmenty z nią. Jedyna postać, która została jako tako stworzona, która ma charakter i coś specyficznego, coś charakterystycznego.

What you put out into the world returns to you, and that goes for thoughts, acts, and energy.
     Książka miała mi dać czarodziejski vibe z kocim dodatkiem, a otrzymałam nastoletnie płaczki i szybkie dorastanie połączone z beznadziejnym wątkiem romantycznym, który próbował tu być jednocześnie nie będąc. Fabuła jest rozwlekana niepotrzebnymi dialogami tak, by niewiele treści działo się na wielu, wielu stronach. Dawno nie męczyłam się z taką pozycją. I dawno się tak nie zawiodłam. Płascy bohaterowie, historia bez głębi, żeby tylko napisać, żeby tylko skończyć. Nie polecam!

  Tytuł: Spells Trouble. Wiedźmi czar
  Seria (tom): Siostry z Salem (1)
  Autor: P C Cast & Kristin Cast
  Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 352
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2021