Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2013. Pokaż wszystkie posty

19 września 2024

Jestem najlepszą zabójczynią, ale nie zabijam!, czyli "Korona w mroku" Sarah J Maas

      Ja naprawdę nie wiem, dlaczego nie umiem porzucać serii. No nie wiem. Nawet jak jest słaba, ja i tak na 90% przeczytam kontynuację. I właśnie tak się zadziało w tym przypadku. No to lecimy z tym koksem.

      Celaena wygrała turniej, więc została Królewską morderczynią. Z całych sił starała się wypełniać polecenia króla, jednocześnie pozostając w zgodzie z własnym sumieniem. A nieopuszczające ją uczucie, że w zamku coś złego i mrocznego się panoszy tylko potwierdza ciągle wzywające ją na szyi Oko Eleny. Król coraz bardziej knuje, atmosfera się zagęszcza, a Celaena musi zabić osobę, która była jej bliska. Niektóre tajemnice wychodzą na jaw, psując cały światopogląd dziewczyny.

I proszę cie, nie mów ani słowa. Rozmowę i czarowanie zostaw mnie.
Kapitan uniósł brwi.
-A więc jestem tu tlyko dekoracją?
-Ciesz się, że uznałam cie za dodatek godny siebie.
      Ten tom zaczął się trochę lepiej niż pierwszy. Początek mnie wciągnął i miałam nadzieję, że będzie to trochę bardziej ciekawsze niż poprzednia część. No cóż, na pewno mogę powiedzieć, że akcji tam było w bród. Cały czas coś się działo, cały czas Celaena musiała coś robić, ale jednocześnie wynudziłam się. I dla mnie to było dziwne, bo właśnie tyle do zrobienia, a jednocześnie nudne, nie zachęcające do czytania, dłużące się. Naprawdę nie sądziłam, że właśnie tak się da. Nadal jednak mogę stwierdzić, że sam pomysł na to wszystko był całkiem spoko. Coraz więcej informacji o świecie jest odkrywane, tajemnice przestają być tajemnicami, sprawiając, że chce się dalej czytać tylko po to, by wiedzieć co dalej, jak je rozwiązać, do czego one nawiązują. I właśnie to one głównie trzymały mnie w ryzach czytania.Gdyby nie te wszystkie tajemnice, nie skończyłabym tego tomu, to jest pewne.
      Akcją nie wychodzimy poza granice miasta, nadal chodzimy po znanym, a przynajmniej kojarzonym przez nas, otoczeniu. Jednak tym razem poznajemy posiadłości i domy mieszkańców, ich piwnice czy strychy. No i spoko, przynajmniej Maas nie ograniczyła nas do tego samego terytorium co w pierwszej części, tylko wprowadziła coś jeszcze, by jednak nas czymś zaciekawić.
      Plusem dla mnie było wreszcie ukazanie jak mniej więcej wygląda system magiczny, dlaczego jest jak jest, a dlaczego nie ma tego, czego nie ma. Do teraz to był lekki chaos, czemu jedni mają moce, a inni nie, nie było żadnej logiki w tym, a Maas niezbyt chętnie omawiała te ograniczenia. Dopiero tutaj, z czasem, odkrywała kolejno karty historii magii. Zdecydowanie podobało mi się to wdrożenie. Muszę przyznać, że systemy magiczne bywają potężne, trudne do zrozumienia dla niektórych. Nie raz analizowałam je, by zrozumieć i móc bardziej cieszyć się fabułą, dlatego, mimo późnego wprowadzenia wyjaśnienia, cieszyłam się w jaki sposób poznawałam ten system. Dało się go ogarnąć!
      Jedno muszę docenić. Czytając pierwszy tom, pojawiło się kilka nieścisłości, dziwnych rzeczy. Ten tom je wyjaśniał, sprawiał, że niektóre rzeczy miały sens, łączyły się z innymi. Brakowało mi tego.
      Update wątku romantycznego: Nadal dziadostwo.

Nigdy nie było między nimi żadnych barier z wyjątkiem jego idiotycznego strachu oraz dumy. Od chwili gdy wyciągnął ją z kopalni w Endovier, a ona spojrzała na niego po raz pierwszy, nadal dumna i zaciekła mimo roku niewoli w piekle, zmierzał przez cały czas ku niej i ku tej chwili. Otarł więc jej łzy, uniósł podbrudek i ją pocałował.
      Celka. Ach Celka. Co ja mam z tobą zrobić? No nie polubiłam jej nadal. Fakt, trochę zyskała w moich oczach, ale dopiero na koniec, kiedy zyskała więcej szarych komórek i wreszcie zaczęła myśleć. Jednak do tego czasu jej status Mary Sue w ogóle się nie zmienił. Jak nią była, tak została. Panna idealna powróciła, zabójczyni o sercu z kamienia, która nie będzie zabijać. No moralnie bielutka, nie? Jednak pojawiły się tu kolejne zgrzyty. A więc tak, Celka przeżyła traumę, która bardzo mocno na nią wpłynęła. Z jednej strony rozumiem, dlaczego nie wspominałą o tym, nie chciała wracać do tego, ale z drugiej strony to miało tak ogromny wpływ na nią, że pominięcie tego faktu jest wręcz dziwne. Jakby przypominała to sobie tylko w wybranych momentach, kiedy jest potrzebne, jakby to do niej nigdy nie wracało, chociaż skojarzeń do tego wydarzenia jest wszędzie pełno. Do tego drugi tom dzieje się niedługo po pierwszym, a Celka trochę się zmieniła (pomimo tych zmian nadal jest Mary Sue, to się nie zmieniło). W ciągu tak krótkiego okresu zmieniła się z rozpuszczonej nastolatki z zabójczynię. Ta zmiana poszła na plus, w zasadzie w pierwszym tomie powinna być właśnie bardziej taka niż beztroska, ale samo to, że tak szybko tak się zmieniła mi nie odpowiadało. No ale muszę przyznać jedno. Celka wreszcie pokazała się jako zabójczyni. Widać to było zwłaszcza podczas akcji ratowania Kapitana. No ten fragment mi się bardzo, ale to bardzo podobał. Wreszcie dostałam to, o czym czytałam! Szkoda, że takich chwil było za mało.
      Chaol… Huh… Z nim mam problem. Stał się odrobinę lepszy, znośniejszy, ale nadal pozostał durny jak lewy but. No nie pasuje mi jego zachowanie do wieku. Raz zachowuje się jak czterdziestolatek, raz jak dzieciak, no nie ma balansu. Czy mógłby on gdzieś wyjechać i już nie wracać?
      Dorian zaś mnie zadziwił. W tym tomie się ogarnął i dorósł. Zdecydowanie zyskuje na uwadze i zasługuje na więcej czasu antenowego. Jestem ciekawa w jakim kierunku pójdzie jego rozwój, czy nie spierdzielą go.

Pracowałam przez dziesięć lat, aby zyskać sławę i zapracować sobie na zaproszenie do zamku. Harowałam przez dziesięć lat, by móc zjawić się tu i zaśpiewać pieśń o magii, którą próbowałeś zniszczyć. Chciałam zaśpiewać po to, abyś wiedział, że wciąż tu jesteśmy. Możesz wyjąć magię spod prawa, możesz wymordować tysiące ludzi, ale ci z nas, którzy trzymają sie starych tradycju, wciąż tu są.
      Drugi tom serii Szklany Tron był jednocześnie lepszy i gorszy. Chociaż nadal pełen akcji, zagadek i zakrętów fabularnych, to wielokrotnie łapałam się na tym, że to jest nudne. Najchętniej zostawiłabym na czas nieokreślony, ale obiecałam sobie, że przeczytam wszystkie zaczęte serie do końca. Widać było, że Maas próbuje załatać niektóre błędy z pierwszego tomu, co koniec końców czasami wychodziło jej dobrze, ale przeskok pomiędzy tomami, patrząc na krótki czas dzielący obie akcje, był momentami aż nienaturalny. Całe szczęście, że postacie (przynajmniej niektóre) rozwijają się, dając nadzieję, że kolejne tomy będą lepsze, że nie będą tak irytujący, tak denerwujący jak do teraz. Patrząc na to jak autorka wykreowała system magiczny, jestem ciekawa jak bardzo go rozwinie, na ile pozwoli postaciom w niego wejść i z niego czerpać, by fabuła stała się jeszcze bardziej magiczna. Czy się dobrze bawiłam? Nie powiedziałabym, ale zostało mi jeszcze kilka tomów do końca. Nadal mam nadzieję, że to się rozwinie i polubię tę serię! Trzymajcie kciuki!

  Tytuł: Korona w mroku
  Seria (tom): Szklany tron (2)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 496
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2013

13 września 2024

Najlepsza zabójczyni z rozdmuchanym ego, czyli "Szklany Tron" Sarah J Maas

      Szklany tron zna chyba każdy fan fantastyki. Cały czas czytałam opinie, że to jedna z lepszych serii, że jest genialna… A że czytałam Dwory, inną serię od tej samej autorki, zaryzykowałam znowu.

      Celaena jest znana w całym państwie jako najlepsza zabójczyni. Dlatego też wyrok swój odsiaduje w kopalni, która dosłownie zabija człowieka, wyniszczając go. Całe jej życie zmienia się w momencie, gdy następca tronu przybywa do kopalni i oferuje Celce umowę. Jeśli wygra turniej i odsłuży kilka lat jako osobista zabójczyni Korony, zdobędzie wolność. Wiedziona tą pokusą zgadza się, a miasto, oprócz walk i treningów wita ją potworami i tajemnicami z dawnych lat.

- Wybierz coś innego. Może nasz trening stanie się ciekawszy. Mam nadzieję, że wreszcie się zmęczę.
- Obedrę cię żywcem ze skóry i wycisnę ci gałki oczne! - mruknęła Celaena, podnosząc rapier - To cię na pewno zmęczy.
      To moje drugie podejście do serii, dlatego mniej więcej wiedziałam czego oczekiwać. Miałam jednak nadzieję, że tym razem odbiór byłby lepszy.
      Nie ukrywam, fabuła całkiem mi się podobała. Sam pomysł jak połączyć życie pałacowe i dawne tajemnice było dobrą drogą. Nudno czytać o paniusi na salonach, ale o zabójczyni to co innego, zdecydowanie lepiej. Do tego podziwiam, że autorka tak komplikowała wszystko, tak utrudniała życie bohaterom, że gdy tylko zbliżałam się do jakiejś odpowiedzi, rozwiązania problemu, czy po prostu jakieś informacji, nagle myk, jeszcze większy chaos i wszystko, do czego dążyłam, oddalało się ode mnie o kolejne kroki. I tak cały czas. Jak trzeba wymyślić, a przede wszystkim ile tego trzeba wymyślić, żeby zapełnić tak całą książkę! Jednak z drugiej strony wykonanie tego wszystkiego było już zdecydowanie gorsze. Zdecydowanie zmarnowany potencjał. I nie wiem czy to wina tłumaczenia, czy autorka tak właśnie napisała, to po prostu momentami… nudziłam się! Pomimo ciągłej akcji, ciągłych plot twistów, byłam znudzona. Nie potrafiłam się wdrożyć w fabułę, nie potrafiłam tego wszystkiego odczuwać, ale jednocześnie doceniałam to wszystko, co zostało stworzone.
      Jeśli chodzi o fantastyczny świat, to z pozoru nie do końca mi na początku pasował. Był zupełnie odrealniony od świata wykreowanego przez Maas. Jednak im dalej w las, tym drzewa jakieś zieleńsze. Mając już jakieś podstawy i nawiązania, jakoś łatwiej było to wszystko połączyć, dopasować do siebie.
      Brakowało mi rozwinięcia turnieju. Zbyt duże skupienie na postaci Celki (wątek miłosny śmiało można było wyrzucić do kosza) sprawiło, że jedna z dwóch najważniejszych linii fabularnych została potraktowana po macoszemu. Niektóre konkurencje zostały tylko wspomniane, a treningi skrócone do minimum, a przecież to od niego zależało, czy Celka wróci do kopalni, czy też nie. I tu też leży niewykorzystany potencjał. Bo przecież nasza Celka jest zabójczynią! Można by idealnie przedstawić tę stronę jej osobowości, pokazać nam cały obraz dziewczyny, a nie tylko panienkę w zameczku w sukniach z marzeń. To by tak pięknie to dopełniło, ale nie, bo po co. Lepiej pisać o słodyczach i zamkowym życiu Celki. No ludzie, trzymajcie mnie, bo kiedyś rzucę tym telefonem przez książki, które na nim czytam. A obecnie nie mam żadnego w zapasie!
      Największa wadą tej książki jest to, że niektóre rzeczy muszą zostać opisane, nazwane, bo inaczej ich nie odczuwamy. Celaena jest zabójczynią - nazwali to, ale po jej zachowaniu tego nie widać. Celka była w kopalni, gdzie wyniszcza się organizm - ok, pokazali to na początku, ale potem praktycznie nic z tego nie wynikło, ani stan zdrowia dziewczyny, ani osłabienie, ani nic, po prostu fakt, który dodaje dramatyzmu postaci. Chaol i Dorian są wieloletnimi przyjaciółmi - po ich zachowaniu nie powiedziałabym, o wiele bardziej wyglądają jak książę i kapitan gwardii, którzy współpracują wiele lat. Rozumiecie o co chodzi? To tak, jak kiedy ktoś mówi, że jest fajny, bo z jego zachowania tego nie wynika, ale chce, by każdy wiedział, że jest fajny. Niestety, wiele rzeczy tak zanika. Ale z drugiej strony trzeba by było przerobić ponad połowę książki, jak nie więcej, żeby to wszystko ukazać.
      Odnośnie trójkąta miłosnego mam tylko jedno zdanie: Dziadostwo. Po prostu dziadostwo.

-Idź sobie stąd. Chce umrzeć.
-Piękne dziewice nie powinny umierać w samotności- rzekł i nakrył jej dłoń własną.- Czy chcesz, abym ci poczytał w chwili twojej śmierci? Ktorą historie wybierasz?
Celeana cofnęła dłoń.
-Może o księciu-idiocie, który nie chciał zostawić zabójczyni w spokoju?
-Och! To moja ulubiona historia! Ma przecież szczęśliwe zakończenie, wiesz? Zabójczyni udawała złe samopoczucie, aby przyciągnąć uwagę księcia! Ktozby się domyślił? To doprawdy sprytna dziewczyna. A scena łóżkowa jest doprawdy urzekająca. Warto brnąc przez te niekończące się sprzeczki, aby do niej dotrzeć!
      Największy minus tej książki, to główna bohaterka. Borze zielony szumiący za oknem, jak ona mnie irytowała. Miałam wrażenie, że jest durna, chociaż nie była. Z każdą kolejną stroną miałam jej coraz bardziej dość. Taka potężna zabójczyni, taka cudowna, taka wspaniała! I chociaż na zadaniach radziła sobie całkiem spoko, tak samo jak na treningach, to nie widać było tego, kim była. Zachowywała się jak n astolatka z nadętym ego. Miałam wrażenie, że trzeba było mi przypominać jak wspaniała jest, bo nie było tego po niej widać. No naprawdę! I chociaż wiem, że musiała szybko dorosnąć, to zachowywała się jak nastolatka i trzydziestolatka jednocześnie, a dodatkowo chyba nawet wymagała, by traktowali ją jak dorosłą. A w książce ma siedemnaście lat, jeśli dobrze pamiętam. Toż to smarkula. I poza tym jak mogę uwierzyć, że tak młoda osoba będzie najwspanialszą zabójczynią w państwie? No przepraszam, ale to mi zalatuje Mary Sue. Praktycznie idealna postać. O jeżu z jabłuszkiem na grzbieciku, dawno nie wyklinałam tak bohatera. No nie mogłam baby znieść. Jedyne co ją ratuje to okruch człowieczeństwa. Znaczy, kamień człowieczeństwa. Bo jak autorzy zazwyczaj opisują najlepszych zabójców jako zimne, ciche postacie, które nienawidzą każdego, albo mają typowo neutralny stosunek do życia, tak tutaj Celka kocha piękne suknie, kocha zwierzęta, chce uratować pieska, kocha czytać… Jest po prostu człowiekiem. I z jednej strony to nie jest obraz, do którego przywykłam, tak z drugiej prawie mi on pasował. Prawie, bo jednak odrobinę kłócił się z zabójczą naturą Celki.
Wspomniałam na początku, że Celka nie jest durna? Otóż jest. Wyobraźcie sobie, macie ważny egzamin fizyczny, ćwiczycie do niego, trenujecie, aż nagle stwierdzacie, że dwie noce PRZED egzaminem nie będziecie spać, tylko czytać. Kobieto, tu się ważą losy twojej wolności, jesteś aż tak durna, czy aż tak wielkie ego masz, że nie potrzebujesz odpoczynku?! I jeszcze kreowanie postaci na wybitną zabójczynię, która przez większość czasu tylko jęczy i marudzi i narzeka… Nie. Po prostu nie.
      Przez jakiś czas miałam wrażenie, że Chaol jest tą dobrze napisaną postacią, aż właśnie drugi raz sięgnęłam po tę książkę. Ja przepraszam bardzo, ale czy ten facet ma jakieś kompetencje? Kapitan Gwardii, czyli facet odpowiedzialny na Gwardię, za bezpieczeństwo, z głową na karku, który przejmie dowodzenie w momentach grozy. A t przychodzi problem i Kapitanik nie wie jak się zachować, bo tak strasznie jest. Tak, chodzi o sytuację z niedojedzonymi psami. Nie wiedział jak postąpić, gdy znajduje resztki psów. W tej chwili tego nie wiem, ale jakbym była Kapitanem Gwardii, a do tego tak zachwalanym, tak komplementowanym Kapitanem Gwardii jak Chaol, to raczej bym wiedziała. A nie puszyła się jak paw, robiła za ważniaka i dezorientowała się, gdy coś by się gorszego działo.
      Księcia jeszcze jako tako zniosłam, chociaz nadal dziwię się, że według niego atak wściekłości, krzyczenie na przedmioty i gryzienie kija do bilardu przez OPANOWANĄ zabójczynię jest urocze. Facet chyba rzadko kiedy randkował z kobietami, skoro ma takie, a nie inne poczucie uroczości.

[...] zdobywca drugiego miejsca to tylko trochę bardziej eleganckie miano dla pierwszego przegranego.
      Jestem tak bardzo zawiedziona. Po licznych komentarzach, że “Szklany Tron” jest najlepsza serią Maas miałam dość spore oczekiwania, niestety jednak legły one w gruzach. Chociaż świat stworzony został naprawdę dobrze, tak oprócz ciągłego wodzenia czytelnika za nos odnośnie rozwiązania problemów chyba jedyny plus tej powieści. Niestety, główna fabuła zazwyczaj obejmuje Celaenę i jej rumieńce do Księcia czy Chaola. To co najważniejsze, czyli turniej, został potraktowany po macoszemu. Jej zabójcza część osobowości została przytłumiona na rzecz rozpieszczonej, marudzącej i jojczącej nastolatki, która krzyczy na bile, bo nie trafiła do dziury. Ta opanowana, trzymająca emocje na wodzy jest chodzącym wulkanem emocji, które się z niej często wylewają. Nie ma nad nimi żadnej kontroli. Nauczona zabijać bez mrugnięcia okiem rumieni się od pocałunków. Książka pełna sprzeczności, chowająca to, co powinno być najważniejsze, a eksponująca typowo młodzieżowe “wartości” jak trójkąt miłosny, za ciasne pantofelki, czytanie romansów czy Mary Sue. Nawet nie mogę powiedzieć, że przynajmniej szybko się czytało. Wynudziłam się strasznie, męczyłam się okropnie. Niestety, ale bardzo dużo mam do zarzucenia tej książce. Przede wszystkim zmarnowany potencjał, bo fundamenty pod fabułę są świetne (zabójczyni po roku w kopalni bierze udział w treningu, by zyskać wolność), jednak wykonanie… Bardzo, ale to bardzo słabe. Jedyne co, to warto przeczytać przy okazji czytania Księżycowego Miasta, bo są pewne nawiązania. Nawet ponowne przeczytanie nie uratowało tego tomu. Jak był słaby, tak słaby został. Meh.

  Tytuł: Szklany tron
  Seria (tom): Szklany tron (1)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 520
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2013

22 lipca 2024

Czy to zombi? Czy to duch? czyli "Alicja w krainie zombie" Gena Showalter

      Gena Showalter to jedna z moich ulubionych autorek. Pokochałam jej pisanie przez książki z serii Władcy Podziemi, gdzie po prostu bawi się mitologią, łącząc ją z romansem. Tutaj, jak sam tytuł wskazuje, mogłam spodziewać się czegoś w rodzaju Alicji w krainie czarów, lecz z zombie w roli głównej. Byłam zaintrygowana, chociaż jednocześnie z lekką niechęcią do tego podchodziłam. No ale cóż, mam zamiar przeczytać wszystkie jej książki, więc przyszła kolej na tę!

      Ali to młoda dziewczyna, która żyje w swego rodzaju klatce. Wraz z całą rodziną nie może wychodzić z domu po zmroku z powodu fobii ojca. Mężczyzna w ciemności widział potwory, przed którymi chciał chronić swoją rodzinę. Wystarczyło jedno wyjście z domu, by Ali straciła bliskich. Ten jeden wypadek pociąga za sobą konsekwencję. Przeprowadza się do dziadków. Zaczyna nową szkołę. Spotyka przystojnego Bad Boya, z którym zaczyna mieć różne wizje, kiedy spojrzą na siebie po raz pierwszy danego dnia. A co najważniejsze, zaczyna widzieć potwory, których tak panicznie bał się jej ojciec.

Każdego dnia zegar tykał - albo nie. Koniec mógł nadejść w ułamku sekundy. Mgnienie oka, oddech, chwila. Nie ma, nie ma, nie ma.
      Nie jestem fanką zombie, no to jedyna rasa, o której nie lubię czytać, bo jedyne z czym mi się kojarzy to walka, walka i walka, a takie książki nie za bardzo mi podchodzą. Tutaj jednak nie była to apokalipsa i rozpaczliwe próby przetrwania, lecz coś innego, coś bardziej normalnego. Ale zacznę od początku. Pierwsze strony przedstawiają z pozoru sielskie życie rodziny, które kończy się tragedią, wszyscy, oprócz głównej bohaterki, umierają. To nie spoiler, to się dzieje w pierwszym rozdziale. I z jednej strony można to ominąć, bo nie jest jakoś bardzo interesujące, ale z drugiej szkicuje nam trochę relacje między wszystkimi, a ojcem, wpadającym w paranoję. Pokazało, że to, co się później będzie działo, od dawna było połączone z rodziną bohaterki. Wkurzona byłam dopiero po tym fragmencie, kiedy nadeszła dosłownie scena z typowym liceum. O borze zielony, szumiący za oknem, myślałam, że rzucę książką o ścianę. Naprawdę nie miałam ochoty czytać dram nastolatek, zwłaszcza że byli pokazani ci popularni i wredni. Ale stwierdziłam, że dla autorki spróbuję przeczytać dalej. No i całe szczęście, że to zrobiłam, bo chociaż szkoła nadal stanowi bardzo ważną część fabuły, nie jest ona takim typowym, chamskim przedstawieniem tej placówki. Dało się jakoś wytrzymać. Większość jednak sytuacji, nawet tych w szkole, skupiała się na Ali i na zombi. Autorka zręcznie manewrowała sytuacjami pomiędzy życiem szkolnym, a zabijaniem zombi, zachowując między jednym a drugim balans.
      A jeśli chodzi o zombi, jestem wdzięczna, że autorka nie poszła w klasykę. Brak tutaj rozpadających się trucheł, zgniłych, śmierdzących zwłok, które dobijają się do domu, za to mamy byty duchowe, które żywią się energią, a nie mięsem. Coś nowego i dla mnie akceptowalnego. O takich zombie mogę czytać. Jednak, żeby was nie zmylić, stwory te nadal są potworami. Strasznymi, przerażającymi, zabijającymi ludzi monstrami, które trzeba unicestwić. Co do tego nie ma wątpliwości. I dobrym zabiegiem był fakt, że nie każdy widzi zombie. I tu jest właśnie trochę wytłumaczenie początku książki, gdzie tylko ojciec Ali starał się chronić dom, bo tylko on widział te potwory.
      Troszkę zabrakło mi nawiązania do Alicji w Krainie Czarów, chyba że przyjąć świat z zombi jako właśnie ta inna traina, bo przecież widząc te potwory nie jest się już takim samym. Ale z drugiej strony… Gdzie Biały Królik? Haha. A tak serio, naprawdę mogłoby być więcej nawiązań, wykorzystań oryginału.

Jeszcze raz spróbowałam wyswobodzić dłoń z jego uścisku i jeszcze raz przytrzymał ją siłą godną imadła.
– Spróbuj tylko zwiać – mruknął. – Ani mi się waż.
– Nie próbowałam zwiać – odmruknęłam. – Chciałam tylko uwolnić rękę, żeby dać ci w twarz.
      Ogólnie nie znoszę bohaterek tak zwanych “miękkich kluch”, dlatego byłam ciekawa jak Gena wykorzysta dziewczynę w walce z zombie. Na początku Ali jest zwykłą nastolatką, jednak pod wpływem tragicznych zdarzeń musi szybko dorosnąć. Jak na swój wiek staje się bardzo dojrzała, co widać nie tylko po tym co mówi, lecz przede wszystkim co robi, a robi naprawdę wiele. Można powiedzieć, że kategorycznie nie jest księżniczką czekającą na ratunek, tylko sama weźmie nóż i uratuje się z opresji. Sama dla siebie jest księciem na białym rumaku. Nie ucieka, nie chowa się, napierdziela do przodu, a najlepiej w pierwszej linii. Pokochałam ją za to, że obroniłaby bliskich kosztem własnego życia.
      Zaraz za Ali podążą Cole, bożyszcze licealistek, obiekt westchnień chyba całej żeńskiej części szkoły. I można by uznać, że będzie zadufany w sobie, o wielkim ego, który innych ma za nim, a nawet trochę się na takiego kreuje, lecz to wszystko ma drugie dno. Chłopak martwi się o innych, nie dopuszcza postronnych do siebie, by nie narazić ich na zombi. Jednocześnie można uznać, że to typowy bad boy z czasów, kiedy książka wyszła. Pan idealny, Pan cudowny, Pan wspaniały. Momentami to wkurzało, ale no, wybaczało się wiele dla niego.
      Postacie dalszoplanowe były całkiem sympatycznie stworzone. Kat była cudowną przyjaciółką, która rozświetlała tę książkę. Momenty z nią wprost uwielbiałam! Dziadkowie Ali to przeurocza para starszych ludzi, która musiała się odnaleźć w nowej roli, a mianowicie w wychowaniu nastolatki, która chodzi zabijać zombie, o czym oczywiście oni nie wiedzą. Każdy z ekipy też był ważny i inny, by już po samych słowach czy zachowaniu można było ich rozpoznać.

Wciągnęłam w płuca powietrze, odetchnęłam – i wyczułam najbardziej odrażającą woń. Zmarszczyłam odruchowo nos i skrzywiłam się. Słowo daję, gdyby ktoś wetknął głowę w odbyt zdechłego konia, to nie poczułby takiego zapachu (nigdy tego nie robiłam, tak na marginesie. Tylko sobie wyobrażałam).
      Książka zaskoczyła mnie nie tyle budową świata, co stworzeniem nowej wersji zombi. Dzięki temu stała się dla mnie znośniejsza, a nawet całkiem przyjemna w czytaniu. A połączyć to z delikatnym romansem i życiem szkolnym daje nam całkiem zróżnicowaną, ale spójną książkę, która zatrzyma przy sobie czytelnika. Patrząc z perspektywy czasu, książka mogła się źle zestarzeć, jednak patrząc przez pryzmat roku wydania, całość wygląda naprawdę dobrze. Że tak powiem, baba z jajami, bad boy i idealna, sarkastyczna przyjaciółka to był przepis na idealną fabułę tamtych lat. Samo czytanie zabrało mnie w nostalgiczną wyprawę w przeszłość, kiedy to książki fantastyczne dla nastolatek nie były na aż tak wysokim poziomie, a przede wszystkim miały bawić, bez doszukiwania się błędów. Zdecydowanie polecam nastolatkom, mam nadzieję, że odkryją w tej książce coś dobrego, coś przyjemnego i będą się rozkoszować czytaniem. I pamiętajcie, to tak zwany romans paranormalny, one rządzą się swoimi prawami bycia prawie idealnymi pod względem romansu!

  Tytuł: Alicja w krainie zombie
  Seria (tom): Kroniki Białego Królika (1)
  Autor: Gena Showalter
  Tłumaczenie: Jan Kabat
  Wydawnictwo: HarperCollins
  Liczba stron: 512
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2013

30 czerwca 2020

Trochę bulwersu i załamania rąk, czyli "Sam & Cat" sezon 1

Tytuł oryginalny: Sam & Cat
Rok produkcji: 2013
Gatunek: serial młodzieżowy
Odcinki: 35x23 min
Twórca: Dan Schneider

Z serialami mam o tyle problem, że muszą mieć to coś, żeby mnie przyciągnąć. Albo być tak głupie, żeby patrzeć do jakiej granicy mogą dotrzeć. W tym przypadli obserwowałam to drugie. Ale o Sam i Cat słyszałam już dawno temu, widziałam filmiki, podkłady głosowe na Tik Toku, gify, dlatego byłam ciekawa o co chodzi z tym serialem, czemu jest taki memiczny. No i się dowiedziałam.

No więc w skrócie, Sam szuka mieszkania, a Cat współlokatorki, ponieważ babcia Cat chce przeprowadzić się do domu spokojnej starości. Dziewczyny mieszkają razem i próbują normalnie funkcjonować.

Od samego początku wiedziałam, że to serial młodzieżowy, więc jest nastawiony na dziwne sytuacje, śmieszny, pełen głupiego dowcipu, ale czasami przesadzali. I to bardzo. Poziom głupoty i debilizmu sięgał zenitu z odcinka na odcinek. Jak jeszcze kilka początkowych było w miarę spoko, tak coraz dalej to było dążenie do istoty głupoty. Wiedziałam mniej więcej do czego dążyli twórcy. Radzenie sobie w domu dwóch nastolatek? OK. Próba wyjścia z problemów? Jestem za. Tworzenie debilnych i niebezpiecznych sytuacji, by było śmiesznie i wynajdywanie jeszcze gorszych rozwiązań? Nie. Po prostu nie. Da się przecież zrobić porządny serial, pełen śmiesznych sytuacji czy gagów, ale z głową. Chociażby Alexa i Katie! A tu dostałam przeciwieństwo tego, co powinno się wydarzyć.

Pośród całej tej bandy dzieciaków, którzy stanowią paczkę głównych bohaterów, mimo wszystko najbardziej polubiłam Sam. Jest uparta, stanowcza, szalona, sarkastyczna, agresywna... Sam rozumiesz do czego dążę. To typowa bad girl, która nie jest miałka. Czasami jej zachowanie było, według mnie przynajmniej, zbyt destruktywne, na które nikt normalny by się nie zdobył.
Cat za to jest idiotką. Dosłownie. Ja się zastanawiam nad jednym. Jak ona ogarnęła jak się oddycha? Patrząc na poziom jej zachowania i wypowiedzi ja się dziwię, że nie dostała orzeczenia o niepełnosprawności intelektualnej, albo zaświadczenia o autyzmu. Ta dziewczyna nie nadaje się do życia w społeczeństwie i samemu. Po prostu nie radzi sobie z niczym.
Babcia nie jest lepsza! Widząc jak jej wnuczka radzi sobie z życiem spierdziela do domu spokojnej starości, żeby sobie wygodnie żyć! Dla mnie to jest skrajnie nieodpowiedzialne, żeby tak się zachowywać. A producenci i scenarzyści jeszcze temu przyklaskują!
Cała reszta też nie jest lepsza. Chłopak, którego jedyną ważną wartością są pieniądze, wszystko dla nich zrobi, nawet sprzeda bliskich. No i dorosły facet, który jest po prostu debilem. Taki ułom, któremu zabrano połowę mózgu i kazano żyć na niskich ustawieniach. Jak można przestawić tak kogokolwiek? Jak? To już krzesło było mądrzejsze od niego!

Cały serial jest super toksyczny, głupi i bezsensowny. Co z tego, że jest śmieszny, skoro oglądają go młode osoby i jedyne co wynoszą z niego, to fakt, że życie idioty jest łatwiejsze, nawet najgłupszy pomysł się sprawdzi, babcię można spławić do domu spokojnej starości, a życie jakoś się ułoży, bo spotka się równie ułomnych ludzi, których będzie można oskubać z kasy. A i też fakt, że przestępstwa to nic wielkiego, przecież to takie zabawne! Nienawidzę tego serialu. Po prostu nienawidzę. Jak jeszcze dwa albo trzy pierwsze odcinki mogłabym obejrzeć kątem oka, tak im dalej, tym bardziej jestem za, by nikt tego nie oglądał. Nie i już. Zmarnowałam tylko czas, a mogłam przeczytać coś ciekawego.

29 czerwca 2020

Królowe nigdy nie zaznają szczęścia, czyli "Nastoletnia Maria Stuart" sezon 1

Nazwa: Nastoletnia Maria Stuart
Tytuł oryginalny: Reign
Rok produkcji: 2013
Gatunek: dramat, historyczny, romans
Odcinki: 22x42 min
Twórcy: Laurie McCarthy, Stephanie SenGupta
Kraj oryginalnej premiery: USA

Informacja, że Netflix usuwa Reign dwudziestego ósmego marca skłoniła mnie do szybszego sięgnięcia po ten tytuł. Dawno, dawno temu, bo chyba jakieś 3 lata, obejrzałam pierwsze trzy odcinki i obiecałam sobie, że do tego wrócę. No i wróciłam.

Maria Stuart przebywa obecnie w klasztorze. Jednak podczas śniadania jedna z zakonnic zostaje otruta, co świadczy o tym, że ktoś chciał zabić młodą królową. W obawie o jej życie dziewczyna zostaje przewieziona na dwór Francji, gdzie zamieszkuje rodzina królewska wraz z młodym Franciszkiem, który został z nią zaręczony w wieku 6 lat. Jednak nie wszyscy są przychylni temu małżeństwu, a zwłaszcza Katarzyna, królowa Francji. Próbuje ona pozbyć się Marii, zachowując jednocześnie swoją pozycję. Maria próbuje odnaleźć się w nowym otoczeniu, dbając w tym samym czasie o swój lud i poddanych. Nie brakuje tu również intryg, zwrotów akcji, konfliktów politycznych jak i przepowiedni jasnowidza.

Już od początku wiedziałam, że to nie będzie wierne odwzorowanie historii, tylko opowieść o młodej królowej, inspirowanej życiem prawdziwej Królowej Szkocji. Sezon pierwszy skupiał się głównie na intrygach zamku jak i emocjach Marii. Głównym silnikiem fabuły było pokazanie spiskowego życia w zamku jak emocji młodej dziewczyny. No i głównie przez to cały serial jest bardziej skierowany dla młodszej widowni niż dorośli. Polityka jest ważna w historii, to ona zmusza do działania, wywiera presję na bohaterach, jest po prostu tłem wszystkich wydarzeń. Niejednokrotnie oglądałam planowania czy pertraktacje, gdzie na szali wisiało dobro ludu Szkocji, jednak... Można powiedzieć, że to wszystko zostało obsypane emocjami. Nawet jeżeli toczyły się rozmowy o wysłanie armii do kraju Marii, to miałam wrażenie, że to jest walka o uczucia, a nie o zachowanie niepodległości. Jak dla mnie plusem było wplecenie do fabuły przepowiednia Nostradamusa. Dało to mały watek fantastyczny, ale niesamowity silnik wydarzeń i usprawiedliwienie działań bohaterów.

Jeśli chodzi o Marię, bo mam mieszane uczucia. Jej charakter dopiero się kształtował, więc nie miała stałego zachowania podczas podobnych sytuacji. Na samym początku Maria była zagubiona i było to widać jak na dłoni. Chciała dobrze, chciała po swojemu, ale nie do końca znała zasady panujące na dworze. Mimo wszystko jakby czuła potrzebę pokazywania, że ma nad wszystkim kontrolę. Wiem, że odpowiedni odbiór królowej przez poddanych jest ważny, bo od tego zależy szacunek i brak buntów, ale zabrakło mi delikatności w tym, wyczucia. Mimo wszystko z każdym odcinkiem była coraz lepsza, odnajdywała się i uczyła na własnych błędach. Widać było, że czuje się coraz lepiej we władzy i powoli rozumie jak postępować ze wszystkim.
Franciszek za to skradł moje serce. Rozważny łobuz o złotym sercu, dbający o swoich ludzi jak i o Marię. Naprawdę podobał mi się jego stosunek do swojej przyszłej żony. Cały czas był sobą. Nawet jeśli miał trudne wybory, wybierał zgodnie z własnym charakterem. Nawet jeśli rozkazał innym coś, z czym personalnie się nie zgadzał, pokazane było jak to odczuwa, jak na to reaguje. I to był jego największy atut. Został pokazany ze wszystkich stron, jako mężczyzna, władca ludu, król, zakochany, człowiek, a nie tylko wydający rozkazy.
Sebastian za to był... Dziwny. Nie skradł mojego serca, nie do końca go rozumiałam, ale doceniałam jego czyny. To jak dbał o Marię czy brata świadczyło o jego dobroci. Mimo wszystko nie zdobył mojego serca. I co z tego, że miał swój charakter, działał logicznie, skoro nie miał tego czegoś, czego szukam u facetów? No nie. Po prostu nie.
Za to charakterna była królowa Katarzyna. Cały sezon spiskowała, knuła i rozkazywała w całym zamku. Jej dążenie do celu było jak cięcie nożem od tyłu. Proste i krwawe, a do tego nie widać kto to był. Była szczera w swoim zachowaniu, jak kogoś nie lubiła, pokazywała to. Miała swoje priorytety, których się trzymała i za które walczyła. Nie przejmowała się przeciwnościami, zawsze starała się znaleźć drogę do ich ominięci, by tylko się nie poddać. Tak, jest to postać to znielubienia przez jej zachowanie względem Marii, syna czy interesom Szkocji, ale patrząc na całą jej osobowość, pozycję i historię wszystko ma swoje powody. Nic nie robiła bez przyczyny.
Damy dworu od początku były dobrze przemyślane. Każda z nich była inna, miała swój odrębny charakter, ale jako gruba działała jednomyślnie, doradzając Marii. Nie zostały one zesłane na dalszy plan, wzywane jedynie podczas rozmów, ale wpleciono je w życie dworskie, wprowadzając powiew świeżości. Chociaż z drugiej strony dzięki jednej z nich został wprowadzony drugi trójkąt miłosny, który bardziej mnie ekscytował niż wybory miłosne Królowej Szkotów. Naprawdę bardzo, ale to bardzo podobało mi się jak poprowadzono ich historie, zwłaszcza mając na uwadze fakt, że żadnej z nich nie oszczędzono i każda z nich wiele przeszła.

Serial sam w sobie nie był zły. Fakt, miał swoje gorsze chwile, ale zdecydowanie więcej miał tych lepszych. Większość sezonu połykałam, ignorując czas zewnętrzny. Jednak było parę wątków, które można by pokazać inaczej, bardziej interesująco. Jak już wspomniałam, dobrym pomysłem było wprowadzenie lekkiego powiewu fantastyki, czyniąc ten serial czymś więcej niż suchym pokazaniem przeszłości, czy typowego romansu. Polecam Ci bardzo serdecznie, jeśli lubisz seriale kostiumowe, suknie są tam przepiękne! Chociaż nie były odwzorowane w stu procentach na te z szesnastego wieku, to miały w sobie ten pazur. Sama chciałabym mieć jedną z nich w swoim rozmiarze. Ale wracając do głównego wątku. Oglądnij! Nie oczekuj czegoś wybitnego, po prostu oglądnij!

5 maja 2020

Ugrzeczniony zabójca? czyli Arrow sezon 2

Nazwa: Arrow
Tytuł oryginalny: Arrow
Rok produkcji: 2013
Gatunek: science fiction, akcja
Odcinki: 23x42 min
Reżyseria: David Nutter, Guy Norman Bee, John Behring
Kraj oryginalnej premiery: USA

Drugi sezon zaczyna się niedługo po akcji w pierwszy. Gates zostało zniszczone, ludzie, w tym Tommy, przyjaciel Olivera, nie żyje, a świat toczy się dalej. Na horyzoncie pojawiają się naśladowcy Kaptura, w mieście odbywają się wybory na burmistrza, a Moira Queen czeka na rozprawę sądową. Niby wszystko idzie do przodu, jednak znowu w mieście pojawiają się złoczyńcy, więc Oliver musi wrócić z "wakacji" na wyspie. Sprawa jest o wiele grubsza, ale i jednocześnie prostsza, niż się wydaje.

Oliver po tragedii w Starling City próbuje się zmienić. Ma dość zabijania, widzi swoje błędy i szuka celu w swoim życiu. Wyspa, na której kiedyś utknął, mu pomaga, jednak Kaptur jest potrzebny w mieście, a Oliver rodzinie. To początek serialu, ale i moment, w którym zmienia się całe postępowanie Olivera jak i funkcjonowanie całego miasta. Na początku fabuła skupia się na Gates, gdzie rozegrała się tragedia. Dosłownie wszystko do tego nawiązuje. Nie tylko zachowania bohaterów, ale życie mieszkańców Starling City. Wszyscy politycy nawiązują do tego wydarzenia, kandydaci na stanowisko burmistrza wykorzystują tę tragedię, by mieć przewagę nad innymi. I to jest dobre podejście do całej sytuacji, ponieważ fabuła nie skupia się tylko na Oliverze i Kapturze, ale na życiu mieszkańców. Kolejną sprawą, która mnie kupiła, była akcja z Mirakuru. Po prostu fenomenalne użycie cudownego środka, by stworzyć praktycznie niemożliwych do pokonania przeciwników, a jednocześnie pokazać jak rząd potrafi działać w trudnych momentach. Tutaj z mojej strony wielkie brawa za to jak została poprowadzona fabuła. Nikt nie szedł na łatwiznę, zostało postawionych wiele przeszkód, a jeszcze więcej rzeczy się nie udało, ale dzięki temu wyszło naprawdę dobre widowisko.
Dodatkowy plusik? Flash! Wreszcie dowiedziałam się jak Barry i Oliver się poznali! No dla mnie to spotkanie było kwintesencją ich osobowości! Tak bardzo różne osoby, zupełne przeciwieństwa! Idealnie skomponowane w całość.

W tym sezonie Oliver ma o wiele więcej na głowie. Nie tylko te kilka lat na wyspie, ale również wydarzenie w Gates. Próbuje się odseparować od wszystkiego, ale nie może, bo miasto go potrzebuje. Jest rozerwany pomiędzy chęcią zlikwidowania złoczyńców, a niezabieraniem życia innym. Tutaj było duże pole do popisu na temat moralności jak i priorytetów Olivera jako człowieka, a nie tylko maszyny do zabijania "stworzonej" na wyspie. Miałam wrażenie, że Arrow chciał działaś bardziej samodzielnie, by nie narażać swojego zespołu. To było zrozumiałe, patrząc na to jak skończył jego przyjaciel. Tu zaszła w Oliverze zasadnicza zmiana. Nie był już Mścicielem. Ten rozdział już zamknął. Stał się Obrońcą. To słowo idealnie odzwierciedla jego stan, moment i miejsce, w którym się znalazł. I widać, że zmienił się pod wpływem wydarzeń. Dojrzał, zaczął doceniać życie jak i rodzinę. Jest progress, a nie tylko stała linia.

Team Arrow? Nadal na miejscu! John Diggle dalej jest sobą, pomaga Oliverowi i chroni życie innych. Tutaj był najmniejsza zmiana jeśli chodzi o zachowanie. Fakt, miał kilka trudnych decyzji do podjęcia, jednak nadal był odważnym, dążącym do celu facetem. Miał mały epizod z wojskiem rządowym, co było początkiem do nowych możliwości dla Olivera.
Co do Felicity Smoak, pokazano jej inną twarz. Do teraz była głównie superinteligentną i technologicznie sprytną kobietą, a tutaj po prostu wpadła po uszy po poznaniu Bary'ego. Tak! Był wątek miłosny, któremu kibicowałam! Rozwinął tę postać pod kątem osobowości i człowieczeństwa, stała się kimś z życiem, a jedynie pracownikiem.
Dobrze było widzieć, że pozostałe postacie nie zostały zmarnowane. Thea wydoroślała, tak samo jak jej facet, chociaż wątki z jej udziałem były bardzo nastoletnie. Wzloty, upadki, miłość, problemy w miłości. Można było trochę tutaj pokombinować, ale mimo wszystko Thea to nadal nastolatka z przejściami. Dziewczyna stanowiła niezły kontrast, tworząc problemy życia codziennego i miłosnego na tle ratowania miasta czy świata przed nienawistnym mężczyzną.
Mówiąc ogólnie, każdy z bohaterów "dorósł", przeszedł metamorfozą zależną od jego przeszłości. Nie ma postaci, która zostałaby taka sama jak w pierwszym sezonie. Ewolucja to coś normalnego, naturalnego, coś, czego oczekujemy po jakichkolwiek zdarzeniach. I właśnie do otrzymałam! Czy to Moira Queen, Felicity Smoak, czy też klasyczny John Diggle. Za to szanuję ten serial. Pokazuje, że wszystko jest przemyślane, ma swój cel, nic nie jest zbędne, a świat i jego dzieje po prostu kształtują człowieka.

Drugi sezon oglądało mi się o wiele przyjemniej niż pierwszy. Może to zasługa gościnnego występu Barry'ego Allena? Może fakt, że już coś o świecie wiedziałam i nie miałam natłoku informacji, tylko stopniowe rozłożenie? Nie wiem. Ale jedno muszę przyznać. Pojawienie się niektórych postaci, których bym się nie spodziewałam, sprawiło uśmiech na mojej twarzy. Mniej więcej wiem co się będzie działo w dalszych sezonach, bo lubię sobie spoilerować cokolwiek czytam czy oglądam, ale nadal jestem ciekawa jak potoczą się niektóre wątki, co zrobią bohaterowie i co się stanie z Theą. Naprawdę polubiłam tę dziewczynę! Do tej pory serial szedł w dobrym kierunku, mam nadzieję, że nie spierdzielą mi go w dalszych częściach. Oby trzymali poziom!

12 października 2019

Klon klonowi nierówny, czyli "Orphan Black" sezon 1

Nazwa: Orphan Black
Tytuł oryginalny: Orphan Black
Rok produkcji: 2013
Gatunek: science fiction
Odcinki: 10x43 min
Scenarzysta: Graeme Manson
Reżyser: John Fawcett

Wiesz jak to jest wyjechać gdzieś, gdzie jest mało do robienia, człowiek się nudzi i nie wie co ze sobą zrobić, a do tego nie może spać? To właśnie ja od kilku dni. Dlatego też wieczorami/nocami uparcie oglądam Netflixa, albo czytam randomowe wypociny na Wattpadzie, bo oczywiście zapomniałam książek. No ale oglądanie serialu o północy jest całkiem spoko, zwłaszcza, kiedy łózko w miarę wygodne, a Silniejsza Połówka chrapie jak maszynka do golenia połączona z blenderem. Nie koloryzuję, serio tak chrapie. Orphan Black skusiło mnie ikonką, okładką, plakatem, no zwał jak zwał. Było dziwne i intrygujące. Nie wiem czemu, ale moim pierwszy skojarzeniem było "Orange is the new black", dlatego trochę zwlekałam z oglądaniem. Ale do rzeczy.

Sarah jest młodą kobietą, która wraca do miasta, żeby odzyskać córkę. Na peronie jednak spotyka kobietę, która zachowuje się dziwnie, ściąga buty, żakiet, a następnie... Wskakuje pod pociąg. Zwykły samobójca? Bynajmniej. Kobieta ta wyglądała identycznie jak Sarah, dlatego ta postanawia podszyć się pod zmarłą, by odzyskać swoje dziecko. Nie podejrzewa jednak, że Beth, samobójczyni, była wciągnięta w większą akcję. Dodatkowo Sarah musi teraz udawać detektyw oskarżoną o zabójstwo cywila, kiedy nie ma zupełnie pojęcia o przeszłości Elizabeth, o tym wydarzeniu, ani dlaczego dzwonią do niej obcy ludzie w sprawie spotkania i nessesera. Całość komplikuje fakt, że Felix, przyjaciel Sarah, za jej namową, sprawił, że zmarła Beth to oficjalnie w dokumentach właśnie jego przyjaciółka. A i do tego Vic, toksyczny handlarz narkotykami, który kocha Sarah i chce kasę. A to dopiero początek całej plątaniny wydarzeń.

Powiem Ci tak, nie czytałam opisu serialu, bo mi się nie chciało. No i w sumie dobrze, że tego nie zrobiłam, pewnie bym się zraziła. Jeśli chodzi o fabułę, to już pierwszy odcinek daje mocnego kopa fabularnego. Wszystko co się dzieje jest dziwne, niezrozumiałe, ale z jakiegoś powodu intrygujące. Z każdym odcinkiem nadchodzi coraz większe bagno. Wszystko się wali, sypie, co może pójść źle, to zazwyczaj idzie beznadziejnie, a kiedy widać iskierkę światła, to i tak wszystko szlag trafia. Lawina konsekwencji jest nieunikniona Co napędza każdy wątek, każde wydarzenie.
Klony, z tego co pamiętam z filmów, zazwyczaj były przedstawiane jako sztywne lalki, bezmózgie istoty, które ślepo wykonują rozkazy. Czasami zdarzyć się mogło, że jeden z nich zyskał własną świadomość i chciał żyć po swojemu, ale zazwyczaj to był zagubiony w życiu i świecie szczeniaczek. W tym serialu dochodzi się do czegoś więcej. Klony, jako wynik eksperymentu, mają własne życie, własne osobowości, marzenia, cele... To po prostu zwykli ludzie, którzy nie powstali w naturalny sposób. I nie dowiedziałyby się o tym, że nim są, gdyby nie spotkały siebie i nie zaczęły dociekać. Coś innego, coś nowego i świeżego w świecie seriali i naprawdę dobrze wykorzystane. No bo kto by nie chciał oglądać o tym jak organizacja naukowa stara się dowiadywać jak najwięcej odnoście eksponatów-klonów, inna organizacja chce je zabić, bo nie są urodzone, tylko stworzone - tak, religijni fanatycy zawsze na propsie w takich sytuacjach, no i na koniec, kto by nie chciał oglądać jak jeden przypadek rozwalił życie nieświadomej kobiecie.

Jest jeszcze coś, co mi się naprawdę spodobało w tym serialu. To, jak został przekazany. Nie ma tu ugrzeczniania scen. Kiedy ktoś kobie kogoś innego w jaja, jest to pokazane. Wbicie ołówka w oczy? Proszę bardzo! Sceny seksu? Wedle życzenia. Okaleczenia, tortury i inne uszkodzenia? Nie ma zamazanych. Coś realnego, co możemy widzieć, a nie tylko domyślać się, co się stało. Dzięki temu wiem jak każda z tych kobiet działa, co potrafi, a nie "ciekawe co zrobiła, może go kopała, bo bała się więcej? A może poszła na całość, tak wbrew temu jaka jest na co dzień?". Koniec z domysłami, jest wszystko postawione jasno i czysto.

Dla mnie szaleństwem było stworzenie tak różnych, odmiennych postaci. Kompletne przeciwieństwa samych siebie. Sarah to buntowniczka, punkówa, która próbuje udawać grzeczną. Wiecznie przyciąga problemy, wszystko potrafi skomplikować, by uciec z córką. Z jednej strony próbuje uciec, a z drugiej wziąć odpowiedzialność za to co zrobiła. Podoba mi się to, że naprawdę widać jej zagubienie w świecie. Że jej natura buntownika została, chociaż trochę utemperowana, ale została, kiedy chciała się ustatkować dla Kiry. To wszystko widać w jej spotkaniach z córką, z Artem, z Felixem.
Alison to po prostu kura domowa. Ma dwójkę dzieci, męża i pistolet. Dla niej najważniejsza jest rodzina, zrobi wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Jednak, standardowo, jako kurwa domowa jest odrobinę niepewna siebie, boi się odpowiedzialności jaką niesie ze sobą cały misterny plan, a na dodatek panikuje, kiedy ktoś się skrada. Z każdym odcinkiem ona się zmienia. Priorytety zostają, rodzina nadal jest dla niej najważniejsza, ale z każdym dniem potrafi zrobić dla nich jak najwięcej, Od panicznej kury domowej, aż po pewny siebie, wyrachowany filar domu.
Cosima, uwielbiam to imię, jest przepiękne, to naukowiec. Robi doktorat z... i ma fioła na punkcie nauki. To właśnie ona zajmuje się badaniem próbek od wszystkich dziewczyn, ustala co się z nimi dzieje, kim są, skąd pochodzą i o co chodzi z nimi w tym świecie. Dla niej na pierwszym miejscu jest nauka. Kiedy jednak dochodzi uczucie, gubi się jak na nerda przystało. Jest człowiekiem i to widać.
No i Helena. Helena, której wprost nienawidzę. Wykreowana została idealnie. Maniaczka, która jest oddana sprawie. Chora psychicznie, a do tego manipulowana, by wypełniać rozkazy. Można rzec, że dopiero w kolejnych odcinkach zyskuje człowieczeństwo i własną wolę.

Najpiękniejsze jest to, że te wszystkie postacie gra jedna aktorka, Tatiana Maslany. O borze, przez pierwsze dwa, albo trzy odcinki myślałam, że to kilka kobiet, które są podobne do siebie, ale po przejrzeniu FilmWeba okazało się, że to jedna i ta sama osoba. Talent aktorski na naprawdę piekielnie wysokim poziomie. Tak zagrać kilka postaci? I to zupełnie różnych? W jednej chwili jest kurą domową, spokojną, empatyczną, a zaraz psychiczną zabójczynią, która jest chodzącym szaleństwem! Jej imię i nazwisko powinno być definicją aktorstwa. Ale to, że ona gra poszczególne postacie to nic. Ona gra postać, która udaje inną postać i, o kurde, nie widać wtedy docelowej postaci tylko... Hmmm... Może tak. Sarah udaje Alison na przyjęciu. Nie widzę Tatiany, która gra Alison, tylko Sarah, która podszywa się pod swojego klona. Ta kobieta naprawdę potrafi tak zmieszać dwie postacie, że wychodzi jak rzeczywistość! Klękajcie narody, obejrzę wszystkie filmy z tą laską.

Serial jest do pochłonięcia na jeden raz. Mi zajęło to dwie noce, bo już padałam, ale naprawdę nie mogłam się oderwać. Fabuła wciąga. Bohaterowie jak prawdziwi. Całość akcji, co mi się bardzo podobało, została oddana kobietom. Jasne, są faceci, ale ich wkład jest mniejszy niż płci pięknej, bo to właśnie ona wszystko napędza, ona stanowi źródło kłopotów i akcji. Wreszcie naprawdę dobry serial akcji, gdzie nie ma samych facetów, a kobieta nie jest jakąś super wybranką czy niewinną niewiastą. Siadaj natychmiast do Netflixa i odpalaj pierwszy sezon. Wsiąkniesz i zanim się obejrzysz, cały dzień Ci zleci, a odcinków zabraknie. Tak dobrego serialu, który nie jest fantastyką, dawno nie oglądałam. Aż jutro zacznę kolejny sezon pewnie!

31 października 2017

"Złodziej Dusz" Aneta Jadowska


Tytuł: Złodziej Dusz
Seria (tom): Dora Wilk (1)
Autor: Aneta Jadowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 448
Gatunek: fantastyka
Rok wydania: 2013

Hej Nat!
      Od zawsze szukam serii fantastycznych, by przez dłuższy czas cieszyć się jakimś uniwersum i bohaterami. O wiele bardziej wolę to od jednotomówek. Ale jak trafiłam na Anetę Jadowską? Poprzez Falkon! Była ona jednym z zaproszonych gości i uznałam, że głupio by było, gdybym nie przeczytała chociaż jednej jej książki, a że lubię zaczynać serie od początku, to padło na "Złodzieja Dusz".

      "Złodziej Dusz" to debiut Anety Jadowskiej i jak na debiut jest naprawdę dobry. Powiem szczerze, że nie spodziewałam się czegoś dobrego, jestem negatywnie nastawiona do polskich autorów, niestety doświadczenie czytelnicze robi swoje, dlatego też byłam przygotowana na kompletną klapę. No i na szczęście dostałam co dostałam.

      Dora Wilk to dorosła kobieta, która pracuje w policji. Dzięki swojemu dziedzictwu i doświadczeniu jest najlepsza. Po pracy zaś żyje pełnią życia jako wiedźma. Co najlepsze, nie jest pierwszą lepszą wiedźmą. Dora posiada w sobie dwie sprzeczne magie, magię Pani Północy, czyli wojowników, oraz magię płodności. Całość daje mieszankę wybuchową. Wszystko zaczyna się od zabójstwa staruszki, rozkręca się przy porwaniach magicznych istot, przetacza się przez bar czarta, diabła, anioła i maga, a kończy się na całkowitej demolce. Kobieta musi odnaleźć zaginionych, nie tylko dlatego, że została poproszona o to przez radę, ale i dlatego, że wśród nich znajduje się jej przyjaciółka, której czas jest policzony.

      Jak dla mnie, pomysł na historię został naprawdę dobrze przemyślany. Dobry pomysł, świetne wyszukanie informacji i doskonałe rozplanowanie fabuły to podstawa dobrze napisanej książki. Na szczęście to wszystko się tutaj znajduje. Samo zaplanowanie, jak działa porywacz, jak używa mocy, jak wybiera ofiary to dla mnie naprawdę duża sprawa. Sama czasami piszę opowiadania, więc stworzenie wątku detektywistycznego, którego rozwiązania ludzie nie domyśliliby się w ciągu pięciu minut, to dla mnie zbyt wysoki poziom (tak, wiem, niektórzy mają to we krwi, ale nie ja) i szanuję autorów, którzy to potrafią, A bezsprzecznie potrafi to Aneta Jadowska. Do magicznego śledztwa trzeba dołożyć też śledztwo w Toruniu, bo właśnie tam odgrywa się połowa fabuły. W tym mieście byłam dwa razy, więc z chęcią czytałam o miejscach, budynkach, jak one wyglądają, czym były, jednak wiem, że wiele osób może to nudzić. No cóż, prawdopodobnie mnie też zacznie, kiedy przeczytam "Złodzieja Dusz" kilkanaście razy, ale do tego czasu jest dobrze. W historii pojawia się wątek miłosny. Byłam do niego pozytywnie nastawiona, ale ciągłe spychanie Mirona do mistycznego miejsca zwanego friendzone zaczęło mnie denerwować. Było widać tam chemię, że coś się między nimi szykuje, ale nie, bo przecież przyjaźń ponad wszystko. I ja zrozumiałabym to, gdyby jedno z nich mówiło "nie", ale kiedy oboje chcą? Zaczęło mnie to trochę irytować. A do tego wplecenie Joshui... Nie ogarnęłam skąd się wzięły jego uczucia, nie miałam żadnych podstaw do tej relacji i jak dla mnie pojawiła się znikąd. Ogólnie sama historia naprawdę mi się spodobała. Fajnie została poprowadzona, ale... No właśnie...

      Weźmy na odstrzał bohaterów. Wiele osób twierdzi, że Teodora to typowa Mary Sue (panna idealna). Technicznie mają rację. Wiedźma jest piękna, inteligentna, mądra, wygadana, sprytna, a do tego potężna i utalentowana. A do tego jest przepiękna, wręcz idealna. Nienaganna figura, piękne włosy, czyli jak 99% bohaterek. Nie ma w niej wad, oprócz tego, że usilnie trzyma się swojego człowieczeństwa. Przynajmniej to jest wadą dla magicznych. Do tego Dora słucha "jedynej, prawdziwej muzyki" czyli rocku i metalu, ubiera się w tym stylu i wali ciętymi ripostami praktycznie cały czas. Najzabawniejsze jest to, że podczas czytania w ogóle mi to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Dopiero kilka dni po przeczytaniu w głowie pojawiła mi się myśl "Hej, coś jest nie tak". Muszę przyznać, że inteligencja wiedźmy została fajnie przedstawiona, pokazując niekonwencjonalne rozwiązania problemów, czyli jak połączyć systemy i sprawić, że nie będzie przez to kłopotów. Podobało mi się to, naprawdę podobało, byłam wręcz zachwycona, ponieważ ja sama na to bym nie wpadła. Do tego konsekwencje bitwy z jednej strony są przegięciem, ponieważ dają Dorze power up, ale z drugiej strony mają logiczne wytłumaczenie, co jest akceptowalne. Czasami ma się wrażenie, że Jadowska stworzyła Dorę jako super siebie, to jest Dora jest Anetą, ale taką ulepszoną. To fajny zabieg, ponieważ oddaje realizm postaci, ale można tu przegiąć, co odrobinę zgubiło autorkę. Ogólnie mówiąc Dorę, mimo tych wszystkich wad, pokochałam. Mogłaby się częściej mylić, ale na rozluźnienie idealnie się nadaje.

      Kolejni bohaterowie to Miron i Joshua. Wolę opisać ich razem, ponieważ wychowali się razem od dziecka, praktycznie cały czas są razem i są swoimi przeciwieństwami. Miron to wnuk Lucka, buntownik, rozrabiaka, ma pełno panienek, cięty język i jest niebezpiecznie podobny do Dory. Joshua to wnuk Gabriela, istny świętoszek, prawiczek (no cóż, anioły są bardzo płodne, a bycie ojcem równa się jednoznacznie z byciem dorosłym i koniec z zabawami i swobodnym życiem). Mirona w książce jest o wiele więcej, to on towarzyszy Dorze w wyjazdach, chroni ją i bije się w jej imieniu, dzięki czemu Teodora jest odrobinę bardziej bezpieczna. Chociaż i anioł, i diabeł mają ponad trzysta lat, zachowują się jak nastolatkowie, albo młodzi dorośli. W ich relacji oraz relacji z Dorą plusem było to, że nie krępowali się. Rozmowy były o wszystkim, a te o seksie i z podtekstami były luźne, frywolne i zabawne. Dobra, czasem zawstydzały Joshuę, ale to logiczne, cnotliwy aniołek prawiczek, który niezbyt przepada za Dorą (na szczęście jest logiczne wytłumaczenie tego, chwała za to, że Aneta to rozwinęła, a nie wzięła relacji z kosmosu) ma rozmawiać z nią o seksie? Oj! Z jednej strony obaj są swoimi przeciwieństwami, z drugiej zaś idealnie się dogadują i dopełniają. Czy wspomniałam, że obaj są piekielnie przystojni? No to mamy dwóch ideałów.

      Co do ras, to jestem odrobinę zniesmaczona. Jadowska poleciała stereotypami. Miałam nadzieję na coś innego, ale jak wszędzie tak są magiczni przedstawieni, to chyba nie chciała się wyróżniać, jak na swój debiut. Wilkołaki są tu przedstawieni jako wielcy, umięśnieni idioci. No wiecie, ABS - absolutny brak szyi, a do tego zero mózgu. Słuchają rapu, bo na inne piosenki są zbyt głupi. Wolą agresję niż słowa. Z jednej strony spoko, przecież oni mają w sobie wilka, a wilk to zwierzę, które skupia się na instynktach, a nie problemach egzystencjalnych owcy, ale jednak to w połowie człowiek, więc trochę więcej myślenia by się im przydało dodać. Wampiry zaś, jak zwykle, zostały przedstawione jako elita elit. Wykwintni, wyrachowani, w strojach wieczorowych. Skąd ja to znam? Z miliona innych książek. Chociaż tutaj muzyka bardziej skłania się w kierunku gustu Dory, więc miałam lekki dysonans. Przecież to opery i balu pasuje muzyka klasyczna, a nie rock. Plus za urozmaicenie, minus za zły dobór. Ja rozumiem, nie zawsze styl ubierania się pasuje do słuchanej muzyki, ale jeśli chodzi o całą grupę, to powinno się jednak to jakoś połączyć. Przecież to niemożliwe, żeby cała grupa wampirów kochała rocka i ubierała się w stroje wieczorowe. Nope. Nada. Można to było inaczej wprowadzić, zmienić, ponieważ czasami mam naprawdę dość stereotypów, ale to taka bezpieczna opcja, której wielu autorów woli się trzymać.

      Na tapet muszę wziąć jeszcze świat, ponieważ nie jest taki, jak wszędzie. Zazwyczaj świat magiczny jak i ludzki jest połączony w jedno, wszyscy żyją razem i jest fajnie. Tutaj w środku miast istnieją inne miasta! W środku Torunia istnieje magiczny Thorn, do którego trzeba wejść przez przejście. owszem, wśród ludzi mieszkają nieludzie, ale muszą się ukrywać, logiczne. Natomiast w Thornie mogą być sobą, nie powstrzymywać swojej natury. Fajny pomysł, by z jednej strony dać nutkę tajemniczości i kłopotów, a z drugiej dać swobodę i frywolność. A do tego systemy. Anioły i diabły podlegają pod jeden system, wiedźmy, wilkołaki, wampiry i inni pod drugi system, a szamani pod kolejny. Tych systemów jest wiele, można się pogubić, ale plusem tego jest to, że trzeba kombinować. Stworzeni z różnych systemów nie mogą mieszać się w sprawy innych. W książce fajnie było podkreślone, że Miron, jako diabeł, nie mógł ingerować w działania magów, ponieważ byli z innych systemów i pojawiłyby się wielkie kłopoty. I właśnie to sprawia, że Dora musiała znaleźć różne obejścia, kruczki i nietypowe rozwiązania, które trochę (bardzo) skomplikowały jej przyszłość.

      Podsumowując całość mogę powiedzieć, że "Złodziej Dusz" to nawet udany debiut. Fajny świat, bohaterowie z charakterem, nowe miasta w naszym świecie, a dodatkowo magia, która jest wszędzie. To zdecydowanie mój klimat. Według wielu osób, jest to powieść z gatunku urban fantasy, lecz dla mnie to bardziej podchodzi pod romans paranormalny, ale to nic złego, uwielbiam to. Można by jeszcze trochę popracować nad rasami, albo dodać parę wad Dorze, ale ogólnie fajnie się przy tej książce relaksuje. Pochłonęłam ją w jeden dzień. Jak nienawidzę czytać w autobusie (choroba lokomocyjna, bleh), tak od tego nie mogłam się oderwać, a to o czymś świadczy. Z tego zachwytu od razu sięgnęłam za kolejne tomy, o których niedługo napiszę. Zdecydowanie polecam, ale uprzedzam, że może się nie spodobać właśnie przez idealność bohaterki i niedopracowane rasy. Ale ogólnie polecam. No wiesz, Miron!
Ściskam
Aga

30 sierpnia 2017

"Angelfall" Susan Ee / 12 zdań

Bywa tak, że czasami nie mam pojęcia jak ugryźć książkę. Mam wyrobione zdanie, ale kompletnie nie wiem jak napisać recenzję, od czego zacząć, na czym się skupić. Po prostu nie wiem jak napisać. Dlatego też powstał pomysł, trochę skopiowany z bloga Mniej niż 100 słów. Tam autorka pisze recenzję do 100 słów, a ja bym chciała napisać o książce równe 12 zdań. Zawarłabym co najważniejsze, co mniej więcej bym chciała przekazać, a do tego nie miałabym tak wielkich problemów jak przy próbie napisania listu.
Na pierwszy rzut idzie "Angelfall" Susan Ee, który dostałam od Angie.

Tytuł: Angelfall
Seria (tom): Opowieść Penryn o końcu świata (1)
Autor: Susan Ee
Tłumaczenie: Jacek Konieczny
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 316
Gatunek: fantastyka
Rok wydania: 2013

      Podobał mi się początek, kiedy Penryn uratowała Raffego, pokazała się z tej dobrej strony, a jednocześnie dorosła przez porwanie jej siostry. Nie do końca pasowało mi szaleństwo matki, ale przyzwyczaiłam się, chociaż, nie ukrywam, czułam się tak, jakby autorka chciała pozbyć się wszystkich, by bohaterka mogła być sam na sam z aniołem. Od czasu chatki czułam się, jakby książka byłą pisana w stylu Igrzysk śmierci, nie było tej fantastyki, którą powinni odznaczać się aniołowie. Dopiero podczas akcji w gnieździe zaczęło mi się podobać, nie tylko sama atmosfera klubu z przeszłości, ale przede wszystkim eksperymenty, dziwactwa i dzieci. Tak bardzo nie spodobało mi się zakończenie! Oczekiwałam, nie wiem, więcej uczucia? Raffe powinien zostać z nią, nie wiem czemu, ale powinien, chociaż był pewien, że ona nie żyje.
      Podoba mi się kreacja głównej bohaterki, tego, jak dorasta i zmienia się przez jakieś zdarzenie, a nie przez zachciankę autorki do posiadania bad girl jako bohaterki. Raffe był dla mnie zagadką, nie do końca ogarniałam o co mu chodzi, kiedy poczuł miętę do Penryn, ale polubiłabym go i mogłabym mu upiec dietetyczne ciasteczka. To, co się stało z siostrą zupełnie mnie zaskoczyło, byłam pewna, że umarła, a tu niespodzianka!
      Mówiąc ogólnie, podobała mi się książka. Nie jest jakoś super genialna, ale posiada w sobie coś, co przyciąga i sprawia, że chcę sięgnąć po ciąg dalszy.



Powiem szczerze, że fajnie mi się to pisało. Nie musiałam lać wody, ani się rozwlekać, tylko zawarłam to, co mi siedziało w głowie. Częściej będę sięgać po tą formę, gdy będę miała problematyczną książkę!

31 maja 2017

"Wilczy Trop" Patricia Briggs

Tytuł: Wilczy trop
Seria (tom): Alfa i Omega (1)
Autor: Patricia Briggs
Tłumaczenie: Dominika Schimscheiner
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 432
Gatunek: fantastyka
Rok wydania: 2013

Hej Nat!
      Jak dobrze wiesz, w tamtym roku byłam na Falkonie i kupiłam sobie kilka książek. Cierpliwie leżały na komodzie w oczekiwaniu, aż po nie sięgnę. Jako że mamy już nowy rok, to moim postanowieniem czytelniczym jest zwiększenie czytanych w ciągu roku książek tak do około 70. Mam nadzieję, że mi się uda, a na sam początek wzięłam się za "Wilczy Trop"Patricii Briggs.

      Miałam wielkie oczekiwania co do tej książki. Słyszałam o tej autorce i wiedziałam jaki gatunek mniej więcej pisze. Mówiąc szczerze, nie bałam się, że mnie zawiedzie. Z niecierpliwością czekałam na chwilę czasu, by móc w spokoju rozkoszować się każdym słowem.

      Cała książka podzielona została na dwie części. Pierwsza, w Ameryce wydana jako dodatek, opowiada o poznaniu się Anny Latham i Charlesa Cornicka. Druga część za to opowiada o życiu Anny w rodzinnym domu ukochanego. Tam zaś zaczynają się kłopoty, giną ludzie, a Asil jest przekonany, że popada w obłęd. Do tego dochodzi zmarła kobieta i potężna czarownica.

      Pierwsza część to osiemdziesiąt siedem stron pełnych akcji, szybkiego rozwoju sytuacji i braku czasu na zastanowienie się. Tego wszystkiego było tak dużo, że aż byłam w szoku, że to wszystko działo się w tak krótkim czasie! Myślałam, że to były dni, może nawet tydzień, a tu nie! Ale byłam wręcz zachwycona. Idealnie wpasowało się w moje gusta. Zostaje nam przedstawiona Anna, kobieta niepewna siebie i zastraszona, ale na tyle odważna, że zadzwoniła do Marroka, szefa wilkołaków w tym kraju, by poinformować go, że się źle dzieje. Ten zaś przysyła egzekutora, swojego własnego syna, by zaradził sytuacji. Już na początku książki, na lotnisku widzimy humor, jaki będzie się rządził w tej książce i właśnie on kupił mnie całkowicie. Sam etap poznawania się tych bohaterów, ich sprzeczne charaktery sprawiły, że cały dzień spędzony z nimi był niesamowity. On spokojny, opanowany, stanowczy, ona bojaźliwa, chciałaby wszystko robić od razu. Co jest piękne, Anna nie jest zwykłym wilkiem. Jest Omegą, członkiem stada, który uspokaja całą resztę. Jak to zostało ładnie wytłumaczone w książce, jest kimś w rodzaju alfy, lecz bez tego pragnienia władzy. Pragnie opiekować się swoją rodziną, jednocześnie nie będąc przywódcą. Takie wilki są naprawdę rzadkie, więc jednocześnie są niesamowicie cenne. To, jak traktowali Annę w stadzie, jest wręcz nie do pomyślenia dla Charlesa po tym, jak dowiedział się kim jest kobieta. No i dodajmy do tego miłość od pierwszego wejrzenia. To, jak on zachowywał się w jej otoczeniu, było takie słodkie, że aż trudno było uwierzyć, że to ten sam facet, który zbija w walce. A jakby tak zestawić jego poranne i wieczorne zachowanie, to jak dwie różne osoby, które jednak mają coś ze sobą wspólnego, a do tego one tworzą całość, którą kocham.

      Druga część jest o wiele bardziej obszerniejsza. Historia jest bardziej złożona, no i możemy bardziej poznać bohaterów. Na samym początku wkurzyła mnie Anna. Zachowywała się sprzecznie ze sobą. Z jednej strony otwarta, z drugiej bojaźliwa, niepewna. Tak, jakby co jakiś czas przypominała sobie "hej! Byłam traktowana jak śmieć, muszę się bać dotyku". Naprawdę. Jakby musiała sobie przypominać, że boi się dotyku. Fajnie by było, gdyby jednak Anna została stworzona odrobinę bardziej rzeczywiście. Chociaż naprawdę podobało mi się, że ona kompletnie nie wiedziała co to znaczy być Omegą i to, jak poznawała swoje moce, swoją funkcję w stadzie, było jak najbardziej realne i mnie urzekło. Czytam wiele opowiadań, w których postać dostaje swoje moce i bum, najpotężniejsza osoba na świecie praktycznie bez treningu. Dlatego też naprawdę podoba mi się, że Anna nie od razu wie jak obchodzić się ze swoją mocą. Kolejnym plusem tej książki jest trzecioosobowa narracja. Chociaż co jakiś czas skakałam po różnych miejscach, to jednak wiedziałam wszystko co się dzieje i, przede wszystkim, nie gubiłam się w tym. Kolejny plus? A proszę bardzo! Chociaż jest to książka młodzieżowa, bohaterowie nie zachowują się jak nastolatkowie. Wilkołaki żyją długo, więc nabywają doświadczenia życiowego, co naprawdę widać w ich zachowaniu, stylu bycia. W tej części fajne było też to, że akcja nie skupiała się na głównych bohaterach, ale w centrum zainteresowania był ktoś inny. To było dla mnie nowe, ale pozytywnie to oceniam. Fajny pomysł, by nie wrzucać niedoświadczonej wilczycy jako powodu wszystkiego co złe. Ona jakby dołącza do tego co się dzieje.

      Jeśli chodzi o poznanie świata przedstawionego, to genialnie wszystko wyszło. Nie miałam góry informacji, których musiałam zapamiętać, tylko powoli, krok po kroku wraz z Anną poznawałam ten świat, te wszystkie prawa.

      Ogólnie książkę czytało się naprawdę szybko. Świat wciągnął mnie niesamowicie. Ale zaspoilerowałam sobie inną książkę, a dokładnie cykl o Mercedes Thompson, ponieważ Alfa i Omega to chyba dodatek. Nie pamiętam dokładnie pomiędzy którymi tomami można umieścić "Wilczy trop", ale ja lubię spoilery, więc nie przeszkodziło mi to. Praktycznie od razu chwyciłam za kolejne części, więc to coś znaczy, prawda? Niby romans, ale nie jest chamsko rzucony w twarz, tylko powoli wprowadzony. Akcja nie skupia się na relacji między Anna i Charlesem, tylko na społeczeństwie wilkołaków. Już samym tym kupiło mnie w całości! I wiesz co? Dzięki tej książce zaczęłam bardziej lubić wilkołaki. Bardziej niż wampiry! Szok!
Ściskam
Aga

2 marca 2016

"Krwawa hrabina" Tara Moss

Tytuł: Krwawa hrabina
Seria (tom): Pandora English (1)
Autor: Tara Moss
Tłumaczenie: Paulina Henska
Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 304
Gatunek: fantastyka
Rok wydania: 2013

Hej Nat!
      Od dawna zbierałam się, żeby wreszcie napisać Ci o tej książce. Sama nie wiem dlaczego tak długo mi zeszło, ale nareszcie to zrobiłam! To jedyna książka, którą przeczytałam w czasie sesji letniej w roku 2015! Tak, pamiętam to!

      "Krwawa hrabina" to pierwszy tom serii "Pandora English", a jej autorka, Tara Moss, jest kolejną pisarką, z której twórczością nie miałam styczności, więc nie wiedziałam czego oczekiwać. Z opisu wywnioskowałam, że nie jest to żadna fantastyka. O jakże się myliłam.

      Pandora English to osierocona dziewczyna marząca o karierze dziennikarki. Na zaproszenie od swojej ciotki Celii przyjeżdża do Nowego Jorku. Już od początku miewa problemy, dziwny kierowca, drzwi, które nie chcą się otworzyć, dzielnica, o której nikt nie wie, czy też ubieganie się o pracę w jednym z lepszych magazynów o modzie. Na szczęście na pomoc przyszła owa ciotka i załatwiła dziewczynie rozmowę kwalifikacyjną w gazecie o nazwie... "Pandora". Cały problem w tym, że ciotka dziewczyny nie jest do końca... normalna. Tak samo jak otaczający ją świat. Do tego nowy krem o nazwie "Krew Młodości" jest dość podejrzliwy, tak samo jak Atanazja, modelka, która go reklamuje.

      Fabuła rozwija się w miarę szybko, nie miałam czasu się nudzić, co chwilę zaskakiwały mnie jej mini przygody. Mini, ponieważ problem z drzwiami nie można nazwać normalną przygodą, a jednak był całkiem zabawny. Spodobał mi się ogólny pomysł na fabułę. Nie był klasyczny ani przerysowany, lecz w sam raz. Widać było tą nutkę oryginalności, którą szuka się w książkach. A przynajmniej ja ją zobaczyłam. Książkę samą w sobie czytało się naprawdę szybko i przyjemnie, a bohaterka zachwyciła mnie swoim zachowaniem. Spokojna, lecz idąca za własnymi marzeniami. Waleczna, lecz nie agresywna. Przeniesiona do świata fantastycznego przyzwyczaiła się w dość krótkim czasie, co było dość zaskakujące. Nie wiem czemu, ale Pandora od początku zyskała moją sympatię. Miała w sobie to coś, co przyciąga ludzi. Chociaż byłam pełna podziwu, że dała sobie radę w tym nowym świecie. Ja, na jej miejscu, pewnie bym się pogubiła już po chwili! Duch, który ze mną rozmawia... Moja pierwsza rozmowa z nim to prawdopodobnie byłyby moje krzyki i rzucanie wszystkim w zjawę. Tak, to w moim stylu. Dlatego też nie do końca mogę zrozumieć jej zachowanie! Argh! Przecież to duch! Żywy (martwy?) duch! Jak można się tego nie bać?! Przecież on nie żyje! Już nie wspomnę o potworach z niższych pięter, ale tutaj Pandora pokazywała swój strach, co było pocieszeniem. Tylko po jaką cholerę ona tam schodziła?! Przecież jak się słyszy dziwne odgłosy, albo wie, że jakiś korytarz jest pusty i nie wolno tam schodzić, bo to niebezpieczne, to się tam nie schodzi. Czyżby brakowało jej instynktu samozachowawczego?!

        Pamiętam, że wręcz nie mogłam oderwać się od tej pozycji. No cóż, brak myślenia jest przydatny pomiędzy egzaminami. A poza tym student robi wszystko, byle tylko się nie uczyć. Ale nawet jakby to nie był okres sesji, to nie mogłabym się od niej oderwać. Przyciąga do siebie ciekawą fabułą, niezbyt skomplikowanym językiem i tą okładką. Tą przepiękną okładką, w której się zakochałam już od pierwszego wejrzenia. Tylko spójrz na nią. Taka delikatnie i subtelna, a zarazem tajemnicza i mroczna. Jedna z moich ulubionych!

      Największym minusem jest to, że cała historia nie jest na tyle rewelacyjna, bym zapamiętałą ją po dłużej przerwie od książki. Kończąc tą recenzję jestem niecały rok od przeczytania książki i muszę do niej sięgać, ponieważ nie pamiętam wielu rzeczy (zbyt wielu!). Tak nie powinno być. Tak nie ma z genialnymi książkami (jak na przykład "Czarne Kamienie" Anne Bishop). Największy minus i chyba jedyny. Nie jest to jakaś wybitna książka, która odmieniła moje życie, tylko raczej zapychacz czasu podczas sesji. No dobra. Bardzo przyjemny zapychacz czasu, który mnie wciągnął.

      Tak więc... Ogólnie polecam, ponieważ jest całkiem miła, a nawet sympatyczna. Można spokojnie umilić sobie czekanie w kolejce, albo jazdę autobusem. Nie wymaga za wiele myślenia, co czasami wychodzi na dobre. Więc nie wymagaj za wiele od tej książki. Po prostu nie wymagaj. Ale przeczytaj!
Ściskam
Aga

14 października 2015

"Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata" Christian Eisert

Tytuł: Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata
Autor: Christian Eisert
Tłumaczenie: Bartosz Nowacki
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 376
Gatunek: literatura faktu
Rok wydania: 2013

Hej Nat!
      "Tydzień w Korei Północnej..." to zapis podróży Christiana i Thanh po wspomnianym kraju. Gdy Christian był małym dzieckiem uczęszczał do Szkoły Przyjaźni między Niemiecką Republiką Demokratyczną i Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną, dzięki której miał (mały, bo mały, ale jednak) dostęp do filmów i gazet o Korei Północnej. To właśnie w jednej z takich gazet, a raczej jej kawałku, jego uwagę przykuła zjeżdżalnia w kolorach tęczy. Jako dorosły mężczyzna postanowił odbyć podróż, by przekonać się, czy ta zjeżdżalnia naprawdę istniała. Będąc swego rodzaju dziennikarzami, on i jego przyjaciółka, mieli utrudniony wjazd do tego socjalistycznego państwa, przez co musieli nakłamać o swojej tożsamości. W przypadku Thanh nie było większego problemu, ponieważ była Niemką o wietnamskim pochodzeniu, dzięki czemu posiadała dwa imiona. Problemem był Eisert, który wręcz modlił się, żeby nie odkryli jego prawdziwego zawodu (niestety musiał posłużyć się swoimi prawdziwymi danymi osobowymi). To, jak każdy postrzega Koreę Północną, jest wiadome. Oni jednak chwieli zobaczyć prawdę na własne oczy.

      Eisert oraz Thanh wielokrotnie łamali przepisy (chociażby wniesienie iPoda na pokład samolotu, czy robienie zdjęć w zabronionych strefach), byli dociekliwi (zadawali te same pytania, chociaż ich przewodnicy bezczelnie zmieniali temat) tylko po to, by dowiedzieć się prawdy. Już na początku postanowili oddzielić się od innych turystów, więc dostali osobnych przewodników, pana Ryma i pana Chunga. Mężczyźni Ci bardzo wesoło i serdecznie (czasami aż za bardzo) oprowadzali dwójkę turystów po kraju, pokazując najwspanialsze dzieła swoich rodaków.

      Czytając wyjaśnienia autora nie mogłam wyjść z podziwu, jak bardzo pomysłowy i dziwmy jest ten kraj! Metro sprowadzone z Niemiec nazywali swoim własnym dziełem (wymyślonym i wyprodukowanym w Korei - oni w to naprawdę wierzyli!), albo też mieli ograniczoną ilość fryzur, które mogli robić fryzjerzy. Od dawna wiedziałam, że Korea Północna jest specyficznym krajem, ale nie wiedziałam, że aż tak bardzo! Ludzie wychowani na kłamstwach historycznych, bez dostępu do internetu (zwykli mieszkańcy go nie mieli, jedynie Ci "wyżsi rangą", ewentualnie turyści w hotelu, lecz pod ścisłą kontrolą"), zabijani za oglądanie seriali z innego państwa... Dla mnie to po prostu chore, lecz dla nich to codzienność. Z niektórych miejsc aż biła sztuczność (szczęśliwa rodzinka i machający chłopczyk). Wszelkie przewodniczki (tak, zawsze były to kobiety - nie liczę mnicha z oczywistych powodów) wychwalały zmarłych przywódców mówiąc, jak bardzo byli wspaniali, jak bardzo zmienili ten kraj. To byłoby miłe, gdyby nie stawianie ich na pozycji Boga.

      Eisert jednak w pewnym momencie wpada w panikę. Ciągle ma wrażenie, że jest śledzony i podsłuchiwany. W każdym miejscu, gdzie nocują, szuka ukrytych kamer i mikrofonów, a jeśli ich nie znajduje, to się nie zraża i dalej twierdzi, że ich monitorują. W każdym jedzeniu widzi truciznę, a każdy żołnierz, który jest blisko, na pewno chce go aresztować! Jedynie to zachowanie było irytujące w całej książce, chociaż poniekąd go rozumiem.

      Co do samej książki, pochłonęła ją w dwa dni (ach te podróże, tak wiele czasu mi dają). Okraszona jest sytuacyjnym humorem i ciętym językiem Thanh, który jest miłą odmianą od opisów miejsc. Całość została opisana w sposób sarkastyczny i zabawny. Nie dostaliśmy tu samych czystych faktów o Korei Północnej, lecz dość ciężką opowieść o tym państwie z dodatkowymi ciekawostkami i wyjaśnieniami. Niestety nie mam pojęcia jak ta książka reprezentuje się na tle innych z tego gatunku, ponieważ jest to moja pierwsza pozycja należąca do literatury faktu. Zachęcam Cię jednak do przeczytania, chociażby z ciekawości.
Ściskam
Aga

29 sierpnia 2015

"Dragonswan" Sherrilyn Kenyon

Tytuł: Dragonswan
Seria (tom): Mroczny łowca (2)
Autor: Sherrilyn Kenyon
Wydawnictwo: Jove Books
Liczba stron: 86
Gatunek: fantastyka, romans paranormalny
Rok wydania: 2013

Hej Nat!
      Dość niedawno przeczytałam "Fantasy lover", o którym Ci napisałam. Teraz nadszedł czas na drugą książkę z tej samej serii.

      Po zapoznaniu się z kilkoma książkami Sherrilyn Kenyon wyrobiłam sobie opinię o jej stylu i, mówiąc szczerze, mam co do jej dzieł pewne oczekiwania. Z ciekawością wzięłam do łapek tą książkę.

      "Dragonswan" to opowiadanie z serii "Mroczny łowca". Zawiera w sobie historię Sebastiana, mężczyzny pochodzącego z odległych lat, który, dzięki przynależności do magicznej rasy, może podróżować w czasie. Przenosi się do czasów teraźniejszych, poznaje Channon i... idzie z nią do łóżka. Jednak wszystko się komplikuje, gdy ona okazuje się tą jedyną, którą zesłał dla niego los. Sebastian ma jedynie dwa wyjścia, wziąć ją do swoich czasów i być szczęśliwym, jednak to może się kobiecie nie spodobać, albo opuścić ukochaną ze świadomością, że już nigdy nie będzie żadnej kochał. Podczas tego wyboru musi pamiętać o problemach, które czekają na niego w domu, oraz liczyć się ze wściekłością kobiety.

      Muszę przyznać, że od początku polubiłam "Dragonswan". Historia z pozoru banalna, wręcz nieambitna, lecz naprawdę przyjemna. Tak przyjemna, że pochłonęłam ją w godzinę. Autorka wykreowała całkiem fajnych i sympatycznych bohaterów, których zachowania są wyraźne. Doskonale przedstawiony spór głównego bohatera z samym sobą to coś, co naprawdę mi się spodobało. Aż sama zaczęłam rozważać wszelkie "za" i "przeciw" takiej podróży. Akcja dzieje się szybko, bo i stron jest mało. Od razu wielka miłość i seks, ale rozumiem ten brak wstępu do akcji. Historia po prostu pędzi, nie bardzo dawała mi czas na oddech, bo znowu coś się działo, spotkałam coś nowego.

      Co do samych bohaterów, to uwielbiam ich! Sebastian jest taki uroczy i lojalny, ale nie ciapowaty. Widać, że za wszelką cenę troszczy się o swoich bliskich. Czytając kolejne słowa wręcz nabierałam na niego ochoty. Przystojny, dobrze zbudowany, a do tego ta drapieżność, która go otacza. Byłam wręcz dumna z niego, że nie posłuchał od razu swojego męskiego ego i choć trochę pomyślał nad skutkami przeniesienia Channon do swoich czasów. No i to jak dbał o swoją ukochaną. Ach, żeby tak ktoś zadbał o mnie...

      A Channon? Kobieta stanowcza, pracowita i w pełni oddająca się sprawie. Dniami przesiadywała w muzeum, by poznać historię gobelinu, który tam wisiał. Zwykle nie ulega chwili, lecz przy spotkaniu z Sebastianem poddaje się uczuciom, które w niej rozwalił owy mężczyzna. Mogłam poczuć te wszystkie emocje, które nią targały. Weszłam w jej skórę i nie chciałam wyjść! Podziwiam ją za to, że potrafi zrozumieć każdą sytuację, w której się znajduje. W krytycznych chwilach i podczas problemów nie poddaje się uczuciom, lecz spokojnie i racjonalnie analizuje wszelkie "za" jak i "przeciw", by na końcu podjąć odpowiednią decyzję. Kocham jej charakter i oddanie dla Sebastiana, a zwłaszcza jej waleczną stronę osobowości.

      Czuję pewien niedosyt spowodowany zbyt małą ilością stron. Autorka mogła z tego zrobić naprawdę dobrą książkę, a tak, to skróciła o około 60%. Chciałabym poznać dalsze losy bohaterów, to, jak budowali swój związek, czy opierał się głównie na seksie, czy też nie. Brakuje mi tego. Ale cóż, to, czego nie wiemy, możemy sobie sami dopowiedzieć. Niestety okładka nie zachęca zbytnio do czytania, ale nie przejęłam się tym. Przecież nie powinno się oceniać książki po okładce, prawda? Nie czekaj, tylko bierz tą serię w łapki i czytaj!
Ściskam
Aga

2 kwietnia 2015

"Tajemnice starego dworu" Margit Sandemo

Tytuł: Tajemnice starego dworu
Autor: Margit Sandemo
Tłumaczenie: Lucyna Chomicz-Dąbrowska
Wydawnictwo: Pol-Nordica
Liczba stron: 150
Gatunek: literatura piękna; romans
Rok wydania: 2013

Hej Nat!
      Nigdy nie wiem jak zacząć do Ciebie pisać. Cholera, jednak listy to naprawdę trudna rzecz. Ale(!) nie piszę go bez powodu! Mam zamiar pomęczyć Cię dzisiaj z kolejną książką!

      Jest to "Tajemnice starego dworu" Margit Sandemo. Margit to norweska pisarka, z której twórczością pierwszy raz spotkałam się przy czytaniu "Sagi o Ludziach Lodu". Oprócz tego zapoznałam się z niektórymi pozycjami, wchodzącymi w skład "Opowieści Margit Sandemo". I właśnie "Tajemnice..." to jedna z tych pozycji!

      Jest to historia Cathariny, która już od dziecka była zaręczona z Malcolmem Jarncroną, dziedzicem Markanas. Jednak szkopuł w tym, że zna go jedynie z listów, które do niej wysyłał. Mężczyzna wielokrotnie przekładał swoje wizyty, aż wreszcie wysłał do swojej narzeczonej list, w którym zwalniał ją z danego słowa. Załamana kobieta przed nikim nie przyznała się do tego, ukryła list i wyruszyła do swojej ciotki, by następnie udać się do posiadłości Markanas i dowiedzieć się, dlaczego zaistniała taka, a nie inna sytuacja. Powodem tej wyprawy jest nie tylko ciekawość, ale również sympatia, którą bohaterka zaczęła czuć do Malcolma, oraz fakt, że jest najstarszą córką swoich rodziców i dopóki ona nie wyjdzie za mąż, nie mogą zrobić tego też jej młodsze siostry.

      Chciałabym Ci opowiedzieć o bohaterach, więc zacznę od Cathariny. Jest to córka właściciela kopalni. Z wyglądu różni się od swoich pięknych i pełnych temperamentu sióstr. Jest ciekawska i uparta. Kocha swoją rodzinę i nie chce jej martwić zerwaniem zaręczyn, więc wymyśla plan, by jednak mieć narzeczonego. Spodobała mi się tym, że postanowiła walczyć. Pojechała w nieznane, by odzyskać faceta, którego nawet nie widziała na własne oczy. To trochę dziwne, ale romantyczne. Wkurzające było to, że zakochała się w swoim byłym narzeczonym jak tylko go spotkała. Ja rozumiem, znała go z listów, ale to chyba nie wystarczy do prawdziwej miłości! A do tego pojechała tam pod innym nazwiskiem i praktycznie od razu wygadała mu się kim jest! Czy ona nie mogła poczekać? Ja rozumiem, to krótka książka, praktycznie harlekin, ale żeby być aż tak niecierpliwym?

      No i jeszcze nasz bohater. Malcolm to dziedzic Markanas. Dobrze wychowany, dba o swoich ludzi, troszczy się o nich. Do tego przystojny i wyrozumiały. Zerwał z Cathariną, by uchronić ją przez klątwą, która rzekomo została rzucona na jego posiadłość oraz rodzinę. W skrócie mogę opisać go jako ideał faceta, za którym poszłaby prawie każda kobieta.Chociaż mogę powiedzieć, że wydawał mi się zbyt idealny. Przechowywał wszelkie listy od swojej byłej narzeczonej w osobnym pokoju, ponieważ były dla niego niczym skarb. Romantyczne i tak bardzo nie w stylu dzisiejszych mężczyzn. Ale cóż się dziwić, przecież historia rozgrywa się w dawnych czasach, gdzie kobiety były tymi bezbronnymi osóbkami, które trzeba było bronić.

      Co do samej książki, jak na harlekina przystało, była krótka. Bardzo krótka. Skończyłam czytać w godzinę. Ale czego ja się spodziewałam, przecież widziałam jak "duża" jest ta książka. Jednak ta godzina była całkiem przyjemna. Nie nudziłam się czytając, a nawet mnie to wszystko zaciekawiło! Nie mogę jednak powiedzieć, że ekscytowałam się tak bardzo, jak przy moich ukochanych książkach. Po prostu... Przyjemnie się czytało i w sumie to tyle.Więc jeśli chcesz na chwilę oderwać myśli od problemów, to śmiało możesz sięgać po tą pozycję!
Ściskam
Aga