5 maja 2020

Ugrzeczniony zabójca? czyli Arrow sezon 2

Nazwa: Arrow
Tytuł oryginalny: Arrow
Rok produkcji: 2013
Gatunek: science fiction, akcja
Odcinki: 23x42 min
Reżyseria: David Nutter, Guy Norman Bee, John Behring
Kraj oryginalnej premiery: USA

Drugi sezon zaczyna się niedługo po akcji w pierwszy. Gates zostało zniszczone, ludzie, w tym Tommy, przyjaciel Olivera, nie żyje, a świat toczy się dalej. Na horyzoncie pojawiają się naśladowcy Kaptura, w mieście odbywają się wybory na burmistrza, a Moira Queen czeka na rozprawę sądową. Niby wszystko idzie do przodu, jednak znowu w mieście pojawiają się złoczyńcy, więc Oliver musi wrócić z "wakacji" na wyspie. Sprawa jest o wiele grubsza, ale i jednocześnie prostsza, niż się wydaje.

Oliver po tragedii w Starling City próbuje się zmienić. Ma dość zabijania, widzi swoje błędy i szuka celu w swoim życiu. Wyspa, na której kiedyś utknął, mu pomaga, jednak Kaptur jest potrzebny w mieście, a Oliver rodzinie. To początek serialu, ale i moment, w którym zmienia się całe postępowanie Olivera jak i funkcjonowanie całego miasta. Na początku fabuła skupia się na Gates, gdzie rozegrała się tragedia. Dosłownie wszystko do tego nawiązuje. Nie tylko zachowania bohaterów, ale życie mieszkańców Starling City. Wszyscy politycy nawiązują do tego wydarzenia, kandydaci na stanowisko burmistrza wykorzystują tę tragedię, by mieć przewagę nad innymi. I to jest dobre podejście do całej sytuacji, ponieważ fabuła nie skupia się tylko na Oliverze i Kapturze, ale na życiu mieszkańców. Kolejną sprawą, która mnie kupiła, była akcja z Mirakuru. Po prostu fenomenalne użycie cudownego środka, by stworzyć praktycznie niemożliwych do pokonania przeciwników, a jednocześnie pokazać jak rząd potrafi działać w trudnych momentach. Tutaj z mojej strony wielkie brawa za to jak została poprowadzona fabuła. Nikt nie szedł na łatwiznę, zostało postawionych wiele przeszkód, a jeszcze więcej rzeczy się nie udało, ale dzięki temu wyszło naprawdę dobre widowisko.
Dodatkowy plusik? Flash! Wreszcie dowiedziałam się jak Barry i Oliver się poznali! No dla mnie to spotkanie było kwintesencją ich osobowości! Tak bardzo różne osoby, zupełne przeciwieństwa! Idealnie skomponowane w całość.

W tym sezonie Oliver ma o wiele więcej na głowie. Nie tylko te kilka lat na wyspie, ale również wydarzenie w Gates. Próbuje się odseparować od wszystkiego, ale nie może, bo miasto go potrzebuje. Jest rozerwany pomiędzy chęcią zlikwidowania złoczyńców, a niezabieraniem życia innym. Tutaj było duże pole do popisu na temat moralności jak i priorytetów Olivera jako człowieka, a nie tylko maszyny do zabijania "stworzonej" na wyspie. Miałam wrażenie, że Arrow chciał działaś bardziej samodzielnie, by nie narażać swojego zespołu. To było zrozumiałe, patrząc na to jak skończył jego przyjaciel. Tu zaszła w Oliverze zasadnicza zmiana. Nie był już Mścicielem. Ten rozdział już zamknął. Stał się Obrońcą. To słowo idealnie odzwierciedla jego stan, moment i miejsce, w którym się znalazł. I widać, że zmienił się pod wpływem wydarzeń. Dojrzał, zaczął doceniać życie jak i rodzinę. Jest progress, a nie tylko stała linia.

Team Arrow? Nadal na miejscu! John Diggle dalej jest sobą, pomaga Oliverowi i chroni życie innych. Tutaj był najmniejsza zmiana jeśli chodzi o zachowanie. Fakt, miał kilka trudnych decyzji do podjęcia, jednak nadal był odważnym, dążącym do celu facetem. Miał mały epizod z wojskiem rządowym, co było początkiem do nowych możliwości dla Olivera.
Co do Felicity Smoak, pokazano jej inną twarz. Do teraz była głównie superinteligentną i technologicznie sprytną kobietą, a tutaj po prostu wpadła po uszy po poznaniu Bary'ego. Tak! Był wątek miłosny, któremu kibicowałam! Rozwinął tę postać pod kątem osobowości i człowieczeństwa, stała się kimś z życiem, a jedynie pracownikiem.
Dobrze było widzieć, że pozostałe postacie nie zostały zmarnowane. Thea wydoroślała, tak samo jak jej facet, chociaż wątki z jej udziałem były bardzo nastoletnie. Wzloty, upadki, miłość, problemy w miłości. Można było trochę tutaj pokombinować, ale mimo wszystko Thea to nadal nastolatka z przejściami. Dziewczyna stanowiła niezły kontrast, tworząc problemy życia codziennego i miłosnego na tle ratowania miasta czy świata przed nienawistnym mężczyzną.
Mówiąc ogólnie, każdy z bohaterów "dorósł", przeszedł metamorfozą zależną od jego przeszłości. Nie ma postaci, która zostałaby taka sama jak w pierwszym sezonie. Ewolucja to coś normalnego, naturalnego, coś, czego oczekujemy po jakichkolwiek zdarzeniach. I właśnie do otrzymałam! Czy to Moira Queen, Felicity Smoak, czy też klasyczny John Diggle. Za to szanuję ten serial. Pokazuje, że wszystko jest przemyślane, ma swój cel, nic nie jest zbędne, a świat i jego dzieje po prostu kształtują człowieka.

Drugi sezon oglądało mi się o wiele przyjemniej niż pierwszy. Może to zasługa gościnnego występu Barry'ego Allena? Może fakt, że już coś o świecie wiedziałam i nie miałam natłoku informacji, tylko stopniowe rozłożenie? Nie wiem. Ale jedno muszę przyznać. Pojawienie się niektórych postaci, których bym się nie spodziewałam, sprawiło uśmiech na mojej twarzy. Mniej więcej wiem co się będzie działo w dalszych sezonach, bo lubię sobie spoilerować cokolwiek czytam czy oglądam, ale nadal jestem ciekawa jak potoczą się niektóre wątki, co zrobią bohaterowie i co się stanie z Theą. Naprawdę polubiłam tę dziewczynę! Do tej pory serial szedł w dobrym kierunku, mam nadzieję, że nie spierdzielą mi go w dalszych częściach. Oby trzymali poziom!

7 lutego 2020

Niczym wattpadowe opowiadanie, czyli "Zbuntowana" Diany Palmer / 12 zdań

Tytuł: Zbuntowana
Autor: Diana Palmer
Tłumaczenie: Monika Krasucka
Wydawnictwo: HarperCollins
Liczba stron: 240
Gatunek: Romans
Rok wydania: 2011

Abby to młoda dziewczyna, której matka zginęła w wypadku samochodowym dwa dni przed swoim ślubem. W tym samym wypadku zginął ojciec Calhouna, narzeczony matki Abby. Od tej pory Abby mieszka z Calhounem i jego bratem, Justinem. Przez cały czas Calhoun traktuje ją jak małe dziecko, lecz jej to przeszkadza. Dziewczyna pragnie udowodnić, że jest już dorosła, a dodatek jest w nim od dawna zakochana.

Nie doszukiwałam się tu żadnej głębi, wiedziałam, że to romans do szybkiego przeczytania, lekki i niezbyt zawikłany. Jednak miałam nadzieję, że to będzie odrobinę lepsze, że będę mogła przeżywać uczucia z bohaterką, ale niestety, zawiodłam się. Na wattpadzie, gdzie ludzie publikują swoje opowiadania, pełno jest takich historii, bez głębszej fabuły, gdzie wszystko kręci się wokół uczuć głównej bohaterki, a nader często pojawia się właśnie wątek miłości do swojego opiekuna

Nie dość, że stylem to właśnie przypomina początkujące autorki, to jeszcze fabułą od nich nie odstaje, a przecież ta kobieta debiutowała w 1979 roku! Chociaż fakt, facet, w którym kocha się główna bohaterka, to ciacho, praktycznie chodzący ideał, czyli norma w takich książkach.

Ogólnie mówiąc, cała książka opowiada o "zakazanej" miłości nastolatki i idealnego faceta, mają przed sobą przeszkody rodem "tak nie wypada", a dodatkowo cała otoczka, tło zostało zmiecione do minimum. Jedyny plus - szybko się czyta i nie trzeba myśleć; minusy - cała reszta. Książka, podobnie jak "Zmierzch" Stephenie Meyer, idealna do czytania podczas sesji, gdzie trzeba po prostu wyłączyć mózg i nie myśleć.

16 stycznia 2020

Jestem bogaty, więc kupię sobie łuk czyli "Arrow" sezon 1

Nazwa: Arrow
Tytuł oryginalny: Arrow
Rok produkcji: 2012
Gatunek: science fiction, akcja
Odcinki: 23x42 min
Reżyseria: David Nutter, Guy Norman Bee, John Behring
Kraj oryginalnej premiery: USA

Moja chęć na kolejne seriale ze stajni DC nie mija, wręcz przeciwnie. Wraz ze zbliżającym się crossoverem zaczynam oglądać zalegające sezony, by tylko móc ogarnąć co, gdzie, jak i kiedy. Dlatego tym razem wzięłam się za Arrow, a to wszystko przez "Flasha", gdzie jest mały crossover tych dwóch seriali. Wstyd się przyznać, ale nigdy nie skończyłam pierwszego sezonu, dwa razy rzucałam gdzieś po trzecim odcinku, ale tym razem dotrwałam do końca. I się nie zawiodłam.

Arrow to historia Olivera Queena, który po 5 latach bycia na "bezludnej" wyspie wraca do domu. Uratowany rozbitek otrzymuje od swojego ojca misję, by naprawić miasto. Wraz z misją pojawia się tajemniczy notatnik, zawierający listę nazwisk osób, które działają niezgodnie z prawem pod przykrywką bycia politykiem, czy po prostu bogaczem. Oliver nie zastanawia się ani na chwilę, zaraz po powrocie ubiera kaptur i rusza w miasto niczym Robin Hood. Problem jedynie w tym, że nie rabuje bogatych i oddaje biednym, a zastrasza i morduje złych ludzi. Bycie mścicielem idzie mu całkiem dobrze, ale z biegiem czasu zyskuje pomoc, ponieważ sprawy stają się poważniejsze i bardziej zawiłe, niż na początku myślał.

Na samym początku serialu miałam lekki mindfuck. Wraca po 5 latach z bezludnej wyspy, doskonale umie walczyć i strzelać z łuku i od razu bierze się za naprawianie miasta. Dlaczego? Co? Jak? Hę?! Ale z każdym odcinkiem, z każdą retrospekcją, która się pojawiała, otrzymywałam nie tyle podpowiedzi, co po prostu odpowiedzi, których potrzebowałam, by to wszystko ułożyć w całość. To był naprawdę dobry zabieg, o wiele lepszy niż jakieś rzucenie komentarza czy opowiedzenie komuś swojej historii. To było przemyślane i poniekąd stanowiło pół serialu, chociaż doskonale znałam końcowy rezultat retrospekcji. Jeśli chodzi o współczesną część historii to naprawdę byłam zadowolona w jakim kierunku poszła, że zostało w nią wplątane tak wiele powiązanych ze sobą osób. I też nie wszystko dostałam jak na tacy, musiałam odkrywać razem z Oliverem to, co się działo w mieście. Bawienie się w grę "ten jest winny, tez niewinny" było zabawne, ale większość moich typów była błędna. No cóż, chyba nie mam umysłu do rozwiązywania zagadek kryminalnych. A sam koniec? Naprawdę podobało mi się do czego to wszystko dążyło. Twórcy nie dali mi ochłapów, żebym skupiła się na Oliverze i jego akrobacjach, ale naprawdę dopilnowali, by wszystko w końcu dotarło do czegoś poważnego i dużego.
A wątek romantyczny? Coś innego niż zazwyczaj. Nie mamy wielkiej miłości od pierwszego spojrzenia, lecz


Oliver Queen, główna postać seriali i zarazem ciacho. Co ja mogę o nim powiedzieć? Jest specyficzny. Bardzo specyficzny. Ma własne wartości, którymi się kieruje, o których, co ważne, nigdy nie zapomina. To one motywują go do działania i podejmowania pewnych decyzji. I właśnie przez nie bywał wkurzający, na przykład w stosunku do swojej siostry. Fakt, postępował logicznie, ale mimo wszystko nie pasowało mi to. No bo kurcze, po pięciu latach powraca do domu i od razu ojcuje siostrze, która zmieniła się właśnie przez jego zniknięcie. Jego obecność nie naprawi wszystkiego w ciągu sekundy i on chyba nie zdaje sobie z tego sprawy. Dodatkowo coś mi nie grało, kiedy po tylu latach wraca i od razu jest specem komputerowym. Ok, pomagał ojcu, ale nadal nie pasowało mi to do obrazu uratowanego rozbitka zabójcy. Ale ogółem Oliver jest całkiem dobrze wykreowany. Powstrzymuje emocje, bo tego się nauczył na wyspie, odgradza od siebie bliskich, by ich nie zranić, ale jednocześnie chce być blisko, tęskni za nimi. Wydaje mi się, że jest po prostu zagubiony i nie wie jak okazać swoje emocje.

Kolejną osobą w drużynie Strzały był John Diggle, czyli pierwotnie ochroniarz Olivera. Był dość... Specyficzną osobą, ale od razu zdobyła moją sympatię. Z jednej strony były żołnierz chowający emocje, by dobrze chronić, ale z drugiej strony całkiem sympatyczny facet, który chce chronić przyjaciela. Jestem wprost zachwycona, że dostał swoją przeszłość, którą bezczelnie wykorzystywali do napędzania fabuły. To coś, co idealnie pasuje do konfliktów i problemów! Miałam ochotę go przytulić, walnąć w łeb, kopnąć i znowu przytulić! A reakcja, że Oliver jest Strzałą? Hej, jest dobra! Nie wychwala go pod niebo, że jest taki cudowny, tylko po prostu reaguje ludzko! Chyba w w każdej postaci w jakiejkolwiek recenzji będzie zdanie mówiące, czy osoba zachowuje się ludzko, czy też nie. Ale co ja poradzę na to, że właśnie to jest dla mnie ważne.

Jednak moją ukochaną postacią jest Felicity. Kocham takie kobiety! Inteligentna, zabawny, zadziorna, a do tego zręczna. Mnie kupiła od pierwszych chwil. Dołączyła do zespołu Strzały sama, bez zaproszenia po prostu się wepchała i została. Tutaj brakowało mi opowiedzenia jej historii, skąd się wzięła, co przedtem robiła, nawiązania do jej przeszłości, ale może to się zmieni w przyszłych sezonach! Na tą chwilę jestem nią po prostu zafascynowana!


Jeśli chodzi o resztę postaci, to mam mieszane uczucia. Niektóre zostały naprawdę dobrze stworzone, a niektóre po prostu potraktowane po macoszemu. Na przykład była Olivera, Laurel, została pokazana całościowo, co się z nią stało, jej charakter, uczucia, ale za to przyjaciel Olivera był dla mnie po prostu płaski. Kompletnie go nie ogarniałam, nie wiedziałam jaki jest, oprócz tego, że lubił zabawę i zaczął zmieniać się na lepsze. Naprawdę. Serial potraktował go jak przedmiot, a nie jak osobę. Wziąć, wykorzystać i zostawić. Przynajmniej tak go odebrałam. Ojciec Laurel był za to naprawdę fajnie przedstawiony. Opiekuńczy tatusiek, który nienawidzi Olivera, bo obwinia go za śmierć swojej córki Sary. Co z tego, że ona była dorosła i dobrowolnie popłynęła rejsem, to wina Olivera! Bo to on ją zaprosił! typowy ojciec. Ale rozumiałam go i miał naprawdę fajne motywacje do działania i konkretnych sytuacji.

Ogólnie serial naprawdę dobrze zrobiony. Konkretni bohaterowie napędzają całość, antagoniści mają konkretne powody do działania, chociaż mogłoby to być bardziej rozbudowane, ale patrząc na filmy DC jestem zadowolona. Właśnie! Bo najpierw oglądałam filmy DC, które kompletnie mi się nie podobały. Za to widać, że więcej czasu i myśli poświęcają na seriale, by je rozbudować. Oj tak, w seriale to potrafią. Dlatego byłam naprawdę zdziwiona, że to wszystko było tak rozbudowane. Pierwsze odcinki jakoś ciężko mi się oglądało, ale już od trzeciego wciągnęłam się na maksa i po prostu pochłonęłam. Nie wiem czy filmy i seriale stanowią jedno uniwersum, ale wiem, że seriale tak. Flash, Arrow, Supergirl, DC LOT i inne, dlatego mam co oglądać. Na tą chwilę wiem, że sezon 2 Arrow poczeka trochę na mnie, bo mimo, że mi się podobał, to jednak muszę trochę ochłonąć. Polecam!

14 stycznia 2020

Nawet super człowiek może mieć problem czyli "Flash" sezon 2

Nazwa: Flash
Tytuł oryginalny: Flash
Rok produkcji: 2015
Gatunek: science fiction, akcja
Odcinki: 23x42 min
Twórcy: Greg Berlanti, Andrew Kreisberg, Geoff Johns
Kraj oryginalnej premiery: USA

Sezon pierwszy zakończył się osobliwością, którą bohaterzy mieli pokonać. Było wiele szkód, nie tylko w mieście, ale i w ludziach. I właśnie traumą po stracie przyjaciół zaczyna się drugi sezon. Życie stracili Eddie, narzeczony Iris, oraz Ronnie, ukochany Caitlin, więc całą gromada musiała sobie z tym poradzić. Dodatkowo osobliwość sprawiła, że pojawiły się przejścia do... kolejnych światów! A wraz z tym kolejni przeciwnicy i następny potężny wróg. Czyli niby to samo, ale nie do końca.

Zacznę od fabuły. Znowu jako przeciwnika mamy super szybkiego sprintera. Jak w pierwszym, sezonie mieliśmy konkretny powód, by Eobard pokonał Barry'ego, ta tutaj wydaje mi się, że chodzi głównie o chęć bycia jedynym sprinterem. Brakowało mi czegoś ambitnego, czegoś, co tak bardzo popychałoby antagonistę do działania, bo sama chęć bycia najszybszym jest jak dla mnie niewystarczająca. Mogli dodać jakąś tragedię, gdzie tylko najszybszy człowiek może ją powstrzymać, wtedy byłoby o wiele bardziej ciekawie, a tak... No nie byłam zachwycona całą sprawą Zooma. I ja wiem jaką on ma przeszłość, ale nadal nie wykorzystali tego odpowiednio. Za to same pionki Zooma były naprawdę ciekawe. Nowe możliwości, a dodatkowo sobowtóry z naszej ziemi tworzył na tyle fajną mieszankę, że po prostu kołowały Flasha. No bo przecież ma skopać tyłek znanej mu osobie, która do teraz była dobra i nie przejawiała oznak bycia złym? Jakim cudem? A no takim, że Ziemia-2 ma w tym udział!

W tym sezonie jest lekka powtórka z rozrywki, ale z całkiem nowymi elementami. Barry musi poradzić sobie ze śmiercią przyjaciół, a nie pomaga mu w tym obwinianie się o to. Cały czas ma wrażenie, że mógł tego uniknąć. Odtrąca wszystkich, chce być sam, by tylko nikogo więcej nie skrzywdzić. W tym momencie nie zachowuje się jak nieustraszony superbohater, ale jak człowiek. Jak praktycznie każdy człowiek w takiej sytuacji. Mimo, że to jest coś oczywiste, to nie raz o byciu człowiekiem zapominają twórcy serialu. Tutaj jest cała gama emocji i zachowań, które zdecydowanie pasują do sytuacji.
Kolejnym plusem było wprowadzenie tych samych ludzi z różnych światów. Dostałam jedną osobę z różnymi charakterami, która miała całkiem inne spojrzenia na świat. Och, a przy okazji pojawiła się Sokolica! Znaczy się Hawkgirl. Inaczej zapamiętałam ją z serialu animowanego. Ale wracając do fabuły, Barry stał się jeszcze bardziej ludzki, z wielkim bagażem emocjonalnym i doświadczeniem, które go zmieniło. To mogło ładnie zadziałaś, gdyby jego przeciwnik był głębiej rozrysowany, a tak... No spłycili go. Spłycili mi antagonistę, za co byłam wściekła! Dobry przeciwnik to podstawa, bo można zbudować fabułę właśnie wokoło jakiegoś konfliktu, by Barry miał dylemat, czy go pokonać, czy jednak mu pomóc. Ale nie! Poszli na łatwiznę. Oj wyklinałam ich, wyklinałam.
Dodatkowo w tym sezonie została rozwinięta jedna bardzo ważna sprawa. Rodzina Westów i jej przeszłość. Wreszcie pokazali co się wtedy stało i gdzie jest matka Iris! Nie spodziewałam się tego wszystkiego. Byłam pewna, że jej mama nie żyje, a tu niespodzianka! Przeszłość jest o wiele poważniejsza niż można było przypuszczać.
W tym sezonie pojawia się również crossover z Arrow! To dla mnie jeden z fajniejszych momentów, bo zestawienie w miarę optymistycznego Barry'ego i poważnego Olivera jest genialne. No i Felicity! Moja ukochana Felicity! Uwielbiam ją.

Barry przeszedł wielką przemianę. Wydarzenia z pierwszego sezonu odcisnęły na nim wielkie piętno, stracił zapał, odsunął od siebie wszystkich, by nie zostali skrzywdzeni, a do tego ma przed sobą kolejne przeciwności. Zwątpił w siebie, czuje się jak nieudacznik, bo nie ochronił najbliższych. I dla mnie to jest doskonały start dla Flasha. Ma cały sezon, wiele wydarzeń, by zmienić swoje myślenie i robi to! Powoli staje na nogi, zmienia się, ale jednocześnie pozostaje ludzki, a to w nim najbardziej uwielbiam.

Najwięcej problemów twórcy seriali mają z postaciami pobocznymi, które pojawiają się na przysłowiową chwilę. Są nijakie, oklepane, mdłe. A tutaj? Różnorodność charakterów i osobowości! A nawet, co się rzadko zdarza, głębokie dylematy przy postaciach jednoodcinkowych. Kreatorzy trzymają naprawdę wysoki poziom, jeśli chodzi o tworzenie ludzi. Podoba mi się również konsekwencja, jeśli chodzi o konkretne postacie. Podstawa charakteru zostaje taka sama, ale zmiany są. To znaczy, jak w życiu realnym. Każda osoba ma swój charakter, taki sam w tym sezonie jak w pierwszym, nie zmienili się diametralnie, nadal są sobą, ale jednak każda z nich dorosła, przeszła przemianę wynikającą z tego, co się działo. Widać wpływ zdarzeń na to, co się w nich dzieje.

Sezon drugi trzyma wysoki poziom, jeśli chodzi o kreację czy to bohaterów, czy fabuły. Przyjemnie się ogląda, prawie nie mogłam odejść od ekranu, żeby wiedzieć jak to się skończy. Żałowałam jedynie jak stworzyli antagonistę, tego zmarnowanego potencjału na coś genialnego, wyjątkowego. Mimo wszystko to naprawdę dobry sezon, a końcówka daje duże pole do popisu, jeśli chodzi o kolejne odcinki. Aj, już nie mogę się doczekać, aż dowiem się co tam się odwaliło i co to zmieni! Polecam! Zdecydowanie polecam!

12 stycznia 2020

Spełnione marzenie gimnazjalisty? czyli "Afrodyta" Edward Guziakiewicz

Tytuł: Afrodyta
Seria (tom): Afrodyta (1)
Autor: Edward Guziakiewicz
Wydawnictwo: Nakład własny Edward Guziakiewicz
Gatunek: science fiction, sf
Rok wydania: 2019

Scroll... Scroll... Scroll... O jaka dziwna okładka! Klik.
Właśnie tak wyglądał wybór tej książki. Ładna pani o dziwnym spojrzeniu i imię greckiej bogini. Myślałam, że to jakaś młodzieżówka o mitologii z jakimś romansem w tle. Czasami mam wrażenie, że nie warto ufać swojej intuicji. Oj nie warto.

"Afrodyta" to historia Raoula Duponta, który po wielu latach służby w Siłach Kosmicznych Układu osiada na zasłużonej emeryturze. Jako, że dorobił się całkiem pokaźnej sumt, jego marzeniem byłą Afrodyta, piękny android, który będzie na każde jego zawołanie. Jednak akcja nie kończy się na tym, ponieważ Raoul chce odwiedzić Ziemię, miejsce, gdzie początek ma rodzaj ludzki i gdzie zaczyna się jego życie. Jako że Ziemia jest planetą konserwatywną, androidy jako hurysy nie są mile widziane, dlatego Raoul musi się ożenić ze swoją pięknością. Nie wszystko jest jednak takie spokojne, jakby się mogło wydawać.

Według Lubimy Czytać jest to pierwszy tom serii "Afrodyta", więc stwierdziłam, że bez problemu będę mogła to przeczytać. O jak się myliłam. Afrodyta to mikropowieść, swojego rodzaju dodatek (przynajmniej według mnie i tego jak to wszystko odebrałam) do książki "Hurysy" tego samego autora i radziłabym nie czytać jej jako pierwszej (chociaż to ona została wydana jako pierwsza). Dla mnie to było dziwne, lekko bez sensu, napakowane czymś, czego nie da się określić. Ogólnie Afrodyta to przepiękna androidka, która jest wiecznie gotowa na seks ze swoim panem, nigdy nie odmawia i spełnia wszystkie jego zachcianki. Przez pierwsze pół książki jest jakby tłem przy Raoulu. Sama historia jest pokazana z kilku perspektyw, nie tylko przez głównego bohatera, ale i innych ludzi, którzy zajmują się produkcją i modyfikacją robotów. Trudno jest opisać fabułę, kiedy ta była prosta jak budowa cepa i stanowiła dla mnie jedno wielkie "wtf". Przez większość książki akcja jest rozwlekana, jakby autor nie miał pomysłu jak to poprowadzić. Niby jest opowieść o wykreowanym świecie, to jednak przy tym zasypiałam. A na sam koniec mamy szybką akcję, która powinna mi chyba wynagrodzić to wszystko, co się działo wcześniej. Ha! Nie wynagrodziło. I przez to właśnie miałam wrażenie, jakby autor chciał w tej mikropowieści umieścić wiele rzeczy, ale nie potrafił tego dawkować i ładnie wpleść, nie usypiając mnie przy tym.
Po przeczytaniu miałam wiele przemyśleń. Jaki naprawdę był główny bohater? Jaki miał charakter? Co o nim wiem? O co chodziło w fabule? Dlaczego miałam wrażenie, że ktoś wyrwał kilkanaście kartek z początku, i po kilkadziesiąt ze środka i końca? Dlaczego, przynajmniej dla mnie, było to tak bardzo niedopracowane?
I ja rozumiem, że to science-fiction, a autor dobrze pokazał jak nasza przyszłość może wyglądać. loty międzyplanetarne na porządku dziennym, kolonizacje innych planet i spełnianie marzeń gimnazjalistów patrząc na androidy, ale nadal coś było nie tak. Może jakbym przeczytała "Hurysy" byłoby mi łatwiej?

Ogólnie jeśli nie czytałaś "Hurys", możesz mieć problemy z "Afrodytą", bo fakt, książka jest krótka, próbowano w nią włożyć wiele, ale nie udało się tego dobrze zrobić.. Nawet jeśli to mikropowieść, to czytanie dłużyło mi się niemiłosiernie i rozciągałam to na kilka dni! Dni! A to już świadczy o tym, że coś jest nie tak! Ja wiem, że nigdy więcej do tego nie wrócę. I za "Hurysy" raczej nie będę się brała.