2 stycznia 2019

"A ja żem jej powiedziała..." Katarzyna Nosowska / 12 zdań

Tytuł: A ja żem jej powiedziała...
Autor: Katarzyna Nosowska
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 208
Gatunek: literatura współczesna
Rok wydania: 2018

O tej książce było głośno przez autorkę, a raczej jej sławę, dlatego też i ja skusiłam się, żeby przeczytać. Bardzo często słyszałam, że ta książka jest szczera, porusza trudne tematy, jest genialna, każdy musi ją przeczytać, więc dokładnie tego oczekiwałam. No cóż, oczekiwania oczekiwaniami, ale rzeczywistość była zupełnie inna, ponieważ dostałam coś, co książką trudno mi nazwać. Wyobraźcie sobie, że bierzecie swój ulubiony blog, drukujecie go, dajecie okładkę, jakieś rysunki i wydajecie książkę - bo właśnie tak dla mnie wygląda "A ja żem jej powiedziała...". Cała treść jest bardzo luźna, śmieszne przemyślenia, swobodne podejście, jakbym poszła do sąsiadki na plotki i słuchała jej narzekania. No właśnie, cała ta książka to spisane plotkowanie, tylko po co mi to? Dla mnie to jest bezsensowne, kolejna książka o niczym, jakby wygodniej nie było po prostu wejść na bloga i przeczytać wpis. Chociaż przyznam się, że czyta się to szybko, bardzo szybko. No i jest całkiem inteligentne i czasami trafia w punkt. Nie zmienia to jednak faktu, że to tak, jakbym poszła do ciotki na ciastko i herbatę, spisała jej marudzenie i wydała książkę z tych notatek, każdy temat na stronę. Jak lubię takie blogi, tak takie książki są zdecydowanie nie dla mnie, po prostu nie dla mnie. Z jednej strony polecam, bo humorystyczne i na rozluźnienie idealne, z drugiej strony forma ciocinego marudzenia i psioczenia nie powala mnie ani na pięty, ani na kolana.

1 stycznia 2019

Czwarte urodziny bloga

To już czwarte urodziny bloga... Zaraz, że co?! Czwarte?! Już? Jak ten czas szybko leci! Masakra! Ostatni rok był dla mnie bardzo intensywny, wiele się w moim życiu zmieniło. Najważniejsze dla mnie to zaręczyny. Tak, zaręczyłam się i mimo minięcia prawie całego roku nadal się ekscytuję :D Druga sprawa to praca. Znalazłam pracę, przez którą jestem 12 godzin poza domem, co przekłada się na mniejszą liczbę przeczytanych i zrecenzowanych książek. Jedynie dwie rzeczy, a tak zmieniły moje życie. Ale przejdę teraz do kwestii książek.

W zeszłym roku (chociaż prawdę mówiąc 2 lata temu, bo w grudniu w roku 2017 :D) zrobiłam listę książek to przeczytania w 2018 roku. O tutaj. No to czas na porównanie. Które książki przeczytałam?
Soman Chainani - Akademia dobra i zła - Akademia dobra i zła 1
Susan Ee - Angelfall. Penryn i Świat Po - Opowieść Penryn o końcu świata
Anne Bishop - Córka Krwawych - Czarne Kamienie 1
Anne Bishop - Dziedziczka Cieni - Czarne Kamienie 2
Anne Bishop - Królowa Ciemności - Czarne Kamienie 3
Anne Bishop - Pisane szkarłatem - INNI 1
Anna Carey - Eve
Jacek Piekara - Płomień i krzyż. Tom 1 - Cykl Inkwizytorski 1
Jacek Piekara - Ja, inkwizytor. Wieże do nieba - Cykl Inkwizytorski 2
Carrie Vaughn - Kitty i nocna godzina - Kitty Norville 1
Carrie Vaughn - Kitty i nocny Waszyngton - Kitty Norville 2
Jennifer Estep - Dotyk Gwen Frost - Akademia Mitu 1
Ilona Andrews - Magia Kąsa - Kate Daniels 1
Christine Feehan - Mroczny Książę - Mrok 1
Patricia Briggs - Zew księżyca - Mercedes Thompson 1
Patricia Briggs - Więzy krwi - Mercedes Thompson 2
P. C. Cast - Wybranka bogów cz. 1 - W kręgu mocy Partholonu 1
P. C. Cast - Wybranka bogów cz. 2 - W kręgu mocy Partholonu 2

18 książek na 100. Z jednej strony dobry wynik, ale z drugiej mógłby być lepszy. Teraz tylko zrecenzować to wszystko, co zalegam. Chciałabym, żeby doba trwała 40 godzin... Potrzeba mi dłuższej doby. A i nie zapomnijmy, że pod koniec roku zakupiłam abonament na Legimi, dzięki któremu przeczytałam 18 książek. No i książki z biblioteczki. Tak ogólnie licząc doszłam do wniosku, że wypełniłam zadanie Przeczytam 52 książki w 2018 roku. W 2019 roku mam zamiar zrobić to samo, przynajmniej jedna książka w tygodniu.
No niestety zdarzyło się kilka książek, które zaczęłam czytać i przestałam, bo po prostu były nudne, nie wciągnęły mnie, albo czekają na lepszy czas. Wolałabym je skończyć, może mi się uda niedługo, zobaczymy. Ich jest około 7, jeśli dobrze policzyłam.

No to teraz trochę bardziej telewizyjna część, bo filmy i seriale. Cóż, zaczęłam oglądać mniej filmów. Może dlatego, że tam fabuła jest upchnięta i zdecydowanie wolę serial, gdzie mogę do tej fabuły wpaść. No właśnie, co do seriali, to trochę ich się przewinęło. Tak samo jak anime! Nie chcę teraz mówić dokładnie jakie były najlepsze, ponieważ planuję post "Po 3 na stronę, czyli 3 najlepsze i najgorsze książki, filmy i seriale w 2018 roku". Będę miała nie lada zagwozdkę, bo mimo wszystko to dość trudny wybór. Zawsze.

Zeszły rok był dla mnie również pozytywnym zaskoczeniem jeśli chodzi o blogowanie, ponieważ w 2018 roku pierwszy raz dostałam książki do recenzji, za co jestem ogromnie wdzięczna. Wszystkie trzy recenzje były pozytywne dlatego, że książki były fantastyczne. Miałam szczęście, naprawdę! Recenzje znajdują się TU, TU i TU.

Czy mam listę książek do przeczytania na 2019? Poniekąd. Przeczytać do końca listę z 2018 roku, a potem zacząć czytać wreszcie biblioteczkę. Na Facebooku napisałam jakiś czas temu, że chciałabym wreszcie przeczytać książki, które mam. Zwłaszcza, że pod choinkę dostałam 3 pakiety Ricka Riordana od narzeczonego, więc muszę je wziąć. No ale to nie moja wina, że jak jeżdżę w soboty na targ, to ludzie mają książki od 1zł do 5zł za sztukę. Nowe, dobrej jakości, nawet niektóre nowości z ostatnich kilku lat. Nie potrafię przejść obok nich obojętnie. Ale zobaczymy jak to wyjdzie.

Trzymajcie kciuki, a ja trzymam za was, by tylko dobre książki się wam trafiały!


Agu

1 grudnia 2018

"Osiemdziesiąt dni żółtych" Vina Jackson

Tytuł: Osiemdziesiąt dni żółtych
Seria (tom): Osiemdziesiąt dni (1)
Autor: Vina Jackson
Tłumaczenie: Barbara Kwiatkowska
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 336
Gatunek: Literatura obyczajowa, romans, erotyk
Rok wydania: 2012

Hej Nat

Mówiąc ogólnie, byłam średnio nastawiona do erotyków. Większość winy za to ponosi Gray i podobnej jakości książki, dlatego też zwlekałam, bardzo długo zwlekałam, zanim wzięłam w swoje łapki. Ogólnie wiedziałam tylko tyle, że to erotyk z gatunku tych mocniejszych. I tyle. Żadnych więcej informacji, o autorce kompletnie nic. Zauważyłam, że dość często biorę w łapki książki, o których autorach nie mam zielonego pojęcia. A bywa tak, że nie znam gatunku, bo spodoba mi się tytuł, albo okładka. Bo mogę!

Summer to młoda, utalentowana skrzypaczka, która dorabia sobie w metrze grając na skrzypcach. Kiedy jednak jej narzędzie pracy zostaje zniszczone, dostaje propozycję od nieznajomego. Dość kontrowersyjną propozycję. Nowe skrzypce w zamian za prywatny koncert. I właśnie to zdarzenie zapoczątkowało specyficzną grę tej dwójki.

Co do fabuły, podzielę ją na dwie części. Pierwsza to okres w Londynie, druga wyjazd. Dla mnie to dość istotne, ponieważ różnice między tymi częściami są duże, a moje opinie naprawdę odmienne. W pierwszej części poznałam Summer, jej marzenia, jej osobowość, przyjaciół i podejście do życia. Trochę zagubiona, szukająca tego, co ją będzie kręcić. I właśnie to jest silnikiem całej fabuły. Wraz z nią weszłam w cały ten świat dominacji i BDSM, ale co najfajniejsze, wszystko zostało nam wytłumaczone dokładnie tak, jakbyśmy to my byli Summer i to nam się tłumaczyło. No wiesz, nie na zasadzie "Opowiedziała mi co tu się dzieje", tylko "- Ok, słuchaj, tu jest tak, tak i tak". A przynajmniej ja miałam takie wrażenie i odczucia. Ogólnie fabuła skupia się na seksualności pomiędzy Summer a profesorem. Wiadomo, otoczka jest zachowana, ale to główna część fabuły i wszystko będzie wokół tego krążyć. Mnie zastanawia jednak jedno. Nie wiem ile zarabiają profesorowie na uczelni, ale zdziwiło mnie, że stać go było na super drogie skrzypce. Ot tak, dla spełnienia swojej fantazji. Dodatkowo powiem Ci, że z jednej strony lubię w fabule zabieg typu "Dam Ci coś, ale Ty zrobisz coś dla mnie", o ile jest naprawdę fajnie przedstawiony, jak tutaj, ale z drugiej strony nie lubię tego, że ludzie są bogaci. To ułatwia sprawę i... No właśnie. Ułatwia. O wiele przyjemniej czyta mi się książkę, gdzie właśnie wszystko jest takie naturalne, rzeczywiste. Co do samego romansu pomiędzy bohaterami, przyznaję, fajnie został rozegrany. Jak dla mnie oryginalny pomysł (mało erotyków czytam, co się dziwić), dobre podejście i naturalne tępo. No i oczywiście zadania, które dostaje skrzypaczka podobają mi się bardzo, ale to bardzo. Zmysłowe, wykraczające poza granicę komfortu, a jednocześnie spokojne. Dlatego pierwsza część, z akcją w Londynie, naprawdę mi się podobała.

Druga część książki dzieje się w Nowym Jorku, gdzie Summer wyjeżdża. Od razu się przyznam. Kompletnie ta część mi się nie podobała. Bohaterowie zachowują się niezgodnie z tym, co było jeszcze chwilę temu. Więcej tutaj Summer, ale nic dziwnego, ona jest bardziej główną bohaterką niż Dominik, a poza tym więcej się u niej dzieje. Dziewczyna, zafascynowana nowym światem erotyki, który odkryła, zagłębia się w niego dalej. Tęskni za Dominikiem, więc szuka czegoś podobnego i odnajduje przyjaciela profesora. Ten również wprowadza ją w ten tajemniczy świat BDSM i uległości, ale... Cholera jasna, to jest tak bardzo złe. Do teraz mieliśmy charakterną kobietę, która wie, czego chce. Wraz z wyjazdem chyba jej się mózg wyłączył, bo robi rzeczy, które są wbrew niej. Z Dominikiem lubiła uległość, zmysłową uległość, odnalazła się w tym. W Nowym Jorku dostała przymus. Nie uległość, a przymus i wmawiała sobie, że jej się to podoba. Coś w stylu, że boli was brzuch jak u wyrostka, wiecie, że coś jest nie tak, ale wmawiacie sobie, że nic was nie boli. Summer wiedziała, że ta nowa relacja jest zła, ale decydowała się dalej w tym tkwić. Dlaczego? Czekała, aż Dominik przybędzie do niej niczym rycerz na białym koniu, wyważy drzwi, krzyknie "Stać! Ona jest moja!", porwie ją w ramiona i odjadą w stronę zachodzącego słońca? Przecież to nie tak bajka, a znajomość z profesorem zdecydowanie nie szła w romantycznym kierunku. Dlatego też dlaczego autorka dała nam tak bardzo złą i toksyczną część? Tak, toksyczną, ponieważ pokazuje, że powinno się robić coś nie tylko wbrew sobie, ale i zagrażającego bezpieczeństwu. Byłam tak wściekła, gdy to czytałam. Miałam ochotę rzucić książką o ścianę, a raczej rzucać, bo było tak cały czas. Końcówka odrobinę uratowała sytuację, ale nie za wiele. Wielki, czerwony minus dla połowy książki. Nie. I koniec.

Byłam naprawdę dobrze nastawiona do tej książki. Fajna okładka, intrygujący opis, dobry początek. Taki stan utrzymywał się, jak już wyczytałaś wyżej, do połowy książki. A potem Niagara wylała i nas zatopiła, zostawiając powódź. Jeżeli chcesz przeczytać, przeczytaj do połowy. Poczujesz się zadowolona. Ale błagam, nie czytaj części, gdzie Summer wyjechała. Dla dobra siebie, nie czytaj.

Czy polecam książkę jako całość? Wątpię. Mimo dobrej pierwszej części nie warto marnować nerwów i włosów, oraz oczywiście książek, które wylądują w toaletach, szkoda drzew, na część drugą, która jest po prostu toksyczna. Muszę znaleźć dobry erotyk, który nie skończy w pysku psa, jak go wyrzucę przez okno. To będzie trudne. Bardzo trudne. I na pewno nie będzie czymś tej autorki.

Ściskam,
Agu

26 października 2018

"Drzazgi" Joanna Bartoń

Tytuł: Drzazgi
Autor: Joanna Bartoń
Wydawnictwo: JanKa
Liczba stron: 172
Gatunek: literatura współczesna
Rok wydania: 2018

Hej Nat

Lubię niebieski. Tak po prostu. To on mnie uspokaja, a nie zielony. No i lubię nietuzinkowe okładki. Mieszanina tego sprawiła, że chciałam przeczytać tę książkę. No i fragment, który tutaj wstawiłam. Oj tak, on mnie zachęcił najbardziej. Dlatego też gdy tylko miałam okazję, dorwałam i czytałam "Drzazgi". A powiem Ci, że to nie było łatwe. Zmiana pracy, 12 godzin poza domem, ale udało się!

Ogólnie mówiąc, "Drzazgi" to historia Liliany, która zbyt szybko traci swoją miłość, zostając jednocześnie w ciąży. Jednak to nie jest jej wymarzona sytuacja. Sprawy się komplikują, a jej syn, już dorosły, popełnia zbrodnię. Sama jednak czuje się współwinna, ponieważ to ona wydała swoje dziecko na świat, i gdyby nie to, do przestępstwa by nie doszło. Retrospekcje naprowadzają nas na pewien trop, ale to może nie wystarczyć.

Sama fabuła nie jest jakoś energiczna, szybka, porywająca, ale za to wchłaniająca. Chociaż jest zbrodnia, nie jest to żaden kryminał. Mimo zawieszki literatury współczesnej, dla mnie pasuje tu bardziej jako powieść psychologiczna, ponieważ dochodzimy do takich momentów umysłu i duszy Liliany, że odkrywamy ją nagą, czystą, bezbronną. Mogę powiedzieć, że pierwsze strony tej książki były dziwne. Jakby zniechęcające nas do bohaterki, pokazujące ją w fatalnym świetle, a dodatkowo wszystko kręciło się wokół TEJ środy. Cały czas TA środa, TA środa i TA środa. I również przez cały czas zastanawiałam się, co to za środa? Co się stało? Dopiero z biegiem kartek, powoli wczuwając się w bohaterkę dowiadywałam się co się stało i jak odebrała to Liliana. Jak odczuła ten nóż prosto w serce. No bo czym innym jest zabójstwo profesora przez jej dziecko, kiedy sama uczyła go (chłopca, nie nauczyciela), że nawet pająków się nie zabija? Cała historia jest niczym podróż nie tylko w czasie, ale też w głąb podświadomości Liliany. Dlatego to wszystko mnie tak bardzo wciągnęło. Jak zazwyczaj w fantastyce mam bohatera i jest podróż, bądź cel, tak tutaj bohaterem poniekąd byłam ja sama, a moim celem było zrozumienie. Zrozumienie matki, która nie jest jak wszystkie, która nie kocha dziecka ponad siebie, nie poświęca mu całego czasu, a jednak czuje się za niego odpowiedzialna. Dodatkowo było to dla mnie coś nowego. Zazwyczaj w książkach to dziecko jest bohaterem, a rodzic albo je wspiera, albo jest tym złym. Taki mamy przedstawiony fakt, to wpływa na fabułę i koniec. Tutaj jest tak, jakbym weszła w głowę bohaterki i z tej drugiej strony widziała całą sytuację. Nie zawsze będąc w centrum akcji, ale jednak mając ogląd na całą sprawę.

Liliana. Matka. Sprawczyni sprawcy. Osoba, w której psychikę zaglądamy, i którą próbujemy zrozumieć. Postać stworzona z zamysłem i rozmysłem. Bardzo uczuciowa, empatyczna i wrażliwa, co nie raz ją gubi. Najbardziej przekonało mnie to, że była szczera. Chociaż z boku mogło wyglądać na to, że zwariowała, że myśli głupoty, to jednak idąc jej tokiem rozumowania, próbując ją zrozumieć, musiałam przyznać, że coś w tym jest, że to nie wzięło się znikąd, ale gdzieś była podstawa tego wszystkiego. Byłam autorce wdzięczna za to, że nie dostałam kolejnej typowej matki, ale coś więcej. Kobietę z problemami, która starała się poradzić z nimi, nie tracąc siebie. Liliany nie da się tak łatwo opisać. To kłębek przeszłości, wyrzutów, problemów i głębi. Ma przyjaciół, jednak najlepiej czuje się odosobniona. Myślę, że wiele osób może w Lilianie znaleźć kawałek siebie.

Autorka nie daje nam wszystkiego wprost. Wskazuje drogę, naprowadza, podpowiada tak, byśmy mogli wszystko zrozumieć, byśmy wręcz mogli poczuć to samo co bohaterka, byśmy mogli przede wszystkim zrozumieć, a dopiero potem osądzić. Sama historia zwraca uwagę, że nie każda matką chce nią być, a jeśli taka decyzja zapada, to dlaczego. Genialnie przedstawia zbrodnię nie ze strony zbrodniarza czy policjanta, ale najbliższej rodziny przestępcy, czyli coś, czego mi od dawna brakowało. Książka niebanalna, wciągająca, ale i wymagająca. Potrzeba dużo cierpliwości i zrozumienia, by wszystko odkryć. Jedyne co mi nie podpasowało, to finał. Spodziewałam się zupełnie innego. Jednak to tej lekturze uświadczyłam się w przekonaniu, że wystarczy jeden dzień, by całkowicie zmienić nasze życie. Jeden uczynek popełniony przez kogoś z rodziny i nasze życie już nie jest takie samo. I w sumie dzięki temu jeszcze bardziej doceniam życie, które mam. Zdecydowanie polecam. Kawał mocnej, głębokiej literatury, która nie podpasuje każdemu, ale spróbować, warto, prawda?

Ściskam,
Agu

13 września 2018

"Kręgi" Zbigniew Zborowski

Tytuł: Kręgi
Seria (tom): Bartosz Konecki (2)
Autor: Zbigniew Zborowski
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 480
Gatunek: thriller, sensacja, kryminał
Rok wydania: 2018

Hej Nat

Od jakiegoś czasu próbuję czytać inne gatunki niż moja ukochana fantastyka czy romans i właśnie tak trafiłam na kryminał. No i oczywiście zorientowałam się, że wiele z fantastyki, którą lubię, to właśnie fantastyczne kryminały, więc stwierdziłam, że czemu by nie przeczytać czegoś bez magii i zjawisk paranormalnych? I właśnie tak zdecydowałam się na "Kręgi" Zbigniewa Zborowskiego. Przyznam się szczerze, że nie znałam tego autora, nie kojarzyłam żadnej jego książki, więc nie miałam zielonego pojęcia czego oczekiwać.

Ogólnie mówiąc, akcja dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych, teraźniejszości skupiającej się na Bartoszu Koneckim i przeszłości, której akcja rozgrywa się wokół postaci Norberta Pałuchy. Chociaż między akcjami jest wiele lat przerwy, obie się jakoś wiążą. Bartosz Konecki jest byłym policjantem, który próbuje zarobić będąc prywatnym detektywem. Dostaje dziwne zlecenie, by śledził młodą celebrytkę, która dość niedawno stała się sławna. Z każdą chwilą coraz bardziej wchodził w bagno, z którego nie było praktycznie wyjścia. A dodatkowych problemów dodawała mu Jola, ukochana, dla której musiał się starać i pokazać, że się nie stoczył i wszystko z nim w porządku. Nie pomagają mu również uzależnienia. Norbert Pałuch zaś to policjant, który odkrywa morderców młodej dziewczyny i próbuje pokrzyżować im plany. Pech trafił, że nie wyszło mu do końca tak jak planował i nie było za wesoło.

Ogólnie patrząc na fabułę, byłam zszokowana. Czytając pierwsze strony mogłam sobie wyobrazić zbrodnie i trochę mi się zrobiło niedobrze przez to, co moja wyobraźnia mi podsuwała. Ale szczerze? To dobrze! Bardzo dobrze! To znaczy, że autor potrafi przekazać to, co jest w domysłach! Polowanie na ludzi? Miodzio pomysł! Kupił mnie po całości! A do tego prowadzenie fabuły... Ciągle zwroty akcji! Do tego kreacja bohaterów tak niesamowita, że byli zupełnie rzeczywiści. Każdy miał swoje wady, swoje zalety, a nawet uzależnienia, dzięki czemu stali się bardziej ludzcy, bliscy czytelnikowi. Najbardziej podobało mi się to, że bohaterowie nie dostawali odpowiedzi na tacy, ani nie domyślali się rozwiązania znikąd, lecz wszystko miało swoje podłoże, od po nitce do kłębka, dosłownie. Nawet podwójnie prowadzona fabuła miała sens, by zrozumieć jak połączyć fakty musieliśmy poznać przeszłość dokładnie, bez żadnych zatarć i nieporozumień. Muszę też zwrócić Twoją uwagę na fakt, że dość często w książkach sytuacje są wybielane, łagodzone, co dla mnie nie ma sensu. Jeśli ma to być kawał konkretnej literatury, to dlaczego chcą dodać tony różu i puszku? Tak się nie robi! I właśnie tego nie zrobili tutaj. Szczerość, brutalność, przemoc, a do tego ból - to wszystko wylewa się na nas z każdym kolejnym słowem. Genialnie skonstruowana fabuła, która trzyma się kupy to coś, co w każdej książce powinno być obowiązkowe, a dość często jest zapominane. Tutaj było świetnie stworzone. Żadnych luk logicznych, wszystko pięknie rozrysowane i pokazane, czego chcieć więcej? A, wiem. Więcej takich książek! Oj tak, zdecydowanie więcej książek!

Nie znam się profesjonalnie na kryminałach, dopiero wchodzę w ten świat, ale dla mnie "Kręgi" to kawał dobrej literatury, w który można wpaść po całości. Spędziłam naprawdę miły czas z tą książką, zwłaszcza czytając przed pracą, kiedy miałam po godzinie wolnego czasu. No i po takiej lekturze można rozmawiać z klientami, a co! A tak wracając do tematu, polecam. Oj bardzo polecam. Przeczytaj, pokochaj, zapamiętaj!

Ściskam,
Agu

2 września 2018

Zapowiedź "Drzazgi" Joanny Bartoń

Autor: Joanna Bartoń
Tytuł: Drzazgi
Stron:176
Wydawnictwo: JanKa wydawnictwo i...


Fragment:
(...) Świadomość, że niedługo zostanie matką, sprawiła, że już w pociągu zaczęła rozmyślać o swojej.
To, że mama część swojego życia spędzała w piwnicy, szybko stało się dla niej smutną oczywistością. Nawet tata nie miał już czasami siły, by z nią walczyć i na jej pytanie „mama znów?”, zadawanego w asyście kciuka skierowanego w dół, rozkładał bezradnie ręce, kiwając ze smutkiem głową. Zawsze wyobrażała sobie wtedy, że mama wyjeżdża w bardzo ważne delegacje, od których zależy los jeśli nie całej ludzkości, to przynajmniej połowy. Znalazłszy takie usprawiedliwienie dla jej nieobecności w swoim życiu, mogła witać ją w nim za każdym razem z tą samą euforią. Była kłębkiem popiskującego szczęścia, kiedy tylko słyszała z dołu odgłosy składania leżanki, co oznaczało, że mama znów zamieszka na jakiś czas z nimi. Tata był bardziej powściągliwy i nie witał żony z tak szczenięcą wylewnością. Zadawał jej tylko podszyte sarkazmem pytanie: „Jestem ciekawy, na ile tym razem?”, a czasami w celu wzbudzenia w niej poczucia winy dodawał coś w rodzaju: „Twoja córka nauczyła się jeździć na rowerze, szkoda, że tego nie widziałaś”.

Mama wychodziła z piwnicy tylko w pochmurne dni, ponieważ twierdziła, że razi ją słońce. Już jako małe dziecko wdrukowała sobie w schedzie po mamie zupełnie nieprzystający do rzeczywistości obraz pogody. Dobra to ta z chmurką oraz deszczem, a zła to słońce, które „wypala mamie oczy” oraz wiatr, który „urywa mamie głowę”. Mama tłumaczyła jej czasami, ile cierpień cielesnych i psychicznych powoduje niewłaściwa pogoda i robiła to tak sugestywnie, że ona dość szybko zaczęła nosić okulary słoneczne nawet w deszczowe dni na wypadek, gdyby zza chmur wychynęło znienacka mordercze słońce.
Szybko okazało się, że odziedziczyła po niej światłowstręt. W wieku dwunastu lat poprosiła kategorycznie o zamontowanie czarnych rolet do okien w swoim pokoju. Prośba została ze smutkiem spełniona, albowiem tata z trwogą rejestrował każde podobieństwo ukochanej córki do żony, która okazała się nieprzystosowana do życia nie tylko w społeczeństwie, ale także w podstawowej jego komórce, rodzinie.
Czasami, gdy jej pobyt w piwnicy wydłużał się do tygodnia, siłą ją z niej wyciągał. Pamiętała, jak raz tata wyniósł mamę do ogrodu i powiedział: „Patrz, to twoja córka, wiesz chociaż, do której klasy chodzi?”. Odpowiedziała mu jak zwykle histerią w asyście spazmów i gróźb karalnych, bo mama, mimo delikatnej aparycji, potrafiła dźgać słowami jak mało kto. Zatykała wtedy uszy, ale to na nic. Już by chyba wolała, żeby tata dał mamie spokój, niech sobie lepiej ratuje świat w tej swojej piwnicy, ona nie musiałaby przynajmniej tego wszystkiego wysłuchiwać. A tak to wszyscy byli niezadowoleni: tata, bo zbesztany przez mamę, mama, bo wyciągnięta z piwnicy, ona, bo mama nawet na nią nie spojrzała, tylko zwinęła się w kłębek i cicho szlochała.

Mama miała tak naprawdę dwa wcielenia: piwniczne i leśne. To drugie oznaczało przesiadywanie - oczywiście w odpowiednią pogodę - na pieńku wyciętej sosny i wpatrywanie się w mech. Takie wcielenie mamy lubiła dużo bardziej, ponieważ mogła w nim uczestniczyć. Mama siadała na pieńku, brała ją na kolana i chuchała najpierw zimnym, a potem coraz bardziej rozgrzanym powietrzem w jej kark. Mogły siedzieć tak bez końca.
Raz mama postanowiła urządzić w lesie szkołę przetrwania, z nią w roli jedynego ucznia. Powiedziała, że musi być naprawdę dzielna, bo próba nie będzie łatwa, ale od tego, jak sobie poradzi, może zależeć kiedyś jej życie. Mama stanęła na sklepieniu jednej z lisich nor i zaczęła po niej skakać. Potem podpaliła kawałek gazety i wrzuciła do nory w celu wypłoszenia ewentualnego lokatora.
Następnie kazała jej wejść do tejże nory, zachowywać się jak najciszej potrafi i nie wychodzić, choćby nie wiadomo co się działo. Powiedziała, że ma być „liskiem, którego nie wypłoszy ani hałas, ani ogień”. Hałas jej nie przestraszył, a gdy nadeszła próba ognia, zobaczyła tatę rzucającego się na mamę trzymającą w ręce podpaloną gazetę. Tata krzyczał coś o szpitalu psychiatrycznym i odebraniu praw, a mama, że jeśli tak się stanie, zabije się.
Rodzice chwilę walczyli, turlając się po mchu, a ona obserwowała to ze swojej lisiej nory i zapragnęła nigdy z niej nie wychodzić. Gdy skończyli bijatykę, oboje zziajani usiedli i na chwilę jakby o niej zapomnieli, a jej było z tym dobrze, bo wcale nie chciała wracać do domu.

Od tego czasu mama musiała prosić tatę o pozwolenie, gdy chciała ją wziąć na spacer: „Czy mogę wziąć twoją córkę na spacer?” - pytała.
Tata najczęściej odpowiadał: „Tak, możesz wziąć twoją córkę na spacer”.
Często zastanawiała się, co to „twoja” bardziej oznacza: czy to, że należy do obojga, czy raczej to, że jest niczyja.
Kiedy wiele lat później zagadnęła tatę o maminy schron w lisiej norze, wydawał się wstrząśnięty:
- Miałaś może ze cztery lata, byłem pewien, że tego nie pamiętasz! - wykrzyknął zdumiony.
- Pamiętam i się zastanawiam, skąd się to u mamy wzięło. Jakieś przeżycia wojenne?
- A skąd! - przerwał jej z werwą ojciec. - Mama urodziła się prawdopodobnie kilka lat po wojnie. Dziadkowie adoptowali ją, jak miała około dwóch lat. Obejrzała kiedyś dokument o Wołyniu i tak bardzo zapragnęła być skądś, że przeżycia jednej z bohaterek filmu wzięła za własne. Stąd ta lisia nora i zabawa w schron.

Po tej rozmowie z tatą długo zastanawiała się, jak bardzo trzeba czuć się znikąd, żeby woleć tragiczną historię z Wołynia od własnej, czyli żadnej.
Tata przynajmniej znał swój rodowód - był inspektorem weterynarii, synem weterynarza, tego, który jako pierwszy w chłopskiej rodzinie zdobył wyższe wykształcenie i inteligencki sznyt. Mama natomiast, adoptowana przez prostych rolników, zawsze czuła, że pochodzenie chłopskie to nie jest jej historia. Interesowała się literaturą i malarstwem, na przemian próbując swoich sił to w jednej dziedzinie, to w drugiej.
Pomalowane przez nią okiennice domu świadczą niezbicie, że miała do sztuk plastycznych dryg; niestety, nie wiadomo jak było z jej pisaniem - z prowadzonego przez nią pamiętnika został tylko popiół, ponieważ wrzuciła go do pieca tuż przed śmiercią.
Stało się to niespodziewanie i ku rozpaczy córki, która chciała odnaleźć w nim to, czego tak bardzo potrzebowała: dowody miłości do własnego dziecka.

To nieprawda, że mama nie potrafiła się nią zajmować. Po prostu niemal bez przerwy była zajęta sama sobą, ale kiedy przychodziła chwila próby, jak na przykład jej choroba, mama była mamą. Najczęściej chorowała na zapalenie oskrzeli i anginę. Pamięta wyprawy do lekarza w Legnicy. A najbardziej to, jak troskliwie mama się nią zajmowała. Z wypożyczalni video, która mieściła się tuż obok przychodni, wypożyczała jej w zależności od wieku bajki lub filmy przygodowe i razem oglądały je w łóżku. Kupowała mnóstwo owoców i w miarę możliwości dogadzała jej kulinarnie.
Bycie chorą oznaczało dla niej raj bycia z mamą. I tylko raz czar prysł, gdy mama do taty, który przyszedł z pracy, powiedziała: „Dobrze, że już jesteś”. A potem, wpatrzona w daleki punkt, ledwo powłócząc nogami, poszła do siebie. Pomyślała wtedy, że zamęczyła mamę na śmierć, ale to nieprawda, że mama nie potrafiła się nią zajmować - po prostu męczyła się trochę szybciej niż inne mamy.
- To nieprawda, że mama nie potrafiła się mną zajmować - prowokowała tatę.
- To prawda, bywała troskliwa. Chwilami nawet zbyt. Pamiętasz swoje łyżwy?
- Jasne, te, co dostałam na Gwiazdkę od Aniołka i co mi je zaraz potem ukradli?
- Nie ukradli ich. Tylko dziecko mogło uwierzyć w taką wersję wypadków. W kredensie trzymałem majątek za skup trzody, a złodzieje mieliby się połakomić na wór cebuli i łyżwy? To był mamy pomysł. Po obejrzeniu „Dekalogu” Kieślowskiego panicznie się bała, że pęknie lód na naszym jeziorku i się utopisz. Była tak zdeterminowana, żebyś nie jeździła na tych łyżwach, że wybiła okienko w piwnicy i wymyśliła całą tę historię z włamaniem.
- Myślisz, że mama cieszyła się z diagnozy?
- Na pewno nie płakała. Przynajmniej nie przy mnie. Ale odkąd wiedziała o raku jajnika, nie schodziła już do piwnicy. Tak jakby wiedziała, że już niedługo należy się w ciemności do syta.
- Mama zawsze mówiła mi, żebym brała sobie mężczyznę z ciepłymi dłońmi. Sama zwykle miała zimne i podkreślała, jaka to przyjemność ogrzewać je w twoich. Wiesz, co jest ciekawe? Czym bliżej śmierci, tym jej dłonie stawały się cieplejsze. Jak umierała, miała je wręcz gorące.
- A nie pomyślałaś o tym, że to twoje były lodowate?




Patrząc na ten fragment, jestem naprawdę zaintrygowana. Oczekuję solidnej literatury, która wgryzie mi się w mózg i sprawi, że będę myślała o niej przez wiele dni. Jak będzie? Zobaczymy!

8 sierpnia 2018

"Wampiry w wielkim mieście" Kerrelyn Sparks

Tytuł: Wampiry w wielkim mieście
Seria (tom): Miłość na kołku (2)
Autor: Kerrelyn Sparks
Tłumaczenie: Ewa Spirydowicz
Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 352
Gatunek: fantastyka, romans paranormalny
Rok wydania: 2010

Hej Nat

Na fali złych dni sięgnęłam po kolejną część "Miłości na kołku", No bo dlaczego nie? Przyznam się szczerze, że "Wampiry w wielkim mieście" to najmniej lubiana przeze mnie część, jednak to nie znaczy, że jej nie lubię. Wręcz przeciwnie.

Po pierwszej części miałam już obraz całej serii i stylu autorki, więc miałam również pewne oczekiwania co do bohaterów jak i fabuły. Nastawiłam się na coś równie zabawnego i właśnie to dostałam.

W poprzedniej części Roman odnalazł swoją miłość, Shannę, przez co musi odesłać swój harem.Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że kobiety pochodzą z różnych epok historycznych i nigdy, ale to nigdy nie procowały, a przez całe swoje życie były uzależnione od mężczyzny. Ich myślą przewodnią jest "Dajcie nam faceta, z którym będziemy mogły się kochać, i który zadba o nas finansowo". Tak więc problemem było co z nimi zrobić. Darcy Newhart, chcąc się wykazać w nowej pracy, organizuje konkurs. Wampiry będą konkurować między sobą w specyficznych zadaniach, ale najzabawniejsze jest to, że wśród uczestników znajduje się kilku śmiertelnych ludzi, a jeden z nich naprawdę spodobał się naszej wampirce.

Tym razem książka nie zaczęła się z perspektywy głównego bohatera, lecz ze strony człowieka, agenta od wampirów. Sam pomysł na telewizyjne show w wyborze pana dla haremu był dla mnie zaskoczeniem, ale jednocześnie mnie zaintrygował. Do tego fakt, że tam będą ludzie, którzy nie mogą dowiedzieć się o istnieniu wampirów, i ja jestem całkowicie zadowolona. To coś nowego, coś świeżego, coś, czego jeszcze nie czytałam, a lubuję się w romansach paranormalnych. Najlepszym zabiegiem było pozwolenie kobietom z haremu na decydowanie i eliminację uczestników. Każda z nich jest inna, więc patrzyła na inny aspekt mężczyzny. Dzięki temu też rywalizacje były dość specyficzne. A ile było przy tym śmiechu! Do tego kobiety z haremu pochodzą w różnych epok, więc otrzymujemy mieszankę kobiety niemal świętej, która nie myje się nago, tylko w jakimś specjalnym ubraniu do mycia, kobietę w krynolinach (już teraz wiem co to jest), czy też kobietę w skórze i skąpym ubraniu. I teraz pomyśl, jak tama mieszanka może poprowadzić jakiś reality show. No właśnie. Dla mnie naprawdę dobry zabieg, ponieważ oprócz konkurencji są tez sprzeczności w samym haremie! W fabule nie podobało mi się jedno. To, jak rozwijała się miłość między Darcy, a jej ukochanym. To było tak bardzo typowo w stylu taniego romansu, że brakowało mi jakichś pojedynków czy wojny w tle.

Co do samych bohaterów to jestem naprawdę zadowolona. Darcy, jako główna bohaterka, miała za zadanie udźwignąć fabułę, jednak gdyby miała zrobić to sama, pewnie by jej nie wyszło. Owszem, jest inteligentna, spostrzegawcza i kreatywna, ale to dla mnie odrobinę za mało, by być pępkiem książki. Jednak muszę przyznać, że zaimponowała mi swoją odwagą, wprowadzając ludzi do konkursu wampirów. Ogólnie zrobiła na mnie dość pozytywne wrażenie, a nawet stała się bardziej realistyczna z powodu swojej traumy. Pomimo bycia główną bohaterką nie zrobiła takiego wielkiego show jak Shanna w poprzedniej części. Więcej o niej nie umiem powiedzieć, więc podsumowując: Darcy jest fajną bohaterką, ale jak dla mnie nie ma powera, by być główną bohaterką.

Innym przypadkiem jest harem. Tak kolorowy, tak różnorodny i tak miejscami wkurzający, że to głowa mała. Mamy współczesną wampirzycę, księżną, prawie święta kobietę, wielbicielkę krynolin, paryską modelkę i wiele innych. Wszystkie one połączone razem tworzą harmider nie do okiełznania. Dla mnie to jest fascynujące, jak autorka je stworzyła. Każda ma inną historię, inny charakter oraz inną osobowość. Najbardziej mi się podobało, że chociaż minęło wiele lat, one były zamknięte w zachowaniu z okresu, z którego pochodziły. To sprawiało, że cała otoczka była surrealistyczna, a jednocześnie zabawna. No i progres! Dziewczyny na łamach książki rozwinęły się, zmieniły, co nadało historii realności.

Mogłabym jeszcze opisać Austina, ale... No nie polubiłam go. Wydał mi się typowym samcem alfa, który musi dopiąć swego i uratować świat przed złem. Taki syndrom bohatera. No nie pasowało mi jego zachowanie, nawet to w garderobie z Darcy. No po prostu nie. O wiele lepszy jest Roman.

Całą reszta pobocznych postaci, tak samo jak w poprzedniej książce, miała charakter. Nie była masą tła, tylko poszczególnymi osobami wraz z przeszłością, charakterem i osobowością. Nawet postać, która pojawia się jedynie epizodycznie została dokładnie zaplanowana. Trochę jedynie brakowało mi Shanny i wydawało mi się, że bardziej wydoroślała na przełomie książki, ale cóż poradzić, ma swoją historię, która ją ukształtowała.

Ogólnie mówiąc, książka troszkę gorsza od pierwszej części, jednak nadal przyjemna do przeczytania. Wstawki humorystyczne na poziomie, więc często można się śmiać. Oj tak, spędziłam przy tej pozycji naprawdę dobry czas i poprawiłam sobie humor. Jeżeli liczysz na coś wyszukanego i wybitnego, to nie ta droga. Tutaj będzie miło i swobodnie spędzony czas bez konieczności myślenia.

Ściskam,
Agu