Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2023. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2023. Pokaż wszystkie posty

4 lutego 2025

Ludzka kobieta o człowieczym sercu w królestwie bogów, czyli "Cień w Żarze" Jennifer L. Armentrout

      Kolejna szansa dla Armentrout to kolejna seria do czytania. A że to seria poboczne Krwi i Popiołu, to nastawiłam się na to dość średnio. No nie ukrywam, że ta druga seria bardzo, ale to bardzo mi nie podeszła, dlatego nie spodziewałam się niczego dobrego. Troszkę się przeliczyłam.

      Seraphena, jako Panna, miała do wykonania ważne zadanie. Przez całe życie ukrywana przed swoim ludem, żyła w oczekiwaniu, by stać się małżonką boga. Jednak jej zdanie jest inne, niż przewidziano w umowie. Zamiast być Królową Małżonką, ma zabić Pierworodnego Śmierci. Jednak ich pierwsze spotkanie nie idzie po jej myśli, niwecząc wszystko, co sobie zaplanowała.

- To było niezwykle nieostrożne. Nie rób tak więcej.
Rozchyliłam usta, z których wyrwał się chrapliwy wydech.
- Ja... Dźgnęłam cię w pierś, a ty mi masz do powiedzenia coś takiego?
      Przyznaję się, widząc zapowiedź tego tomu miałam myśli “serio? Potrzebujemy jeszcze coś z tego uniwersum?” oraz “Weź się kobieto skup na głównej serii i ją napraw, a nie bierzesz się za dodatki…”, no bo nie ukrywam, że seria Krew i Popiół nie jest zbyt dobra. Ale no, nadal chciałam zobaczyć co takiego fenomenalnego jest w książkach tej autorki. I dopiero tutaj znalazłam światełko w tunelu. Sama fabuła jest dość prosta. Sera ma być żoną boga, a tak naprawdę musi go zabić. I tu w grę wchodzi romans oraz problemy w świecie. Z jednej strony świetnie się bawiłam, czytając dopowiedzenie do tego świata, ale z drugiej… Kurczę, samo to, kto kim jest i w ogóle, było poniekąd spoilerem. No bo w głównej serii mówią jedno, tutaj drugie, i nie ma tego efektu niespodzianki, bo wszystko się wyjaśniło, nie ma plot twistu. Chyba że ktoś nie czytał tej serii, czytając Krew i Popiół, to może, może się zaskoczyć. Ale wtedy tutaj raczej nie będzie się bawił aż tak dobrze. Coś za coś.
      Ale wracając do fabuły. Miałam wrażenie, że już gdzieś podobny schemat czytałam. Gdzie? No jasne, że u Armentrout! I to w głównej serii z tego uniwersum! Pierwszy tom Krew i Popiół. Więc tak. Trzymana w zamknięciu Panna? Popka i Sercia. Chce poznać świat? Obie chcą. Hot nieznajomy? Ciastuś i Nyktoś. Matka o lodowym sercu? U Popki i Serci, wszystko się zgadza. Mentor uczący walczyć bohaterkę? Zaliczone. Początek dosłownie kopiuj wklej, jeśli chodzi o schemat. I jak historia była całkiem spoko, tak to podobieństwo już mi nie pasowało. Miałam wrażenie, że autorka poszła na łatwiznę. Z jednej strony to pasowało, a z drugiej, no można było ogarnąć to jakoś inaczej. I ja wiem, że ciężko jest uniknąć powtórzeń motywów i sytuacji, jednak w tym konkretnym przypadku było tego za dużo. Chociaż jedno muszę przyznać. Patrząc przez pryzmat serii Krew i Popiół, scen erotycznych tutaj nie było aż tak dużo, za co byłam wdzięczna. Jasne, zdarzały się, jednak nie miałam wrażenia, że był wciśnięte na siłę. Tutaj, te kilka scen, po prostu pasowały.
      Czy w tej książce jest romans? No jest. Przecież to romantasy! Hah. Ale najlepsze w tym romansie jest dorosłe podejście bohaterów. Oni się nie fochają o byle gówno, nie robią sobie na złość, nie unikają, tylko rozmawiają. Tak zwyczajnie rozmawiają i gadają o problemach, jak je rozwiązać, jak się z tym wszystkim czują. Aż byłam w szoku! Tak normalne, a jednocześnie tak rzadkie w książkach.
      Jeśli chodzi o świat, w którym dzieje się akcja, od strony ludzkiej niewiele więcej się dowiedziałam. Praktycznie nic nowego, co już wiedziałam po serii Krew i Popiół. Jednak jeśli chodzi o świat bogów, stał przede mną otworem. Wreszcie powoli ogarniałam co i jak, łączyłam fakty oraz to, jak to wszystko funkcjonuje. I naprawdę się cieszę, że to właśnie w tej części świata skupia się akcja, że niby mamy to samo, a jednak coś innego. BO, nie ukrywam, w “głównej” serii temat bogów i całego tego świata nie był prawie w ogóle rozwinięty.
      Mam jednak wrażenie, że Armentrout stosuje jeden zabieg we wszystkich książkach. Fabułę napędza dialogami. I tu działo się dokładnie to samo. Większość akcji zaczyna dialogami, tak samo eskalowanie emocji, czy relacje. Dialogi to u niej podstawa. Przynajmniej się szybko czyta.

- Nie... Nie jesteś na mnie zły?
- Jestem zdecydowanie wzburzony - odparł, a mi przyszło do głowy kilkanaście lepszych przymiotników na pisanie stanu mojej wściekłości, gdyby to mnie ktoś niemal dźgnął w serce. - Jak już mówiłem, zapiekło mnie. Przez chwilę.
      Z Serą mam malutki problem. Bardzo podoba mi się ta postać, jednak ma mankamenty, jak szybka zmiana zdania, głupie decyzje. jednak nadal jest o wiele lepsza niż Poppy. Zachowuje się mniej dziecinnie, mniej mnie irytuje, więc od razu lepiej się czytało książkę. Plus, zauważyłam, że pokazali Serę jako postać potężną, pełną mocy, a nawet władzy. Lecz nie straciła tej niewinności, którą miała w sobie od małego. To czyni ją ludzką, coś, czego brakuje innym bogom. Ale też pokazuje, że zmiana charakteru to nie tylko pstryknięcie palcem przy zdobyciu władzy czy mocy, lecz coś więcej.
      Jeśli miałabym do wyboru Casteela i Nyktosa, bez wachania wybrałabym tego drugiego. No przepraszam bardzo, ale Daddy Nyktos jest tak cholernie gorący, że skali zabrakło. Nie ma w sobie tej toksyczności co Casteel, nie chce wykorzystać Sery, nie wykorzystuje faktu, że kobieta nie zna świata, że była praktycznie zamknięta, że nie zna dotyku mężczyzny, szanował ją i jej słowa, co czyni go jeszcze lepszym. No kolesia uwielbiam. To jaki jest dla swojego ludu, dla swoich wrogów i dla swoich bliskich. Jak traktuje dzieci! Jeju, tak się zaskoczyłam! No po prostu zdecydowanie trafił na moją ubogą listę książkowych mężów! (Jestem wybredna).
      Nie ukrywajmy, że niektóre postacie poboczne są po prostu świetne. Smoki! Smoki są najlepsze! Ich humor, ich zachowanie, ich zadziorność. No perełka tej książki! Jak ja się ubawiłam, czytając dialogi pomiędzy Nyktosem, Serą i nektasem. O tak, Nektas jest świetny! Jeszcze się zastanawiam, czy jest moim książkowym mężem, ale chyba przekonam się na tak. Poza tym, w czwartym tomie Krwi i Popiołu mamy drakena, Reavera. A tutaj jest mały! Jest dzieckiem! To takie urocze! I śmieszne, patrząc z jakiego dziecka wyrósł na takiego dorosłego. I w sumie zabawne.

- Zabiłaś tego człowieka?
- Zdaje się, że poślizgnął się i upadł na mój sztylet.
- Pewnie gardłem?
- Zdumiewające, prawda?
- Niesłychanie. Ludziom wokół ciebie dość często się to zdarza.
      Cień w Żarze przeniosła mnie do znanego świata, jedynie trochę rozszerzonego o niektóre informacje. Akcja dzieje się schematycznie, co z jednej strony działa, lecz daje poczucie deja vu, że to już znamy, że to już czytaliśmy, co może zniechęcić. Ale mimo to, ta książka była dla mnie przyjemna. Weszłam w całą historię, kibicując Serze, nie mogąc się doczekać co dalej. Ludzka kobieta o człowieczym sercu w królestwie bogów to coś, od czego nie mogłam się oderwać. Dorośli i odpowiedzialni bohaterowie o dojrzałym spojrzeniu na świat i relacje międzyludzkie, czyli coś, co się rzadko zdarza. Fani romantasy będą zachwyceni. I tę serię na tę chwilę mogę polecić.

  Tytuł: Cień w Żarze
  Seria (tom): Z ciała i ognia
  Autor: Jennifer L. Armentrout
  Tłumaczenie: Justyna Szcześniak-Norberg
  Wydawnictwo: You & YA
  Liczba stron: 640
  Gatunek: romantasy, fantastyka,
  Rok wydania: 2023

19 sierpnia 2024

Faceci? Fuj, fuj, ohyda, czyli "Girl, Goddess, Queen" Bea Fitzgerald

      Nie raz wspominałam na blogu, że przeczytałam książkę przez wpływ TikToka. I ta pozycja wpadła mi w ręce przez dokładnie ten sam powód. No bo książka na podstawie mitologii, a dokładniej Hades i Persefona?! Biorę! I to w ciemno!

      Mit, jaki znamy o Persefonie i Hadesie, to kłamstwo! To nie Hades ją porwał, lecz Persefona sama wskoczyła do jego królestwa, żądając ochrony przed Zeusem, który chciał boginię za żonę. Teraz musi urzeczywistnić swój plan, dzięki któremu świat bogów i ludzi nie będzie taki sam.

- Wiedziałam, że przekonasz go do współpracy. Jak tego dokonałaś? - dopytuje Styks.
- On twierdzi, że nieodpowiednio się obchodziłam z jego zwojami.
- Właśnie tak. Nadal jestem wściekły - mówi Hades.
      To jest kolejna książka z serii “rzuciłabym o ścianę, ale szkoda mi telefonu”. Jeszcze początek dał mi nadzieję, że to może być coś dobrego, że dostaniemy silną kobieca postać i równego jej mężczyznę, że stworzą mocarną parę, która zawładnie światem. A dostałam Mary-Sue i Ciamajdę w feminazistowskim klimacie. O jeżu z jabłuszkiem na pleckach, za jakie grzechy to zostało wydane? Sam pomysł na fabułę był naprawdę dobry, ale to zmarnowany potencjał. W pewnym momencie mamy narzucony światopogląd bez żadnych wyjątków. A mianowicie, mężczyźni są źli. Wszyscy. No, może oprócz Hadesa, ale on lubi “kobiece” sprawy, nie zachowuje się jak typowy facet, więc jest ok. Serio? Ale serio?! Nie znalazł się tutaj żaden mężczyzna, czy to bóg, czy ktoś inny, który by został przedstawiony jako “stereotypowy” facet i był dobry. Nie. Bo każdy facet chce rządzić, chce panować nad kobietą, ma płeć piękną za słabą i nieudolną. Nie ma wyjątków. Bo nie. Znaczy, że co, że świat jest zero-jedynkowy? Faceci źli, okropni, a babki te dobre? Znaczy nie, tu też autorka jechała po kobietach, a dokładniej po tych, które zgadzały się na takie traktowanie przez facetów. Jeśli się nie sprzeciwiały, nie należał się im szacunek. Bo czemu? Przecież nie walczą o prawa kobiet. A nie przyszło jej do głowy, że są mężczyźni potężniejsi od kobiet i bunt czasami nie ma sensu? Że wtedy trzeba mieć “Plan B”, albo jakikolwiek plan, by się buntować, a nie na chama, na konia i dzidami ich? No najwidoczniej nie. Borze zielony, szumiący za oknem, jak ja się wściekałam. Bo bazując na takim świecie fabuła nie może być dobrze poprowadzona.
     Doceniam fakt, że to Persefona gra tutaj pierwsze skrzypce i to z jej perspektywy została poprowadzona narracja, bym mogła poznać wszelkie motywy działania dziewczyny. Bo już na początku jest pokazana jako buntowniczka, która chce uniknąć swojego losu za wszelką cenę. No i spoko, tu zaczyna się jazda. Jest pościg, jest ucieczka, jest tajemniczy nieznajomy. I w momencie, kiedy Perfefcia wpada do Hadesa, zaczynają się schody. Na wierzch wychodzi Mary-Sue. Początkowa przebiegłość ustępuje byciu idealnym we wszystkim. WSZYSTKIM. No bo ona jest cudowna i umie wszystko. A jak nie umie, to zaraz się nauczy. Dajcie jej dwie strony.
      Miałam nadzieję na jakiś gorący romans, bo wiecie, Pan Podziemia i Bogini Kwiatów. Śmierć i Życie. Przeciwieństwa. To mogłoby wyjść niesamowicie. No nie wyszło. I to bardzo. Zamiast epickiego love story jest nastoletni romansik pomiędzy dorosłymi. Przypominam, Hades jest Panem Podziemia, który żyje trochę lat, który wygrał wojnę, Persefona sprzeciwiła się samemu Zeusowi, wydudkała Hadesa, zmusiła go do gościny. A zachowują się jak młodziki, którzy robią podśmiechujki ze słowa “seks”. Zamiast tego używają słów typu “no wiesz”, niczym gimnazjaliści. Znaczy teraz to uczniowie szkoły podstawowej. To było tak krępujące dla mnie, tak momentami żałosne… Zwłaszcza że cały ten romans polegał na dogryzaniu sobie, jak w większości książek. Kto się czubi ten się lubi - chyba autorzy za bardzo lubią to powiedzenie. A taki dorosły, dojrzały związek byłby czymś niesamowitym. To nie, nie będzie go, bo się nie sprzeda. W teorii można to zaliNajbardziej wkurzało mnie to, że wiele rzeczy zostało potraktowane po macoszemu, bez wgłębiania się w temat, co niszczyło cały odbiór.

- Kiedy je rozsiewałam, byłeś jeszcze po tamtej stronie wredości.
- Cóż, to nie był subtelny gest z twojej strony. Kwiatowy odpowiednik psa obsikującego swoje terytorium.
      Persefona to typowa Mary Sue. Panna idealna, której się udaje wszystko. Jest potężna, ale oczywiście o tym nie wie. Użycie mocy? Wystarczy, że spróbuje raz czy dwa, że się skupi i wszystko się uda! No bo po co dorastanie do mocy, po co treningi. Przecież dajmy jej jak najwięcej mocy, by mogła być głową rebelii! Jej główną cechą była irytacja. I nie to, że irytowała się często, ale była irytująca. I to do granic możliwości. Zachowywała się jak typowa nastolatka z buntem w głowie. Fakt, większośc życia spędziła na wysoie z dala od wszystkich, więc nie była obyta, a do tego była młoda, ale ona została przedstawiona jako młódka w ten bardziej negatywny sposób. Zdecydowanie nie polubiłam jej.
      Hadesowi ucięto za to jaja. Serio. Nie mam tego potężnego wojownika, który włada kraina umarłych, lecz ciamajdę, który siedzi w domu i zajmuje się “kobiecymi”, jak na tamte czasy, rzeczami. Ba, nawet nie skończył ogarniać do końca swoich ziem, bo nie wiedział jak. To co to za władca?! Taki, który czeka na wybawienie, tym razem pod postacią Persefci, która z miejsca wykona jego zadanie. Ale wracając do Hadesa, zdecydowanie nie zostanie moim mężem książkowym. Oj nie. On nawet nie lubi walczyć. Taki tam pacyfista. I w teorii to nie jest nic złego, ale w tym zestawieniu nie kupuję tego!
      Postacie drugoplanowe potrafią dopełnić historię. Jednak nie tutaj. W tym przypadku każda z nich jest jednej cechy. Faceci są źli. Kobiety są beznadziejne bądź spoko,w zależności czy się buntują, czy nie. Jest jedna postać kobieta stworzona na zasadzie “nie słucham rozkazów, jestem wredna dla każdego, nie lubię nikogo” i w sumie tyle postaci różnorodnych. Cała reszta jest mdła, płaska i po prostu mam wrażenie, że robią za statystów w tym dramacie.

Wiecznie to samo. Starać się, dbać o siebie, wstrzymywać oddech i milczeć. Być doskonałą, byle zyskać więcej opcji, zwiększyć swoje szanse na zdobycie w miarę znośnego małżonka.
A potem doskonalić się w doskonałości, byle ów małżonek nie przestał być w miarę znośny, kiedy już staniesz się jego własnością.
      “Girl, Goddess, Queen” robi nadzieję na naprawdę dobry retelling mitu i Hadesie i Persefonie. A potem zostawia nas na gołym lodzie z tanim, nastoletnim romansem, z Mary-Sue oraz bezjajowym-Hadesem, którzy nie tylko nie przyciągają mnie do siebie, a wręcz odpychają. Fabuła, jeśli tylko wstawić innych bohaterów, mogłaby się obronić, lecz w tym zestawieniu jest zmarnowanym potencjałem, który rani moje serce. Retelling mitu nie tyle nie wyszedł jak powinien, co w ogóle nie wyszedł.
Mam wrażenie, że przeczytałam inną wersję niż wszyscy, bo większość opinii jest pozytywna, a mi się w ogóle nie podobała. Przeczytałam całość, bo miałam nadzieję, że w pewnym momencie to się jednak naprostuje. Cóż, zmarnowałam całe popołudnie na to. Ale wy nie musicie, bo zdecydowanie NIE polecam.

  Tytuł: Girl, Goddess, Queen
  Autor: Bea Fitzgerald
  Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 480
  Gatunek: fantastyka, romans, literatura młodzieżowa
  Rok wydania: 2023

11 sierpnia 2024

Czy wyczarowany po pijaku idealny facet, rzeczywiście jest idealny?, czyli "Do zakochania jeden urok" Ludka Skrzydlewska

      Przy recenzji książki Marii Zdybskiej “Pani Siedmiu Bram” wydało się, że byłam aktywna na Wattpadzie. I właśnie z tej platformy, oprócz Marii, kojarzę Ludkę Skrzydlewską. Uwielbiałam ją czytać, więc z miejsca ściągnęłam jej książki an Legimi, jak tylko dowiedziałam się, że wydała! Oczywiście, że fantastyka poszła jako pierwsza.

      Margo McKenzie stara się żyć przeciwnie niż rodzina. Pochodząca z jednego z największych rodów czarownic kobieta nie używa zaklęć i ogólnie stara się żyć niczym przeciętny człowiek. Wszystko się wali, kiedy po pijaku postanawia dla zabawy udać, że rzuca czar przywołujący ideał faceta. O dziwo, taki ideał już wkrótce pojawia się w jej życiu, a na dodatek wykupuje dom naprzeciwko posiadłości rodzinnej McKenzich. Klątwa ciążąca na sąsiednim budynku daje o sobie znać, powodując niemałe kłopoty.

Musiałam o siebie walczyć, bo nikt inny nie zamierzał robić tego za mnie.
      Może to dziwne, ale z jednej strony kompletnie nie wiedziałam czego oczekiwać oraz miałam wielkie oczekiwania co do tej pozycji. Pamiętałam mniej więcej styl pisania autorki z Wattpada i to, że często była w tak zwanej topce. Była rozpoznawalna na grupach, a jej powieści były naprawdę dobre jakościowo. To nie była tandeta, jaką często można tam spotkać. To była perełka. I dlatego trzymałam kciuki, żeby to okazało się dobre. I nie zawiodłam się! O rajuniu, jakie to było dobre i zaskakujące. Styl pisania połączony z elementami tam występującymi przyprawiał mnie o mindfuck.
      Ale od początku. Fabułą jest w miarę prosta. Margo nie używa czarów, prawie odcina się od tej części świata (nie od rodziny, kocha ją, odwiedza, ale nie ma zamiaru używać magii), żyje niczym zwykły śmiertelnik i tak się jej życie kręci. Ma przyjaciół, randkuje, więc we wstępie dostajemy z pozoru znajomy świat, gdzie magia nie występuje. Cały ten fantastyczny płaszczyk jest na nas zakładany stopniowo i jednocześnie z hukiem. No bo tutaj dla jaj rzuca zaklęcie, wierząc, że to nie zadziała, a niedługo później widzi rezultaty czaru, jednocześnie nie dopuszczając do siebie myśli, że ten czas zadziałał. I takie pokazanie “hej, patrz, czary działają, istnieją” połączone z faktem, że laska rzuciła naprawdę srogie zaklęcie po latach nieużywania jest troszkę jak szklanka wody. I to początek wszystkiego.
      Całość jest utrzymana w takim stylu przyjaznym, mogę wręcz powiedzieć, że uroczym. Przez cały czas ten styl okrywał mnie kocykiem, tulił do siebie, głaskał po główce i wmawiał mi, że nic złego się nie stanie. No bo jak miałoby się stać, przy tak słodkiej powieści? No cóż… Lekkość, z jaką napisana została ta książka, przyprawia mi o zazdrość, bo też bym tak chciała! Jedno co mi zabrakło, to odrobiny więcej opisów terenów. Akcja dzieje się w Szkocji, a zabrakło mi tego szkockiego klimatu. I to autentycznie jedyny minus, jaki bym dała tej książce.
      Patrząc na to, że jest to romans paranormalny, to pomimo przyjemnego i uroczego stylu, nie można nazwać tej książki typowym romansidłem o Fiu Bździu. Wręcz przeciwnie. Autorka stworzyła balans pomiędzy uczuciową częścią powieści, a innymi wątkami tak, by nic nam się nie przejadło, oraz by wyszło jak w prawdziwym życiu, trochę tego, trochę tamtego. I też jestem zachwycona tym, że z każdą kartką, z każdym rozdziałem, historia staje się coraz bardziej mroczniejsza, nie tracąc nic z uroczego stylu pisania. Taki misz masz powodował u mnie mindfuck, ale jednocześnie bardzo mi to odpowiadało.
      A już zakończenie, to rozwaliło mi mózg, złamało, zgniotło i zdeptało serce, a na koniec wycisnęło łzy. Nie byłam na to gotowa! Siedziałam i patrzyłam się jak wół w malowane wrota i nie mogłam uwierzyć co ta Ludka odwaliła!

Czasami bywa tak, że godziny upływają w mgnieniu oka, zwłaszcza gdy robimy coś ciekawego albo jesteśmy zajęci. A czasami sekundy zdają się ciągnąć jak guma, trwać w nieskończoność, każąc nam wciąż i wciąż przeżywać to samo przerażenie i tę samą bezsilność.
      Margo jest… Sobą. Tak zwyczajnie sobą. Próbuje być przeciętnym człowiekiem, jednak przy jej rodzinie średnio to wychodzi. Chce kochać i być kochana. Chce unikać problemów. Chce żyć po swojemu. I mimo to włazi tam, gdzie nie powinna, jest ciekawska i czasami powoduje problemy. Jednak najbardziej w jej charakterze podoba mi się fakt, że bierze odpowiedzialność za swoje czyny. Może nie tak jak powinna, nie chcąc za bardzo prosić o pomoc, ale jednak stara się naprawić wszystko. Bardzo jej kibicowała, czy w znalezieniu miłości, czy w sprawie z magią. Czułam się jak koleżanka Margo, wspierająca ją na dość trudnym etapie życia.
      Cała rodzina McKenzich jest specyficzna. To zbiór różnorodnych charakterów, silnych osobowości, wspaniałych kobiet, które twardo stąpają po ziemi. Strasznie przyjemnie mi się czytało sceny z ich udziałem, bo nie wiedziałam często czego się spodziewać I tu nie chodzi tylko o starsze babcie czy ciotki, lecz też o młodsze kobiety, kuzynki Margo, które w młodym wieku wybierają sobie magię do nauki (a raczej trochę magia wybiera ich), a ich charaktery się kształtują już w określony sposób.

      Do zakochania jeden urok to świetna odskocznia od życia codziennego. Połączenie uroczego, trochę nawet cukierkowego stylu z mrocznymi scenami dało mi powiew świeżości i sprawiło, że bawiłam się fenomenalnie. Główna bohaterka nie należała do tych irytujących, chociaż miała czasami swoje słabsze momenty, to jednak była przyjemną kompanką do czytania. Jednak najlepszy kąsek, oprócz Theo oczywiście, to była rodzina McKenzich. Kwintesencja worka charakterów. Chyba wszystkie cechy jakie istnieją ukazują się właśnie w tych kobietach. I to one dodają humoru fabule, która sama w sobie jest bardzo przyjemna. niezbyt skomplikowana, ale potrafiąca zaskoczyć w kilku momentach.
Przeczytałam to chyba w jeden dzień, aż sama byłam w szoku. Polecam każdemu, kto szuka czegoś lżejszego, a chce spróbować coś od rodzimych autorów. Bo właśnie tą książką Ludka sprawiła, że będę czytała wszystko, co ona napisze!

  Tytuł: Do zakochania jeden urok
  Seria (tom): Czarownice z Inverness (1)
  Autor: Ludka Skrzydlewska
  Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
  Liczba stron: 480
  Gatunek: fantastyka, romantasy, romans
  Rok wydania: 2023

6 sierpnia 2024

Małe, ale słodkie i uroczo leśne, czyli "Kto tu mieszka? W lesie"

      Tę książeczkę otrzmałyśmy w prezencie i musze przyznać, że jestem nią zachwycona.

      Książeczka zawiera same obrazki z dosłownie jednym zdaniem na stronie, opisującym dane zwierzątko. Co jest fajne, każde to zdanie opisuje coś, co można znaleźc na tym obrazku, więc nie tylko ammy nazwę zwierzęcia, lecz do tego jakąś cechę. Wiewiórka zbiera żołędzie? Mamy i narysowane żołędzie. Dzik pilnuje warchlaków? Mamy i dzika, i warchlaczki. Zdania są skonstruowane w prosty sposób, który z łatwością dziecko zrozumie, a nawet może w pewnym wieku już powtarzać niektóre słowa. Dzisiaj moja starsza córka chodziła z tą książeczką po domu i wołała "WILK, WILK!". No i oczywiście ksiażeczka była otwarta na stronie z wilkiem.

     Jeśli chodzi o obrazki, są przeurocze! Narysowane w bajkowy, uroczy spodób, ale jednocześnie oddający rzeczywistość. Nie da sie pomylić co ine przedstwiają, co jest zdecydowanie na plus. I pomimo, że są malutkie, zawieraja dośc sporo szczegółów. Coś czuję, że jeszcze trochę zagości ta książeczka w zabawach, a potem poczeka na młodszą córkę.

  Tytuł: Kto tu mieszka? W lesie
  Opracowanie: Anna Podgórska
  Wydawnictwo: Aksjomat
  Liczba stron: 16
  Gatunek: dla dzieci
  Rok wydania: 2023

4 sierpnia 2024

Idziemy na wojnę! Mamy ze sobą bestie! czyli "Wojna dwóch królowych" Jennifer L. Armentrout

      Jak kończyć serię, to idziemy dalej. Czwarty tom i mam nadzieję, że będzie lepiej. Naprawdę mam nadzieję, że zepsucie bohaterów było chwilowe.

      Casteel jest w niewoli, a Poppy zbiera siły, by go odbić. W tym samym czasie Isbeth próbuje złamać Casteela, udowadniając, że jest nieodpowiednim mężem dla jej córki, czyli naszej Panny/Królowej. Gdy armia nadchodzi, mieszkańcy mają dwa wyjścia. Poddać się i przeżyć, bądź walczyć i zginąć. A to wszystko w imię miłości i pokoju.

-Trzy sprawy- oznajmił Reaver, podnosząc trzy palce- po pierwsze potrzebuję odpoczynku, bo bez tego robię się zrzędliwy.
-A gdy nachodzi mnie zrzędliwość, lubię podpalać różne rzeczy, a potem zjadać.
- Po drugie nie napadli na nas jacyś przypadkowi Gyrmowie, których można ot, tak sobie przywołać, żeby spełniali twoje zachcianki. Jak już mówiłem to byli Wartownicy.
Reaver trzymał w górze jeden palec. [....]
Casteel zmróżył oczy. - Czy możesz, proszę, przestać pokazywać Kieranowi środkowy palec?
- Tak naprawdę pokazywałem go wam wszystkim, ale co tam".
      Już mówiłam, że autorka ma talent co do zakończeń z przytupem. I tak samo było z trzecim tomem. Pomimo swoich wad nie mogłam powstrzymać się od sięgnięcia po kolejną część. Musiałam wiedzieć co było dalej. Miałam wielkie oczekiwania. Bo chociaż przez trzy tomy jakość miała tendencję spadkową, to jednak zawsze mam nadzieję, że będzie lepiej. No i się nie doczekałam tego lepszego. Borze zielony szumiący za oknem, jak ja się wkurzałam na tę książkę. Ale na sam początek mogę podzielić książkę na dwie części, bez Casteela i z Casteelem.
      Pierwsza połowa była dla mnie nudna. Po prostu nudna. Poppy przygotowuje się do wojny, jeździ, szuka sojuszników, “podbija” miasta, w większości jednak planuje, myśli i gada, co jest zwyczajnie w świecie nudne. Fakt, Popcia dostała swój solowy czas na antenie, ale nie wykorzystała go w pełni. Miała wręcz okazję, by “naprawić” niektóre osoby jak Kieran (mówiłam o psie na posyłki w poprzednim tomie? Mówiłam!), lecz to się nie udało. Ba! Nawet nie poczułam, żeby to było zaczęte.A mogę nawet posunąć się dalej, że znowu stracił na charakterze. Jednak pojawił się plus. Rudowłosa zaczęła myśleć samodzielnie, zaczęła coś kombinować, rozwijać się! Jej świat nie krążył wokół seksu z mężem, więc mogła się skupić na czymś innym i wyszło jej to na dobre. Bo właśnie, drugim plusem był ten brak seksu. O borze, jak dobrze się to czytało bez wszędobylskich scen łóżkowych (i innych meblowych), czy co chwilowych zapewnień miłości. I jak w życiu uwielbiam mężowi mówić co 5 sekund, że go kocham, tak w książce nie potrzebuję takich zapewnień co chwilę z ust bohaterów. Rozumiem to, raz na kilka stron starczy. Nie trzeba mi przypominać praktycznie co stronę.
Druga zaś połowa… Ta z Casteelem… Pierwsze co, to seks. Ojej, jesteśmy w niebezpiecznym miejscu? Chodź się bzykniemy. Jestem ledwo żywy, ranny? Bzykanko! Miałam wrażenie, że autorka chciała nadrobić te pół książki bez seksu w tej połowie. Naprawdę miałam dość. To było tak irracjonalne, jak durne, że głowa mała. Plus było ciągle mówione, że będzie jakaś kontrowersyjna scena. Wiem o która chodzi i… Ona kontrowersyjna? Raczej naciągana jak płachta na żuku przy pełnym załadunku. Autentycznie miałam myśli “aha, a więc to tak, tego wam zabrakło… no dobra, skoro musicie”. No ale przecież miał być jeszcze wielki finał, który powinien mi to wszystko wynagrodzić. Słowo klucz “powinien”. Oprócz ostatnich scen i pewnej informacji (której można się domyślić czytając poboczną serię) to była jedynie bardzo powierzchowna wojna. Nie odczuwałam żadnych emocji związanych z oczekiwaniem czy walką.
      To już czwarty tom, a wszystko się powtarza. Czułe słówka są te same, tak samo jak wszędobylski, wciskany momentami na siłę seks. Schematy się pojawiają te same, jedynie z innymi postaciami. Mam wrażenie, że to wszystko to już było, że autorka skupia się jedynie na wątku erotycznym (który momentami kartkuję, bo ileż można? I do tego jakościowo on nie idzie ku górze), zamiast wymyślić coś fabularnie nowego. Do tego mając za sobą już tyle serii przeczytanej, mogę powiedzieć tylko jedno. Połowę można wywalić, a treść nie straci, a wręcz zyska. Naprawdę. Jakby wziąć te cztery części i wyrzucić wszystko co zbędne, te powtarzające się przemyślenia, co drugą scenę seksu, niektóre wyznania miłości, to seria zajęłaby pewnie ze dwa tomy, albo nadal cztery, lecz objętościowo każda część byłaby o połowę mniejsza. I to zdecydowanie świadczy o tym, że Jennifer Armentrout potrafi momentami lać wodę niczym uczeń w wypracowaniu.
      W tym całym tomie słoneczkiem okazał się Reaver. Miałam wrażenie, że to jedyna postać z charakterkiem, ciętym językiem i osobowością godną zapamiętania na dłużej. I zdecydowanie zdeklasował Kierana w konkursie o tytuł mojego ulubieńca. No wybaczcie, ale taka prawda. Piesek na posyłki kontra złośliwy smoczuś. Oczywiście, że wygra ten drugi!

- Potrzebna mi tylko jakaś broń - ciagnął Malik [...] - Dowolną. Jestem gotów przyjąć nawet zaostrzony patyk.
- To zabawne, ale cały czas mam wrażenie, że coś słyszę. [...] Jakiś kurewsko irytujący głos pieprzy w kółko to samo.
- Mogę dostać miecz? [...] Mogę dostać sztylet? Mogę dostać patyk?
      Jak już wspomniałam, Poppy w tym tomie trochę się rozwinęła. Już nie była w cieniu Casteela, nie musiała co chwilę się z nim kochać czy wyznawać mu miłość czy myśleć o nim. Jej głowa była pozbawiona głównego rozpraszacza i mogła wreszcie być królową, którą chciała zostać. Miała okazję poprowadzić swoich ludzi na przeciwników, jednocześnie będąc miłosierną i empatyczną. I to jest na plus, jednak jej całokształt okazał się nudny. Jeszcze autorka zrobiła coś, czego zawsze się czepiam. Poppy dostawała nowe moce, umiejętności i praktycznie ich nie ćwicząc osiągała w nich wysoki poziom. Halo! Tu się pojawia powoli Mary Sue! Nie o taką bohaterkę nic nie robiłam!
      Postać, która w miarę mi się podobała, to była Isbeth. Została stworzona jako ta zła i wręcz fenomenalnie się sprawdziła. Nawet momentami pokazywała serce jako matka czy kochanka. Widać było, że nie urodziła się po prostu zła, tylko życie ją taką poniekąd stworzyło. Nie kibicowałam jej, bo oczywiście zrobiła zbyt wiele złych rzeczy, lecz cieszyłam się, że chociaż przeciwnik był odpowiednio zrobiony.

- Mogę ich po prostu spalić.
Obróciłam głowę ku Reaverowi.
- Nie.
- Ale to szybki sposób.
- Absolutnie nie ma mowy.
      Czytając jakąś serię, ma się nadzieję, że będzie coraz lepiej. Niestety, lecz w tym przypadku było coraz to gorzej z każdym tomem. Tytuł brzmi “Wojna dwóch królowych”, lecz zamiast jakiejś epickiej walki otrzymałam namiastkę, a wręcz mogę powiedzieć, że parodię wojny. Bitwa w świątyni, podczas której odbyło się pewne zdarzenie nie można nazwać wojną. “Podboje” i planowania oraz rozmyślania Poppy to nie wojna. W tytule zamiast wojny powinno być słowo konflikt. Bardziej by pasowało. Ale nadal, to wszystko co dostałam, było nudne! Bardzo nudne, dlatego cieszę się, że szybko się to czytało i nie mordowałam się niewiadomo ile. Polecałabym rzucić tę serię po drugim tomie, jednak tutaj pojawia się Reaver, a dla niego warto przeczytać. Nie dla Poppy i Casteela, którzy jak tylko się spotykają, to uprawiają seks, nie dla Kierana, który nadal jest pieskiem na posyłki, a właśnie dla tego smoka, który staje się Słoneczkiem tego zawodu czytelniczego.

  Tytuł: Wojna dwóch królowych
  Seria (tom): Krew i popiół (4)
  Autor: Jennifer L. Armentrout
  Tłumaczenie: Justyna Szcześniak-Norberg
  Wydawnictwo: Muza
  Liczba stron: 735
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2023

20 lipca 2024

Nawet smoki potrzebują leczenia, czyli "Necrovet. Metody leczenia drakonidów" Joanna W. Gajzler

      Ostatnio wyrzucałam sobie, że nie kończę czytać serii, tylko zostawiam po pierwszym tomie, nawet jak mi się podobało. Dlatego wiedziona impulsem chwyciłam za drugi tom Necrovet.

      Florka czuje się w pracy już zdecydowanie pewniej, pomimo nieprzyjemnych wydarzeń z części pierwszej. Tym razem okolice nawiedziła plaga drakonidów! Florentyna, Bastian i Iza muszą nie tylko zaopiekować się stałymi bywalcami kliniki, lecz wyleczyć oraz złapać niektóre ze smoków. Nie jest to łatwe, kiedy smoki nie współpracują, kot rzuca przepowiedniami mącącymi myśli, a na ogonie siedzą im media.

Tyś niewinna jak nie obesrana łąka.
      Końcówka pierwszego tomu zaspoilerowała mi o czym będzie kolejna część, zanim jeszcze spojrzałam na tytuł bądź okładkę. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam, że to będą smoki. Akcja dzieje się niedługo po pierwszej części, dlatego wiele z światowych informacji się nie zmienia. Za to jednak już na wstępie mamy romans! Tak! Pojawił się zalążek romansu|! I to tak przeuroczego, że nie da się nie kibicować mu. Ale co do fabuły fantastycznej, nadal mamy fantastyczną obyczajówkę, z czego jestem w sumie zadowolona. Miło jest czytać coś innego niż zawsze i to dobrego! Tym razem głównym tematem są drakonidy. Byłam zachwycona, kiedy nie tylko były to takie klasyczne smoki, lecz różne rodzaje, jak aitwaras, smok-kogut, który siedzi na grzędzie i gromadzi skarby. A co najfajniejsze, smoki te nie są wymyślone w głowie autorki, lecz pochodzą z mitów i legend z różnych krajów! Fenomenalne wykorzystanie wiedzy, którą mamy pod ręką! W tym przypadku główną fabułą były smoki i widać było, że na nich się autorka bardziej skupiła, niż na innych stworzeniach. Właśnie w pierwszym tomie brakowało mi trochę myśli przewodniej, tak tutaj zostało to wszystko “naprawione”.
      Do tego fabuła zaczęła się rozrastać na naszych bohaterów. Trochę więcej dowiedziałam się o Izie, jak ma w domu, jaka jest. Jej obraz został zdecydowanie przybliżony. A dodatkowo zahaczone zostało o terapię Sebastiana i tego jakie miał i ma problemy. To równie ważny temat, który nie został zbagatelizowany. Autorka pokazała, że przez niekompetencję psychologów ludzie z łatwością mogą rzucić terapię, nawet jeśli ta jest im potrzebna.
      Naprawdę jednak podziwiam autorkę za jedno. Nie słodzi pracy jako weterynarz. Pokazuje, że ta praca może być wykańczająca psychicznie i fizycznie. Że czasami praca z klientami jest bezowocna, no chociaż dałoby się zwierzę wyleczyć, to niechlujstwo i ignorancja właściciela może doprowadzić do śmierci pupila. I jak zwykle autorka zachowała tu realizm, bo opisywała nie tylko spotkania ze zwierzakami, lecz też tą “nudną” część, jak przygotowywanie do zabiegu, sprzątanie, czy papierologia stosowana, a nawet zamawianie towaru z hurtowni (przedstawiciele niestety często potrafią zamawiać to, co oni chcą, a nie to, czego potrzebujemy, a przynajmniej w mojej pracy tak było i to było wkurzające). Widać, że wie o czym pisze!
      I tak sobie myślę, że ważnym tematem, który wstawiła autorka, jest relacja między ludźmi, a magicznymi. Ci drudzy, chociaż od ładnych kilku lat są “upublicznieni’, mają problem z odpowiednią opieką medyczną. I teraz trzeba się zastanowić, czy to dlatego, że nie lubimy nowości i wolimy się trzymać tego, co znamy, czy może boimy się tego, czego nie znamy? Bo ani jedna, ani druga odpowiedź mi się nie podoba. W tym przypadku centaur musiał przyjść rodzić do weterynarza. Nie do lekarza, chociaż to nadal pół człowiek, lecz do WETERYNARZA. No i te wszystkie magiczne stworzonka… Napisane zostało, że nieraz ludzie bywali odsyłani, bo w niektórych klinikach magicznych się nie leczyło, bo… są niebezpieczni. Nie znali ich budowy czy zachowań, ale trzymali się zasady magiczne = niebezpieczne. I takie nastawienie widać było u niektórych mieszkańców!

-Dzisiaj słyszałem, jak krzyczy na swoją córkę, bo ta chyba jej powiedziała, że ma się pozbyć Jagódki. „To nie żmija, żmiję żem czterdzieści lat temu na świat wydała!" - przedrzeźnił starszą panią. - "Żebym ciebie się nie pozbyła!".
      Co do bohaterów, jak zwykle myślę o nim ciepło. Każdy z nich się rozwinął względem części pierwszej. Poprzednie wydarzenia dały o sobie znać, co skutkowało bezsprzecznym rozwojem. I naprawdę się z tego cieszę! Każda postać musi się rozwijać, bo nabiera doświadczenia. Do tego weszliśmy głębiej w życie czy to Sebastiana, czy Izy. Każdy z nich odkrył przede mną coś, czego do teraz nie wiedziałam. Nawet Iza stała się bardziej ludzka, bardziej emocjonalna, kiedy nadeszła chwila w fabule ze szczurkiem. Naprawdę serce mi się krajało i aż byłam wściekła na właścicielkę zwierzątka, chociaż wiedziałam, że to wymyślona postać (a bo to jedna niestety taka istnieje w rzeczywistości?).

- Jedziemy poszukać rannego smoka.
- Dobra. To ja zadzwonię do kwiaciarni, żeby zaczęli robić wiązanki na wasze groby.
      Jestem zachwycona, jak z każdą kolejną częścią rozwija się fabuła, tak samo jak bohaterowie. Autorka cały czas trzyma wysoki poziom, wciąga w świat weterynarii i nie pozwala odejść. Pokazuje nie tylko te dobre, lecz i złe bądź smutne momenty w tej pracy, co da do myślenia każdemu czytelnikowi. I nadal, pomimo używania fachowego słownictwa wszystko można było zrozumieć, a do tego całość była napisana takim luźnym, przyjemnym, momentami zabawnym stylem. Każdy kolejny tom rozszerza nam budowę jak i faunę oraz florę stworzonego świata. Jednak tym razem mamy główną oś fabularną, która spaja wszystkie wydarzenia. Zdecydowanie do pochłonięcia na raz. Nie potrafiłam jej odłożyć na bok, tak bardzo chciałam czytać. Polecam!

  Tytuł: Necrovet. Metody leczenia drakonidów
  Seria (tom): Necrovet (2)
  Autor: Joanna W. Gajzler
  Wydawnictwo: SQN
  Liczba stron: 362
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2023

15 lipca 2024

Leczenie zwierzątek, nie tylko tych normalnych, czyli "Necrovet. Usługi weterynaryjno-nekromantyczne" Joanna W. Gajzler

      Nawet nie pamiętam jak to się stało, że usłyszałam o tej książce. Na Facebooku? Ktoś mi powiedział? Nie mam zielonego pojęcia. Ale to były czasy premiery pierwszego tomu. Trochę sobie poczekało, aż wreszcie się za to ruszyłam.

      Florentyna Kuna, przez wszystkich nazywana Florką, ucieka z miasta na wieś, by w spokoju i bez wielkomiejskiego pośpiechu pracować w klinice weterynaryjnej zajmującej się magicznymi stworzeniami. Jednak magia nie kończy się tylko na zwierzętach, ponieważ szefową Florki jest nie tylko nekromantka, lecz jednocześnie nieumarła-licz, a partnerem w pracy faun. Cała ta mieszanka przyprawia Florkę o zawrót głowy jak i niebezpieczne historie.

Czy pytanie o nieumarłość było równie nie na miejscu co wypytywanie o rasę i narodowość?
      Jestem przyzwyczajona, że w fantastyce fabuła musi dokądś bieg, na samym końcu czeka nas ekscytujące, bądź straszliwe przeżycie. I właśnie tak się nastawiałam, czytając pierwszy tom Necrovet. Byłam szczerze zdziwiona, że całość nie skupiała się na dążeniu do jednego celu. W teorii główna linia fabularna była obrana, jednak była na tym samym poziomie co cała reszta, nie przebijała się ponad, tylko po prostu ciągnęła się przez całą książkę. I dopiero w połowie książki doszłam do wniosku, że nie powinnam traktować tej pozycji jako typowej fantastyki, tylko jako fantastyczną obyczajówkę. No i wtedy wszystko się wyjaśniło. Idealnie to pasuje.
      Sama fabuła skupia się przede wszystkim na różnych przypadkach chorych zwierząt, czy to normalnych, czy magicznych, przeplatana życiem prywatnym głównej bohaterki. Wszystko jest tak wyważone jak w życiu realnym. Większość czasu zabiera nam praca, a potem dopiero czas wolny. A jeśli chodzi o pracę, nie powiem czy jest opisana realnie, czy też nie, nie znam się na tym, jednak bez problemu mogłam się wczuć w klimat leczniczy i nie raz miałam sny o byciu technikiem weterynarii właśnie po przeczytaniu Necrovet. Jeśli chodzi o medyczne sprawy, znalazło się dość sporo zwrotów, których na początku nie rozumiałam, stanowiły zawodowy język, lecz nie musiałam wyszukiwać co to oznacza, domyślałam się z kontekstu. Takie zabiegi sprawiły, że książka była rzeczywista, prawdziwa. Poza tym sprawiały, że wraz z logiczną fabułą ksiązka była sensowna. Najbardziej jednak podobała mi się konsekwentność w książce. Wszystko z czegoś wynikało, miało na coś wpływ, nie pozostawiano niczego samemu sobie. Dzięki czemu książka była dopracowana na ostatni guzik.
      Zauważyłam jednak jeden bardzo ważny aspekt. Autorka porusza temat mobbingu. Nie spłyca go do paru krzyków od szefa, lecz poważnie podchodzi do tematu, rozpisując go ładnie i traktując z szacunkiem. Wszak czasami wystarczy jedna głupota, by ofiara takiego wstrętnego zachowania odmówiła składania zeznań. Naprawdę należą się ogromne brawa za podejście do tematu.Takie tematy ciężko poruszać, by nie wyszło, że się bagatelizuje bądź spłyca, dlatego naprawdę się cieszę, że autorka dołączyłą do grona, którzy naprawdę wykonują dobry research.
      Ważne też było pokazanie nie tylko pozytywów pracy ze zwierzętami. Bohaterowie mieli lepsze i gorsze przypadki. Czasami udawało się wszystko ot tak, a czasami było tak źle, że nic nie można było zrobić. W tym zawodzie wszystko jest możliwe i właśnie to zostało przedstawione. Ale cieszę się, że te smutne przypadki nie zostały wykorzystane jako napęd do fabuły, by wprawić Florkę w odpowiedni stan, który autorka akurat potrzebowała, lecz stanowiły normalność w pracy.

-To kto tam przyjmuje pacjentów?
- Techniczki. I leczą też. Chociaż "leczą" to dużo powiedziane, w każdego zwierzaka ładują na dzień dobry antybiotyk, z czymkolwiek by przyszedł, i wymyślają jakieś duby smalone. - Prychnął.
- Piesek kaszle? Antybiotyk w dupę i do domu. Kotek rzyga? To samo. Królik od trzech dni nie je i nie bobczy? Sok z ananasa do paszczy i antybiotyk w dupę!
      Jeśli chodzi o bohaterów, to jestem nimi zauroczona. Florka to pozytywnie nastawiona, młoda dziewczyna. która pragnie zmienić świat, dlatego zaczyna od siebie i ucieka z miasta na wieś. Jest zwyczajna, nie zgrywa kogoś, kim nie jest i tym mnie właśnie kupiła. Podobało mi się to, że bohaterka zachowuje się odpowiednio do tego, co przeszła. Ma za sobą historię z mobbingiem, przez co jest niepewna siebie, nie wierzy we własne umiejętności i to jest logiczne i odpowiednio przedstawione oraz uargumentowane. Po prostu autorka stworzyła rzeczywistą i realną postać, która zachowywała się adekwatnie do charakteru oraz historii. I właśnie to stanowiło źródło mojej miłości do niej. Co jest też piękne, Florka uczy się na swoich błędach, dorasta, rozwija się na stronach książki.
      Postacie drugoplanowe pojawiają się praktycznie na każdej stronie. I chociaż nie są głównymi bohaterami, a mogłyby być, są pełne charakteru i indywidualności. Bastien jest uroczym faunem, który kiedy umie, pokazuje rogi. Jest przesympatyczny, no nie da się go nie lubić. Iza jest liczem i nekromantką, a jej charakter to oddaje. Wydaje się być sztywna, bez humoru, bez możliwości ukazywania emocji, jednak jest podkreślone, że na swój sposób się cieszy, pokazuje zdenerwowanie, szczęście czy smutek, ale na swój własny sposób, nie jak zwykli ludzie. Czy nawet ciotki Florki są przedstawione na swój sposób. Bo chociaż ich jest mało, trudno je zapomnieć. Są fenomenalne!
      Każda z tych postaci wnosi coś do historii, do rozwoju innej postaci (każdej, nie tylko Florki, bo tutaj każda postać rozwija każdą, jak w życiu realnym na wsi, każdy oddziałuje na każdego). Nawet jeśli nieświadomie, mają na siebie wielki wpływ.

Jest kiepsko zakonserwowana. Tak to się kończy, gdy za wskrzeszanie biorą się partacze. Utrzymanie jej w tym stanie wymaga sporo wysiłku.
      Necrovet nie jest typową fantastyką. Nie dąży do epickiej walki czy rozwiązania magicznego morderstwa. Trzeba podejść do tej książki tak, że jest to fantastyczna obyczajówka. Z takim podejściem można się świetnie bawić! Genialni bohaterowie, spokojna, ale wytrwała akcja i magiczne zwierzęta łączą się i tworzą sukces, który przyciągnął mnie do siebie. Bardzo, ale to bardzo przyjemnie napisana, prostym, ale nie prostackim językiem, pomimo specjalistycznego języka. Jedyne czego chciałam, to ciągu dalszego. Wciągnęłam się od razu. No i przyznam się, że bardzo polubiłam Sebastiana. Też miał swój udział w tym, że nie mogłam się oderwać od lektury. Mam nadzieję, że i was on zatrzyma!

  Tytuł: Necrovet. Usługi weterynaryjno-nekromantyczne
  Seria (tom): Necrovet (1)
  Autor: Joanna W. Gajzler
  Wydawnictwo: SQN
  Liczba stron: 320
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2023

13 lipca 2024

Romans bez romansu, czyli "Wampirzyca i Wiedźma" Francesca Flores

      Czerwiec jest miesiącem dumy, dlatego też zdecydowałam się przeczytać książkę z reprezentacją LGBTQ+. Wybór padł na "Wampirzycę i Wiedźmę" od Francesci Flores, zwłaszcza, że gdy tylko widziałam informacje o tej pozycji w social mediach, główną “atrakcją” miała być miłość kobiety do kobiety. No i właśnie to sugerowała również okładka. Oj zdecydowanie mogłam wybrać lepiej.

      Kiedy dwa lata temu wampiry przebiły się do miasta, Kaye straciłą matkę, a Ava została przemieniona. Od tej pory przestały być najlepszymi przyjaciółkami. W tej chwili ich marzeniami jest kolejno zostać Wiedzącą Płomienia i uciec z miasta, czyli zupełnie różne. Jednak ich losy zostały na nowo splecione i mogą sobie wzajemnie pomóc, bądź zaszkodzić, to od nich zależy jaką decyzję podejmą. Wyruszając we wspólną podróż mogą się wzajemnie zdradzić, albo dać szansę pojawiającej się miłości.

Pierwsza wampirzyca nauczyła się, jak tworzyć nowe życie, z potrzeby, by nie być samotną.
      Naprawdę nastawiałam się na dobry romans kobiecy pomiędzy dwiema różnymi rasami, które może dzieli jakaś wojna, problem lub coś takiego. No cóż, jedyne co się spełniło, to nienawiść pomiędzy wampirami, a czarownicami. Czarodzieje, a raczej Wiedzący, jak nazywają ich w tej książce, odkąd pamiętają, polują na wampiry. Te zaś próbują wedrzeć się do miasta przez dziury w murze, by wyssać krew z mieszkańców. Sam ten motyw jest dla mnie świetny, można na nim stworzyć wiele genialnych historii. Jednak niewykorzystany pozostawia pewien smutek w sercu. Tak było w tym przypadku. Bo chociaż średnio lubię enemies to lovers, tak friends to enemies to lovers jest zaskakująco miłe w odbiorze.
      Ale wracając do fabuły… mogę ją podzielić na 5 etapów. Wstęp, wędrówka po lesie, miasto, wędrówka po lesie, finał. Borze zielony szumiący za oknem, to było takie nudne. Jeszcze wstęp dawał nadzieję, że może to wszystko pójdzie w fajnym kierunku, odbędzie się coś ciekawego, jednak pierwsza wędrówka po lesie zabiła tę nadzieję. Niby coś się działo, ale głównie gadanie. I praktycznie zero romansu! Miałam nadzieję, że szybko bohaterki dojdą do celu, żeby rozruszać akcję. Coś się ruszyło w mieście, była większa akcja, ale miałam wrażenie, że została ucięta za szybko. Zdecydowanie miała potencjał, ale niewykorzystany, byle tylko przejść do kolejnej wędrówki po lesie, która niby coś więcej niż nudę zawierała, ale nadal to nie było to, czego oczekiwałam. Nie wiem jak dokładnie to określić. Najchętniej wykrzyczałabym prosto w książkę “DAJ MI WIĘCEJ, MOCNIEJ, BARDZIEJ”. Właśnie tego mi zabrakło. Tak jedynie mogę to opisać. Dopiero zakończenie dało mi zastrzyk jakichkolwiek emocji. Wreszcie coś się zadziało! I chociaż cały plot twist mi się podobał, to jednak nie ratował sytuacji całej fabuły.
      Największym plusem tej książki jest prosty język oraz fakt, że szybko się ją czyta. I to w sumie tyle. Minusem jest nuda. Wynudziłam się strasznie. A co gorsza, to miał być romans pomiędzy kobietami, a romansu tam praktycznie nie ma! Kilka linijek rozważania, że coś się do siebie może czuje, dosłownie parę buziaków i tyle. Koniec. Kropka. To nie romans. To podchody albo buziaki nastolatek, bo w sumie bohaterki nimi są. I pod tym względem naprawdę się zawiodłam!
      Jeśli chodzi zaś o budowę świata, to jakiś zalążek był. Autorka powiązała parę informacji, stworzyła historię powstania wampirów i praktycznie na tym się zamknęła. Wszystko szyte grubymi nićmi, a ja patrzyłam, czy to się nie rozwala. Logika tego świata trzymała się na słowo honoru. Nawet czytając finał nie do końca ogarniałam o co chodziło w przeszłości i czy to ma sens. Bo dostając ochłapy panteonu i wierzeń nie da się domyśleć czy chociażby wczuć się w to, co tam się działo. Po prostu potraktowanie tworzenia świata po macoszemu przyniosło gorzkie plony.

Słabe bicie jej serca rozbrzmiewa w moich uszach głośniej niż jakikolwiek inny dźwięk.
      Ale jeszcze bardziej zawiodłam się patrząc na bohaterki. Ava, jako wampirzyca, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Niby taka odważna, taka waleczna, z dobrym sercem, ale jak widziałam ją w książce, wydawała się nijaka. Nie wydobywała ze mnie żadnych emocji. Po prostu była kolejną bohaterką, która miała wyższy cel i za wszelką cenę chciała go osiągnąć. Cały czas powtarza, że ona niewinna, nikogo nie skrzywdziłą, nie zabiła, jak katarynka. Strasznie irytujące to było. Takie kreowanie postaci na dosłownie biały charakter.
      Z drugiej strony była Kaye. Ona miała trochę więcej charakteru, ponieważ pragnęła pójść w ślady matki. Całe życie wierzyła, że wampiry są złe i trzeba je tępić i właśnie tym kierowała swoje życie. Dosłownie zafiksowała się na tym i nie dopuszczałą do siebie żadnej innej informacji. Miałam wrażenie, że jedynie rzucenie jej informacjami w twarz sprawi, że zacznie myśleć inaczej niż “wampir = zło”. Ciągłe powtarzanie, jacy to Wiedzący są wspaniali, jak chce zostać pełnoprawną Wiedzącą, chce zabijać wampiry, że trzeba ich wybić było równie irytujące, co wybielanie się Avy. Jedna laska warta drugiej, dosłownie. Tylko tutaj tę odwagę było chociaż trochę widać. Tutaj coś się ruszyło, ale nie za wiele, więc jej charakter był równie miałki i nudny.
      O bohaterach drugoplanowych nie ma co mówić. Postacie jedno, maksymalnie dwucechowi, charakteryzujące się byciem płaskim niczym deska. Praktycznie zero osobowości, zaplecza fabularnego, historii czy doświadczenia. No po prostu tu i teraz, po co więcej. A właśnie to reszta postaci tworzy tło, jak i ubarwia historię.

Za każdym razem, gdy widziałaś, jak wyglądam przez okno na poddaszu... To ciebie szukałam.
      Powiem szczerze tak, jestem strasznie zawiedziona, ponieważ dostałam romans bez romansu, ze słabo rozwiniętym światem, irytującymi i nudnymi bohaterkami i ładną okładką. Chociaż szybko się czyta, to większość historii jest nudna i przewidywalna, oraz polega na chodzeniu przez las. Niewykorzystany potencjał sprawił, że świat ledwo trzyma się praw logiki, marne ochłapy informacji o jego konstrukcji spowodowały trudności w zrozumieniu finału, a kompletnie nic nie sprawiło, bym ekscytowała się jakimkolwiek wydarzeniem, które miało tam miejsce. Wszelkie hasła, że to romans pomiędzy kobietami to tani chwyt marketingowy, bo niestety, ale tej tematyki na naszym rynku brakuje. Nie ma co jednak brac pierwszą lepsza pozycję, lepiej poczekać na coś konkretniejszego, co będzie miało ręce i nogi. Brakowało mi tu wszystkiego. Dosłownie wszystkiego. I chociaż sama książka ładnie wyglądałaby na półce, nie polecam do czytania. Oj nie.

  Tytuł: Wampirzyca i Wiedźma
  Autor: Francesca Flores
  Tłumaczenie: Maria Niezgoda
  Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
  Liczba stron: 416
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2023

5 lipca 2024

Kiedy dwójka przeobraża się w trójkąt, wiadomo że to tłok, czyli "Foxglove" Adalyn Grace

      Za drugi tom wzięłam się praktycznie po pierwszym dzięki dostępności na Legimi. Co ja bym bez niego zrobiła… W każdym razie, bałam się trochę, że serię dopadnie syndrom tomu drugiego. I cóż, trochę miałam rację.

      W tomie drugim mamy do czynienia z morderstwem. Wuj Signy, Elijah, zostaje oskarżony o zabójstwo, a nasza bohaterka znowu musi dowiedzieć się prawdy i uratować rodzinę. Do tego na horyzoncie pojawia się Los, brat Śmierci, który chce rozdzielić zakochanych i zemścić się na swoim rodzeństwie. W całym tym zamieszaniu nie brakuje również Blythe, która po “tajemniczej chorobie” z tomu pierwszego wraca do socjety i próbuje żyć dalej.

Los był głupcem, jeśli myślał, że ona mogłaby porzucić Śmierć. Jej miłość była jak zima, niezachwiana i wszechogarniająca. Była stała jak lato i dzika jak sama natura.
      Wprowadzenie Losu na koniec pierwszego tomu dało mi małego mindfucka oraz wskazało kierunek, w jakim może podążyć seria. Nie wiedziałam tylko, czy braciszek naszego Śmierci będzie tym dobrym, czy wręcz przeciwnie, będzie głównym antagonistą. No i nie zdziwiłam się, kiedy Los okazał się zły. Cóż, można się było tego spodziewać. Jednak zaskoczeniem było dla mnie powód tego, że Los jest wrogiem. To, jak potoczyła się przeszłość braci była dla mnie zaskakująca i czymś nowym w porównaniu z tym, co czytałam.
      W każdym razie bardzo, ale to bardzo spodobało mi się jak autorka nie dała mi ani chwili na wytchnienie czy odpoczynek. Prosto z pierwszego tomu wpadamy w akcję i praktycznie od razu morderstwo. Wprowadzenie do świata? Przypomnienie sobie fabuły poprzedniej części? A gdzie tam. Dostałam morderstwo na twarz i musiałam się z tym zmierzyć! Akcja działa się za akcją, jedynie momentami przerywana spokojem, by złapać oddech. Tutaj w teorii mamy mniej zdarzeń z socjetą, Signa nie dąży uparcie do zamążpójścia, ponieważ może już dysponować nie tylko swoim majątkiem, lecz i posiadłością. Fakt, musi poznać mieszkańców okolicy jej domu, wydać bal, by się pokazać jako Pani na Włościach, lecz to wszystko ma drugie dno. Nie chodzi już o szlachtę, dobrze urodzonych czy kandydatów na męża, lecz o rozwiązanie problemu. Każde zdarzenie, każda akcja przeplata się ze sobą, tworząc łańcuch reakcji. I tylko Signa może nakierować końcowy wybuch.
      Nowością dla mnie była perspektywa Blythe. Do teraz została mi ona przedstawiona jedynie przez Signę, a tutaj wchodzimy do jej umysłu, możemy dowiedzieć się, co się dzieje w dwóch różnych miejscach w kraju, nie ograniczając się do terenu, gdzie przebywała Signa. To też było całkiem dobrym zabiegiem, ponieważ mogłam poczuć emocje, jakie towarzyszyły Blythe, kiedy ta dowiadywała się całej prawdy. Co innego dorastać w wiedzy, że ma się jakiś związek ze śmiercią, a co innego dowiedzieć się, że kuzynka ma nie tylko moce Śmierci, lecz i się z nią kontaktuje. Takie wrzucenie na głęboką wodę było zdecydowanie potrzebne. A patrząc na to o czym będzie kolejny tom, było to fenomenalne przygotowanie.
      Jak w pierwszym tomie, tak tutaj plot twist był trochę z dupy. Może utraciłam zdolność dedukcji bądź zgadywania sprawcy/rozwiązania, lecz czytając końcówkę z jednej strony była trochę rozczarowana, że nie dostałam więcej wskazówek i nie rozgryzłam tego sama (nadal twierdzę, że było ich za mało, by na spokojnie się wszystkiego domyślić), lecz z drugiej strony trochę skleiło to moje zranione serduszko i dało nadzieję, że kolejna część będzie prawdziwa bombą. Niestety, z bólem serca muszę przyznać, że bywały momenty, dosłownie na kilka stron, że się trochę nudziłam i nie mogłam się doczekać, aż nadejdzie jakaś akcja. Nie było ich wiele, ale były na tyle wyraźne, że zapamiętałam to uczucie chwilowego znudzenia. Tylko to sprawiło, że mogę przyznać, iż “Foxglove” dopadł syndrom tomu drugiego.

Powinna raczej zawsze spodziewać się najgorszego, a wtedy będzie przyjemnie zaskoczona, jeśli nic strasznego się nie stanie.
      Muszę przyznać, że Signa wydoroślała z tomu na tom. Widać, że wydarzenia z pierwszej części odcisnęły na niej piętno, sprawiły, że zmieniła się i, przede wszystkim, zaakceptowała to, jaka jest. Już nie boi się Śmierci, a wręcz przeciwnie, idzie z nią w tango! Dodatkowo jest odważniejsza, bardziej ryzykuje i czuje się z tym swobodnie. Zdecydowanie widać, że się rozwija, że autorka wykorzystuje to, co już napisała, by popchnąć bohaterów i ich charaktery do przodu. To się chwali! I też dlatego nie wynudziłam się bohaterką. Bo z jednej strony ją znałam, a z drugiej potrafiła mnie kilkukrotnie zaskoczyć.
      Śmierci było w tym tomie mniej. Trochę nad tym ubolewałam, bo polubiłam go w pierwszej części, ale tak została pokierowana fabuła. Jednak kiedy już się z nim spotykałam, miałam wrażenie, że był bardziej ludzki niż do teraz. Tak jakby zaakceptowanie przez Signę aury i mocy śmierdzi sprawiło, że Śmierć stała się namacalna. Zabrakło mi trochę tej aury tajemniczości. Stał się odrobinę bardziej przystępny i normalny.
      Z drugiej zaś strony, jego brat okazał się przeciwieństwem. Pomimo chodzenia pomiędzy ludźmi miał taką manierę, że wyczuwałam w nim za każdym razem ten aspekt “boskości”. Zdecydowanie jego aura odzwierciedlała napuszonego pawia zadzierającego nosa. Nie polubiłam go, przyznaję się bez bicia. Ale dzięki temu mogłam go nie lubić przez całą książkę. Wszak był antagonistą, nie musiałam pałać do niego ciepłych uczuć.
      Tak samo jak w pierwszym tomie, tak tutaj bohaterowie drugoplanowi zostali naprawdę dobrze przedstawieni. Nie było różnicy czy to człowiek, czy to duch, każdy z nich był jakiś, pełen osobowości i historii. Tworzyli kolorowe tło dla naszego naczelnego trójkącika. A dzięki rozdziałom z perspektywy Blythe zauważyłam, że i ona się rozwinęła. Jej choroba bardzo na nią wpłynęła i było to widać. Dziewczyna chciała wrócić do życia pełną piersią, do przyjaciół, do bycia gdzie indziej, niż tylko w łóżku. I samo to pokazuje, że każdy bohater przeszedł metamorfozę pod wpływem zdarzeń z pierwszej części. Nic już nie będzie takie samo i nikt nie stoi w miejscu.

Podobno na wojnie i w miłości wszystko jest dozwolone. Okopałem się, zgromadziłem broń i nie zamierzam się wycofać.
      Jedno jest pewne. Autorka miała pomysł nie tylko na stworzenie i rozbudowanie świata, lecz i na ciąg dalszy fabuły. Wszystko się łączy, nie tylko pierwszy tom z drugim, lecz i z przeszłością, z wydarzeniami dziejącymi się wiele lat wstecz. Wszystko ma swoje konsekwencje, bohaterowie dorastają, zmieniają się na naszych oczach, a my kibicujemy im. Magia może nie napływa do nas z każdej strony, nie mamy żadnych dodatkowych ras, oprócz ludzi i “bogów”, lecz to nie przeszkadza, by zatopić się w tym gotyckim, fantastycznym klimacie. Naprawdę z czystą przyjemnością zasiadłam do czytania i delektowałam się każdą stroną. Chociaż cały czas twierdzę, że “Belladonna” jest lepsza.

  Tytuł: Foxglove
  Seria (tom): Belladonna (2)
  Autor: Adalyn Grace
  Tłumaczenie: Danuta Górska
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 400
  Gatunek: fantastyka, romantasy, romans
  Rok wydania: 2023

30 czerwca 2024

Bo do tanga trzeba dwojga, Wszędobylskiej i Śmierci, czyli "Belladonna" Adalyn Grace

      BookTok ma jednak siłę. Gdyby nie on, pewnie nie usłyszałabym o tej książce, albo dowiedziałabym się o wiele później. A tak, to po kilku filmikach gdzieś mi się tam w głowie kotłowała i czekała, aż będę gotowa, by po nią sięgnąć.

      Signa Farrow jest sierotą, która trafia pod opiekę różnych członków rodziny. Ich wspólnym mianownikiem jest pazerność na majątek dziewczyny i, może się wydawać, przedwczesna śmierć. Kiedy jednak trafia do posiadłości Thorn Grove, pełna obaw ma nadzieję, że jednak w tym miejscu zostanie na dłużej, a do tego godnie wyjdzie za mąż, by wreszcie poczuć się wolną. Jednak żałoba panująca w rodzinie i dziwna choroba Blythe sprawia, że Signa będzie musiała zmierzyć się z tą stroną swojej osobowości, o której nie do końca wiedziała, a mimo to nienawidziła. Musi również dowiedzieć się, czemu Śmierć trzyma się tak blisko.

Nie zmieniaj się po to, żeby zadowolić innych. Nie staraj się dopasować do norm, które inni nam narzucają.
      Czy miałam jakiekolwiek oczekiwania co do tej książki? Oczywiście! Po tylu filmikach i zapowiedziach miałam nadzieję, że to będzie coś naprawdę dobrego, co usadzi mnie na tyłku i sprawi, że nie oderwę się od tego. No i właśnie tak się stało. No, prawie. Przyznaję, że pierwsze strony mnie jakoś nie zachwyciły. Było spoko, ale nie sprawiły, że piałam z zachwytu. Ot przedstawienie balu i Śmierci, która zebrała żniwo, a potem dni Signy u ciotki Magdaleny nie było dla mnie jakoś wybitnie ciekawe. Jednak w momencie, kiedy kobieta przeszła przez próg posiadłości Thorn Grove, coś się zmieniło. Jakby cała ta magia, o której mówiły wszystkie recenzentki, właśnie się ujawniła. A z każdą stroną było coraz lepiej. Ojejciu, jak ja się wkręciłam! Z jednej strony duch, który zaczyna mieszać w życiu Signy, z drugiej strony Blythe, kuzynka, której zdrowie stanowiło zagadkę praktycznie nie do rozwiązania. Na dodatek Śmierć, która chciała odejść, a którą Signa co jakiś czas przyzywała… To wszystko stanowiło napęd całej historii. I chociaż mamy tutaj również problemy socjety jak próba znalezienia męża, czy zawiązanie odpowiednich przyjaźni, to wszystko pięknie tworzyło harmonijną całość. Nic nie było przeważone. Fantastyczna akcja była momentami spowalniana przez codzienność, a nudy codzienności były urozmaicane nutką fantastyki i kryminału.
      Od samego początku wiedziałam, że to nie będzie lekki romans z Panem Pięknym, jak to zazwyczaj bywa w romantasy, tylko gotycki romans ze Śmiercią w prawie głównej roli. I nie zawiodłam się! Ten klimat to coś niesamowitego! Momentami w mojej głowie pojawiał się film, dokładnie to, co działo się w książce. Wszystko było tak pięknie opisane, że bez problemu mogłam sobie to wszystko nie tylko wyobrazić, lecz przenieść się tam myślami!

Nie możesz pozwalać, żeby śmierć tak całkowicie cię pochłaniała. Nie jest egoizmem żyć.
      Jednak większość roboty odwalają postacie. To na ich barkach spoczywa uniesienie fabuły i dają radę!
      Signa, jak na ciekawską kobietę przystało, wtrynia nos gdzie tylko sie da, a nawet tam, gdzie w teorii się nie da. Jej charakter jest wyraźnie zarysowany. Uparta, ciekawska, a do tego niezbyt pilnująca się zasad. Wie, co powinna zrobić, jednak zazwyczaj robi to na swój sposób. Nie boi się igrać ze śmiercią tylko po to, by otrzymać odpowiedzi na nęcące ją pytania.
Na samym początku historii dałam się nabrać, że jest typową panną na wydaniu, która szuka męża. Jednak z każdym dniem, z każdą stroną rozwijała się, zmieniała w poszukiwaczkę przygód, samodzielną kobietę, która czerpie z życia garściami. A to wszystko wyszło tak naturalnie, tak normalnie, swobodnie, nic nie działo się z tak zwanej dupy. Aż cudnie było to czytać.
      Śmierć za to był tajemniczy, trochę seksowny, władczy, jak i intrygujący. Nie miałam go dość ani na chwilę. Jego charakter został oszczędnie przedstawiony, ale co się dziwić, jak to nie jest człowiek, więc poniekąd rządzi się swoimi prawami. Jednak z biegiem czasu przedstawione zostały mi smaczki, które sprawiły, że stawał się on bardziej ludzki. Autorka powoli pokazywała nam, że to jest ten facet, który może nie tylko zawrócić w głowie, ale z którym można mimo wszystko stworzyć związek. Który ma do pokazania i zaoferowania coś więcej niż tylko "Jestem Śmiercią, zabieram dusze". Facet kupił mnie całkowicie.
      O postaciach drugoplanowych mogę powiedzieć jedno. Są, mają swoje historie, swoje charaktery i pokazują nam, że też są ludźmi. Że w tle również dzieją się wydarzenia, które, chociaż nie mają bezpośredniego wpływu na Signę czy Śmierć, to wpływają na innych, zmieniają im życie. Właśnie czegoś takiego potrzeba w książkach. Czas nie płynie tylko u głównych bohaterów, lecz w całej książce! Zadbanie o to było naprawdę dobrym pomysłem. Bo mamy tu kuzynkę Signy, Blythe, która pomimo choroby ma twardy charakter, jej brata, chcącego dla rodu jak najlepiej, wuja, będącego w żałobie po ukochnej żonie, oraz wiele innych postaci, jak chociażby służące (nie panienki w tle, lecz konkretne osoby, co też jest ważne) bądź przyjaciółki Blythe, kolejne panny na wydaniu. Każda z tych osób jest inna, swoje przeszła, a jednak wpasowuje się w całą historię, dopełniając ją.

Gdybym nie istniał, ptaszynko, gdybym nie był Śmiercią, on nigdy nie doświadczyłby takiej miłości. Więc co jest lepsze? Żyć wiecznie czy żyć i kochać?
      Książka zaskoczyła mnie pozytywnie. Gdzieś tam w głębi bałam się, że to będzie kolejny chłam z TikToka, gdzie reklama jest zbyt wielka w porównaniu do jakości. Na szczęście pozycja jest fenomenalna! Nie mogłam się oderwać! Po prostu nie mogłam! Muszę przyznać, że nie tylko zagadka była fenomenalnie stworzona, lecz sam plot twist sprawił, że przez kilka minut siedziałam z rozdziawioną buzią i zastanawiałam się jaki cudem to wszystko się tak pięknie połączyło, a ja nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Do tego ten gotycki i lekko romansowy klimat, wspaniale, charakterne postacie i oczywiście Śmierć, czyli kolejny facet, którego można pokochać i zachować jako książkowego męża. Nic tylko brać i zatapiać się w historii. Poniesie cię w świat fantastyczny, gdzie będziesz musiał bądź musiała odkryć, kto zamordował matkę Blythe, a do tego jaka choroba ją samą trzyma. Czeka Cię zdecydowanie przyjemnie spędzony czas. Polecam z całego serduszka!

  Tytuł: Belladonna
  Seria (tom): Belladonna (1)
  Autor: Adalyn Grace
  Tłumaczenie: Danuta Górska
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 384
  Gatunek: fantastyka, romantasy, romans
  Rok wydania: 2023

16 listopada 2023

Totalny zmieniacz podejścia, czyli "Nie-Poradnik Pasjonaty" Bartłomiej Sztobryn

      Wiele miłośników książek próbowało swoich sił w pisaniu. Niektórym się udało i wydało swoje książki, niektórzy publikują swoje prace w internecie, niektórzy piszą do szuflady, a niektórzy porzucili to. Ja należę do tej grupy, która jest w trakcie pisania i wręcz marzy o debiucie. Dlatego kiedy Bartek zaczął szukać recenzentów swojej nowej książki, nie mogłam się nie zgłosić! Dalej mam w głowie jego książkę “Zwiastunka”, dlatego wiedziałam od razu, że to też może być coś dobrego.


      Zazwyczaj jak ktoś piszę poradnik, daje jasne wskazówki co ma zrobić, jak podejść do sprawy, jak rozplanować, czy czego unikać. A tutaj? Jak sam tytuł wskazuje, to NIE-poradnik, dlatego nie doświadczymy tutaj tych konkretów. Można w skrócie opisać, ze to wspomnienia, doświadczenie i rozmyślania o pisaniu, które są naprawdę pomocne. Bo przecież każdy z nas jest inny, do każdego z nas trafiają inne argumenty czy rady, dlatego nie ma idealnej książki dla wszystkich. Jednak tutaj… To się może sprawdzić dla 99% ludzi. Bartek nie pisze “hej, rób tak i siak”, tylko “zastanów się, jak podchodzisz do tego? A czy to Ci pomaga? Spróbuj wziąć pod uwagę też to, a nóż widelec wiatrak się przyda”. To wszystko przeplatane jest przykładami, wspomnieniami, które pokazują, że te wszystkie pytania, tematy do zastanowienia się mają sens. Że pisanie to nie tylko czynność, ale przede wszystkim styl życia i to właśnie od analizy i układania swojego życia trzeba zacząć.

Nie wolno mi było dać za wygraną – tak sobie wmawiałem. Wstawałem o szóstej rano i pisałem. Odprowadzałem dzieciaka do przedszkola i pędziłem na pociąg, który wiózł mnie do pracy przez prawie całą Warszawę. Pisałem w pociągu. Podczas półgodzinnych przerw, zamiast iść na żarcie z kolegami, szybko pochłaniałem jedzenie z pudełka odgrzane w kuchence mikrofalowej, biegłem do szatni, sięgałem do swojej szafki, wyciągałem z niej laptopa, po czym siadałem na parapecie jak dzieciak z podstawówki i zabierałem się do pisania. W drodze powrotnej też pisałem w pociągu.
      Ale wróćmy do początku. Często jak się czyta lub ogląda wywiady z autorami dostajemy informację, że mieli oni wsparcie od rodziny, wszyscy im kibicowali, na spokojnie do tego podchodzili, mieli czas pomiędzy nauką albo pracą. Tutaj Bartek pokazuje całkowite przeciwieństwo. Opowiada jak jego życie dawało mu w dupę fizycznie i psychicznie, ile musiał poświęcić, żeby pisać. Niejednokrotnie wspomina, że zaniedbywał swoje życie, bo skupiał się na pisaniu i to potem wpłynęło na wszystko. I dla mnie naprawdę mocnym plusem jest to, że pokazał, iż pisanie nie zawsze jest tak łatwe i przyjemne jak mówią. Że czasami trzeba wielu rzeczy się wyrzec, czy zacisnąć zęby i przyjąć kopy w tyłek, żeby tylko ruszyć chociaż odrobinę do przodu. I przyznam się szczerze, daje to motywacyjnego kopa. Bo skoro jemu się udało założyć wydawnictwo i wydać swoje książki, to dlaczego mi nie? Pokazał wprost, że jest ciężko, że trzeba mocno pracować, przeorganizować nie tylko swoje życie, ale i głowę. Całą ta biograficzna część nie kończy się na wstępie. O nie, nie, nie. Po całej książce są rozsiane przytyki. anegdotki czy wspominki odnośnie życia Bartka, co daje taki… Rzeczywisty? Bliski? Charakter. Pokazuje. że to nie jest napompowana książka encyklopedyczna z zasadami dobrego pisania, tylko trochę jak pamiętniko-notes pisarza, który zapisuje tam wszystko, co może się przydać, razem z “dowodami”. Oj ile razy uśmiechałam się do siebie, mając w głowie “doskonale Cię rozumiem” czy też “przeszłam przez podobne”. To bardzo uczłowiecza autora i pokazuje, że każdy może się mylić, nawet osoba, która wydała więcej niż swój debiut!

Nie ma co się ociągać. Potrzebne ci będą powyginane noże, ofiary z nienarodzonych dzieci i inne rzeczy, które twoją babcię oraz proboszcza doprowadziłyby do zawału, a które tak często pokazywane są w horrorach. Co, naprawdę myślałeś, że teorie spiskowe to bujda? Że Illuminati nie istnieją, a Ziemia nie jest płaska? No to… MASZ RACJĘ!
      Jeśli chodzi o treść merytoryczną, powiem wprost. To nie jest poradnik. Nie jest i bardzo dobrze. To coś więcej. Nie ma podanych informacji na tacy jak co pisać, nie muszę siedzieć z otwartymi stronami i przeszukiwać akapitów, kiedy próbuję napisać swoją opowieść. Ta książka ma za zadanie postawić nam tyle pytań, byśmy zaczęli kwestionować samych siebie! Jak zazwyczaj siadam do książki i po prostu czytam ciągiem (o ile młoda mi pozwoli, o co ostatnio ciężko, bo weszła w wiek testowania granic swojego bezpieczeństwa), tak tutaj czytałam po kilka-kilkanaście stron, analizując nie tylko to, co przeczytałam, ale również analizując swoje życie i stosunek do pisania przez pryzmat tego, co przeczytałam. Nie potrafiłam przejść obok tych słów obojętnie! Wiecie, te pytania nie były zadawane chamsko wprost (dobra, niektóre tak, haha, ale czasami inaczej się nie dało), ale został one okraszone właśnie historiami czy wspominkami biograficznymi połączonymi z sarkastycznym komentarzem odnośnie otaczającej nas rzeczywistości i tego, co się w Polsce dzieje. Całość konkretnie wchodzi do głowy robiąc zamęt jak diabeł tasmański w zamkniętym pomieszczeniu.

Czy aby nie jest tak w prawdziwym życiu? Czy sportowiec nie trenuje codziennie tylko po to, by ten jeden raz dostać się na mistrzostwa i ten jeden raz wywalczyć złoty medal? Ile prób podjął wcześniej? Ile podejmie później? A co ze mną? Ile książek napiszę, zanim stworzę swoje opus magnum? No i kto będzie odpowiedzialny za stwierdzenie, które z moich dzieł jest największe?
     Z tego wszystkiego wyciągnęłam, nie wiem czy słuszny, czy też nie, jeden najgłówniejszy wniosek. Wiele zależy od tego, jak będziemy podchodzić do pisania. Bo tak, jak my będziemy je traktować. ono będzie traktować nas. Podejdziemy skupieni tylko na nim - będzie szło gładko, ale tak jak my ignorując wtedy nasze życie, pisanie również będzie nam w głowie siedziało, nie dając miejsca na inne sprawy. Jeśli zaś podejdziemy do tego zbyt lekko, pisanie będzie lekko traktować nas, uciekać, nie siedzieć nam w głowie, a co za tym idzie miną wieki zanim coś napiszemy. I tu trzeba wyrobić sobie złoty środek, tak jak już wspomniała, przewartościować życie i głowę.

Niestety, jeżeli uważasz, że twoje lęki i obawy odejdą ot tak, ponieważ niczym w książkach o małym czarodzieju użyliśmy zaklęcia ośmieszającego nasze wewnętrzne demony, to jesteś w totalnym błędzie. Nie jest tak lekko. Nigdy nie było i nigdy nie będzie.
     Książka jest napisana przyjemnym językiem, okraszona humorem i pływająca w morzu sarkazmu, a mimo to czytałam ją dość długo. Daje sporo do myślenia, może nawet zadaje nam pytanie, czy jesteśmy gotowi, by wejść w pisanie na serio. Jak dla mnie, to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto myśli, że rzuci pisanie, bo ma w życiu ciężko. Tak samo jak i dla całej reszty. I wiem, że w chwili zwątpienia, będę do niej wracać, by zmotywować siebie. Czytelniku, bierz, czytaj, myśl i pisz!

  Tytuł: Nie-Poradnik Pasjonaty
  Autor: Bartłomiej Sztobryn
  Wydawnictwo: Wydawnictwo K2A
  Liczba stron: 272
  Gatunek: poradnik
  Rok wydania: 2023

12 września 2023

Wakacyjne zderzenie dwóch pisarskich dusz, czyli "Napiszę nam szczęście" Wiktoria Kotecka

      Lato już minęło, zaczął się wrzesień i czas szkoły, jednak umysł wciąż został na wakacjach. Dlaczego więc nie wrócić do tych dopiero co minionych dni z typowo wakacyjną książką?
Jestem wdzięczna za ebooka od wydawnictwa Nie Powiem, mogłam chociaż przez chwilę znów poczuć się poniekąd beztrosko.

      Łucja to pisarka, która swój debiut już ma na koncie i szykuje się do wydania swojej drugiej pozycji. W dniu podpisania umowy poznaje Alexa, który nie tylko nie chce się odczepić, a wręcz do niej dąży. Kolejne, przypadkowe spotkanie rodzi z pozoru niewinną relację pomiędzy dwójką obcych sobie ludzi, która ma swój termin ważności. Łucja i Alex muszą zawalczyć, czy ten termin oznacza koniec, czy też nie.

Chciałabym dotrzeć gdzieś, gdzie wreszcie coś poczuję. Coś prawdziwego. By wiedzieć, że żyję.
      Przyznaję się bez bicia, że nie miałam żadnych oczekiwać co do tej książki. Szłam w ciemno z myślą, że ta okładka nic mi kompletnie nie mówi, ale jest ładna. Miałam nadzieję na coś lekkiego, przy czym nie będę musiała myśleć o własnych kłopotach, No i właśnie taką narrację od początku poczułam.
      Bardzo spodobało mi się, że tym razem główni bohaterowie nie byli z dwóch różnych światów, których nagle coś połączyło. Fakt, jestem fanką tego motywu, jednak miło przeczytać coś zgoła innego. Łucja i Alex to pisarze, obydwoje siedzą w tym świecie i rozumieją się pod tym kątem. Jednak obydwoje są zupełnie do siebie niepodobni. Ale zacznijmy od fabuły.
     Sam początek skupia się na Łucji, która właśnie podpisuje umowę na swoją drugą książkę. Pokazuje nam jak mniej więcej jest w jej domu, jak jest traktowana i ile musiała “walczyć”, by wyjechać i się promować. Cała ta sytuacja i nieporadność życiowa bohaterki sprawia, że zostaje “wysłana” do ukochanych Somin, by pracować przez miesiąc. Jak dla mnie to jest naprawdę dobry początek książki. Wiem jak mniej więcej było w domu Łucji, czego się spodziewać po jej zachowaniu, co może pójść nie tak. Tak samo motyw spotykania tego samego chłopaka jest nie tylko interesujący, ale i bardzo prawdopodobny ze względu właśnie na obracanie się w tym samym środowisku. To dało fajne zaczepienie do przekomarzania się, trochę podejrzliwości, trochę upartości. Ciąg dalszy w Sominach był zupełnie inny. Łucja nagle musiała robić coś konkretnie, miała obowiązki, musiała wziąć odpowiedzialność za wszystko, a jednocześnie odnaleźć w tym wszystkim siebie. Akurat ten ostatni aspekt jak dla mnie jest bardzo ważny. Ciężko jest odnaleźć siebie, kiedy jesteśmy rzucani na głęboką wodę i musimy sobie radzić sami. Bardzo łatwo się wtedy wypalić, pogubić. Trzeba być zdeterminowanym i wytrwałym, by dać radę. Bohaterka zaczęła się stopniowo rozwijać. Od zamkniętej w swoim świecie introwertyczki, która boi się zagadać do ludzi przeobraża się w pełnoprawnego pracownika mającego znajomych i imprezującego z nimi. Wszystko przebiegało naturalnie, nienachalnie, stopniowo, jednocześnie zaznaczając wszystkie wątpliwości i komplikacje. Bardzo, ale to bardzo mi się spodobało, że wszelkie zmiany w życiu były przez Łucję kwestionowane, analizowane, czy w ogóle ona im podoła, czy to nie jest dla niej za dużo. Sama jestem introwertyczką i doskonale to wszystko rozumiem. Jednak bywały momenty, kiedy nie podobało mi się to, co czytałam.
      Z pozoru można było powiedzieć, że to zwykła historia o wakacyjnej pracy i chłopaku, jednak pod przykrywką lekkości kryją się poważniejsze tematy jak poczucie samotności, odnajdywanie siebie, problemy rodzinne, traumy z przeszłości. Wszystko zapakowane tak, bym mogła jednocześnie dobrze się bawić i przemyśleć kilka kwestii. A jako iż Sama próbuję coś pisać, doskonale rozumiem Łucję, kiedy nie jest w stanie nic stworzyć.
      Jedyny zarzut do fabuły mam taki, że końcowa tajemnica była tu zupełnie niepotrzebna. Kompletnie nie pasowała do tego co się działo. Jakby autorce zabrakło pomysłu na to, co ma się dziać oraz zmartwień, trzymania czytelników w niepewności. Bardzo ładnym zakończeniem byłby festyn i kilka dni po, kiedy już to wszystko by się ustatkowało. Ewentualnie zamiana tajemnicy na coś innego, bo obecne zakończenie jest zaskakujące i nie wyobrażam sobie, by miało być inne. To jedno miało dokładnie to, na co zasługiwali bohaterowie. W innym przypadku miałabym wrażenie, że jest pisane na siłę, że na logikę jest ono niemożliwe, a tak to jedyne sensowne wyjście z tego wszystkiego.

-(...)Mnie inspirują chwile takie jak ta. Piszę to, co mroczne, ale coś musi mnie motywować i rozjaśniać rzeczywistość, żeby nie mieszała sie z moją twórczością. Dzisiaj podarowałaś mi to coś, dziękuję.
      Jeśli chodzi o bohaterów, to mam pewien problem. Wyjątkowo zacznę od drugoplanowych, ponieważ do nich mam największy żal. Zazwyczaj doceniam, kiedy są one dobrze stworzone, mają swoje osobowości, jednak tutaj… Ech… Współlokatorki Łucji mają zarys charakteru. Coś tam niby pokazują, ale koniec końców nie wiem jakie naprawdę są. Reszta współpracowników to npc, stoją, odbębniają swoje role i tyle. Jedynie dziadek Alexa ma stworzony taki dziadziowy charakter, a ciotka jest wredna bez powodu. Znaczy niby tam powód jest, ale niezbyt. Brat Łucji ma chyba najbardziej konkretny charakter, ale chyba dlatego, że jest ważny dla fabuły. Charakter. Nie brat. Wykorzystywany jest, by osiągnąć pewną sprawę, ale pomimo występowania tego brata, nie było go czuć. Wszystko wiemy z opowieści i wspomnień bohaterki. Co do rodziców, są zwykłymi rodzicami. Nic szczególnego, nic konkretnego. A szkoda. Ich wszystkich można by jakoś rozwinąć.
      No to teraz Łucja. Tutaj mamy pełną paletę zalet i wad tej dziewczyny. Jej osobowość jest dość skomplikowana, ale to normalne w wieku, gdzie hormony jeszcze buzują, a człowiek stara się dowiedzieć kim jest. Bo tak, pomimo 18 lat Łucja nie bardzo wie kim jest, nie przeżyła w życiu tego, czego chciała, czegoś jej brakuje i próbuje to odnaleźć. Dodatkowo została rzucona na głęboką wodę, a przy jej introwertycznym charakterze jest to dość problematyczne. I bardzo, ale to bardzo podobało mi się, że ona nie zmienia się ot tak za pstryknięciem palców. Dzięki współpracownikom oraz Alexowi powoli, bardzo powoli przechodzi metamorfozę. Mimo wszystko nadal zostały w niej niepewność i strach przed nieznanym. Właśnie te cechy też są powodem dlaczego dziewczyna momentami zachowuje się jak zachowuje i jak odbiera zachowanie innych, czemu je bagatelizuje i tak łatwo zapomina bądź przebacza. I tak jak Łucja jest pisarką, tak pisanie stanowi ważną część jej życia. Tutaj jej praco-hobby nie zostało zlekceważone, tylko cały czas daje o sobie znać. To, jak widzi krajobraz, jak ukazuje emocje, uczucia, to wszystko jest właśnie w tonie pisarskim. Zdecydowanie postać przemyślanie stworzona.
      Alex za to… Huh… To skomplikowane. Z jednej strony mamy delikatnego, wrażliwego chłopca pisarza, który pragnie mieć Łucję w swoim życiu, a z drugiej strony mamy straumatyzowanego, młodego dorosłego, który nie bardzo ma plan na swoje życie, a nieprzepracowana przeszłość bardzo daje o sobie znać, wręcz kontrolując jego zachowanie. I na początku mi się spodobał jako bohater, a tekst, że chce mieć alpakę trafił prosto do mojego serduszka. Jednak bywały momenty, kiedy jego zachowanie zmieniało się diametralnie, jakby to ktoś inny był w jego ciele. Jasne, tutaj odzywała się trauma, jednak nadal nie do końca mi pasowało jego zachowanie i jak później, “na trzeźwo” się ogarnął. A najbardziej to, że pozostało to bezkarne, jakby nic się nie stało. Czasami miałam wrażenie, że chłopak lgnął do Łucji, bo w jej życiu było tak dużo pozytywnych rzeczy, a mając ją przy sobie jakby chciał ją zniszczyć, bo miała właśnie za dobrze, bo on tego nie miał. Cóż, to efekt nieprzepracowanych traum i dzieciństwa.

Jeśli kiedykolwiek wrócę do wierszy, to w prawdziwych emocjach.
     To nie jest debiut autorki, wydała ona już jedną książkę pod pseudonimem, jednak patrząc na styl i na kreację wszystkiego mogłabym śmiało rzec, że to właśnie ta pozycja jest jej debiutem. Że od tego zaczęła. Widać trochę początkujący styl, jednak dający naprawdę duże nadzieje na coraz lepsze książki.
     Ogólnie pozycja całkiem dobra. Jest wakacyjnie, lekko, z poważniejszymi tematami podsuniętymi w kolorowej otoczce, jest romans, konflikt, zwrot akcji. Teoretycznie wszystko czego człowiek w książce potrzebuje. Końcowa tajemnica nie do końca mi pasowała do całej historii, jednak samo zakończenie mnie zaskoczyło. I nie wyobrażam sobie, by mogło to się inaczej potoczyć! Poleca głównie dla nastolatków, starszy czytelnik może się nie wczuć.

  Tytuł: Napiszę nam szczęście
  Autor: Wiktoria Kotecka
  Wydawnictwo: Nie powiem
  Liczba stron: 358
  Gatunek: literatura młodzieżowa, romans
  Rok wydania: 2023

7 maja 2023

Kiedy coś świeżego jest kiepsko odgrzanym kotletem, czyli "Vamps. Świeża Krew" Nicole Arend

      Reklama tej książki dosłownie wyskakiwała mi wszędzie, na fb, tik toku, instagramie czy lubimy czytać. Jako miłośniczka wampirów nie mogłam przejść obojętnie!

      Dillon jest półwampirem, który w wieku osiemnastu lat dowiaduje się o swojej fantastycznej części osobowości. By poznać swoje wampirze dziedzictwo, udaje się do akademii wampirów, gdzie musi odnaleźć się w nowym świecie, do którego przynależy. Jednak okazuje się, że chłopak posiada niezwykłe moce, które mogą zburzyć dotychczasowy porządek.

- To naprawdę tutaj? – zapytała.
Wysoki, przystojny mężczyzna, który wydawał się zbyt młody na jej ojca, pojawił się z drugiej strony auta.
– A czego się spodziewałaś, Celeste? – warknął. – Ostrzegałem cię!
– Myślałam o czymś urokliwym, ale wyrafinowanym. Jak choćby Gstaad.
– Gstaad jest zbyt zatłoczone – odpowiedział jej ojciec. – Biorąc pod uwagę nasze wyjątkowe wymagania, to miejsce jest idealne.
      Fabuła jest nudna. Po prostu nudna. Dillon ma się szkolić na wampira. I tyle. Większość książki to lekcje, co jest spoko, pokazanie czego muszą się nauczyć wampiry, by funkcjonowały w społeczeństwie. Tylko też te przedmioty były dziwne, ale to już nie mi oceniać. Ogólnie czytając książkę miałam myśli “mamo, ja nie chcę, zabierz mnie stąd”. Serio. Główny temat to był seks, kto jest lepszy i silniejszy, dlaczego Dillon jest jaki jest i dziwne trójkąty miłosne niewynikające z żadnych stworzonych relacji (według mnie tam nie było żadnych relacji, tylko odgórne narzucenie “on będzie się lubił z nią, ona z nią, on z nim, a ci będą się między sobą kochać”). Nie o takie wątki romantyczne nic nie robiłam!
      To jest zwykła książka o wampirzych nastolatkach, których spuszczono ze smyczy i mogą się zabawić. Nic odkrywczego, nic nowego. To wszystko było! Marnie napisane lekcje i zajęcia również! O wiele ciekawiej ogląda się Dlaczego Ja czy inne Trudne Sprawy. Tam przynajmniej coś się dzieje. Nawet w dialogach nie dzieje się za wiele! Są durne, infantylne, zbędne i bezsensowne!

Lokalizację VAMPS utrzymujemy w ścisłej tajemnicy. Staramy się zminimalizować podróże do akademii i z niej. W związku z tym spędzicie z nami najciemniejsze miesiące aż do zakończenia roku szkolnego, które będzie miało miejsce trzydziestego pierwszego marca.
      Dillon jest jak kartka papieru. Charakter w ogóle nie napisany, płaski, a jego “wyjątkowość” to jedyne co go wyróżnia. Nic nie robi, fauła jakoś go przepycha do przodu. W nim nawet nie ma tej krztyny ciekawości, by poznać świat, do którego należy. Zachowuje się jak dzieciak, mający w dupie wszystko. Och, piję krew za setki tysięcy dolarów? Och well. Co z tego. I oczywiście to on został wybrany na przewodniczącego roku. No bo przecież jest najlepszy we wszystkim. Facet, który przez 18 lat żył jak człowiek okazuje się lepszy niż wampiry, które lata ćwiczyły i doskonalił swoje umiejętności. Jest na to jedna nazwa. GARY SUE. Tak spierdolonej postaci dawno nie widziałam.
      Pokładałam w Dillonie duże nadzieje, że okaże się wampirem, w którym dwie natury będą ze sobą walczyć, albo chociaż ta wampirza część będzie wyzwaniem, jeśli chodzi o obudzenie, ale nie jest, wręcz przeciwnie. Wampiryzm w nim obudził się bardzo łatwo i też bardzo szybko przejął kontrolę nad człowieczą częścią Dillona. Z jednej strony to logiczne, wampiry są silniejsze od ludzi, ale z drugiej strony po co cały czas było podkreślane, że on jest półwampirem, skoro jego wampirza część całkowicie zdominowała, a z człowieczeństwa zostały mu tylko nawyki.
      Postacie drugoplanowe wcale nie lepsze. Kopiuj-wklej. Wszystkie identyczne. Zero zróżnicowania! Myliły mi się niesamowicie właśnie przez to, że żadna z nich nie wyróżniała się niczym szczególnym. A nie, przepraszam. Jeden chłopak był przystojny, a jedna dziewczyna znała się na technologii. Co było wspomniane raz albo dwa na całą książkę, a przynajmniej takie ma się wrażenie. I tyle.

     Kocham wampiry. To moja nastoletnia miłość i zawsze się cieszę, jak ktoś sięga po tę rasę. Jednak ta książka jest bez dobrej fabuł, z kompletnie niewykreowanym światem i z dennymi bohaterami. Nic dobrego tam nie ma. Kompletnie nic. Jedyny plus? Szybko się czytało i nie zmarnowałam aż tak dużo czasu. Zdecydowanie odradzam!
Pełnokrwiste, mroczne fantasy z wampirami w roli głównej - guzik prawda!

  Tytuł: Vamps. Świeża krew
  Seria(tom): Vamps(1)
  Autor: Nicole Arend
  Tłumaczenie:Michał Zacharzewski
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 384
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2023