Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

28 grudnia 2022

Pustka potrafi pochłonąć każdego, czyli "Zwiastunka" Bartłomiej Sztobryn

      Dzięki TikTokowi dowiedziałam się o istnieniu autorów, o których nigdy nie słyszałam. No i tak trafiłam na filmiki Bartka Sztobryna, który udzielał rad odnośnie pisania. Tak mi się spodobało, że jego odpowiedzi były konkretne, rzeczowe, a do tego w naprawde miłym tonie, że jak ogłosił informację o discordzie, aż musiałam dołączyć. No i jak już tam się zasiedziałam, głupio było nie przeczytać tego, co napisał, co nie?

      Zwiastunka to opowieść o Oli, której życie można wprost określić jako patologiczne. Jednak pewnego dnia poznaje Brata Jana, przywódcę Stowarzyszenia Odnowy Ducha, który daje znaki, że nie do końca jest zwyczajnym człowiekiem. Zachęcona tą informacją stara się uciec od doczesnego życia ku wolności.

      Autor w fantastyczny sposób pokazał, że gdy czegoś nam brak, nosimy w sobie pustkę, desperacko pragniemy ją czymś zapełnić. Używki, przemoc czy właśnie przynależność do sekty, by wreszcie poczuć się kimś normalnym… chcianym.. a nawet kimś potrzebnym. To pokazuje, że człowiek, nieważne w jakim momencie swojego życia, jest postacią stadną i są momenty, gdzie zrobi wszystko, by do tego (nawet jedynie kilkuosobowego) stada należeć. Trudno jest taką osobę wyrwać z jej życia i pomóc. Dla niej miejsce, gdzie się znajduje, to bezpieczna przystań, jej miejsce, gdzie nic niespodziewanego nie powinno się stać. Dokładnie to widać w momencie, kiedy Ola przybiera nowe imię. Znalazła swoje miejsce i dostosowała się do niego, zmieniając się, bo była pewna, że tak trzeba, by nadal być akceptowaną. I również widać, że potrzeba szoku, czegoś strasznego, by taką osobę wyrwać z jej nowego życia. Właśnie to wszystko zostało w wyśmienity sposób przedstawione.
      Naprawdę imponuje mi, że Bartek przedstawił sposób działania sekty tak, jak to bywa w rzeczywistości, czyli powoli, subtelnie, naciskając tam, gdzie się powinno, by popchnąć ofiarę a jednocześnie jej nie wystraszyć. Czytając, sama nie spostrzegłam, kiedy Ola po prostu wsiąknęła w sektę, co dobrze świadczy nie tylko o researchu, lecz też o swego rodzaju wrażliwości i delikatności autora.

      Co do konstrukcji fabuły, dobrym pomysłem było przeplatanie teraźniejszości i przyszłości (teoretycznie można powiedzieć, że teraźniejszości i przeszłości, jednak dla mnie bardziej pasuje teraźniejszość i przyszłość), bo z jednej strony dostałam historię jak to się wszystko zaczęło, a z drugiej strony jak to się wszystko kończy. No i głównym pytaniem było “co się tam tak spieprzyło”. To wszystko zostało poprzetykane historią Jana, jego rozmowami, monologami. I tu mam problem. Jan został tak świetnie stworzony, że miałam go dość. Wkurzał mnie za każdym razem, jak go widziałam. Dodatkowo już po kilku chwilach irytowało mnie to, co mówił Niby można by zarzucić monotonność jego słowom, ale przecież o to chodziło. Jan zawsze opowiadał na jeden temat w dość podobny sposób, bo to niejako była jego misja życiowa. Tym się w życiu kierował i do tego próbował nawracać innych, powoli burząc światopogląd innych.

      Jeśli chodzi o Olę, jestem zachwycona. Jest przedstawiona tak realnie i tak konkretnie, nie ma w niej żadnego lania wody. Ma swój patologiczny świat, który powoli próbuje zmienić. I tutaj powtórzę to, co w prawie każdej recenzji. Podstawy! Tu są genialne podstawy! Czuć dźgania Oli przez otoczenie do dostosowania się, ale jednocześnie ona nie zmienia się ot tak od razu jak za sprawą zaczarowanej różdżki. To jest proces, który został wspaniale przedstawiony. No po prostu aż się łezka uroniła, że nie było nielogicznych zmian osobowości, których nienawidzę. No i były momenty, kiedy chciałam ją mocno przytulić.

      Bardzo, ale to bardzo podobały mi się postacie drugoplanowe. Każda miała główną cechę przewodnią, wokól której powstały jej osbowości. Jednak bywały momenty, że przez długi czas na twarzy miałam dosłownie karpia. Niektóre zachowania były tak odmienne od tego, jacy byli bohaterowie, ale z drugiej strony one tak dokładnie pasowały. Tak, mam na myśli Kamealę. To było mistrzostwo w przekręcaniu świata do góry nogami! Nie mogłam się pozbierać!

      Książka jest genialnym debiutem! Po prostu jednym z lepszych, które czytałam. Mrocznym, ciężkim przedstawieniem prawdziwego życia. Fakt, czasami można się pomieszać w przeskokach czasowych, ale idzie się przyzwyczaić. Czyta się naprawdę szybko. Cały czas ma się wrażenie, że pod pozorem błahostek i luźnej atmosfery pod spodem zbierają się ciemne chmury mroku, by w danym momencie zaatakować. Dobry research, świetne backstory postaci, cudowne otoczenie to przepis na dobrą książkę. Ale niektóre wypowiedzi Jana omijałam. No cóż, nie chciałam się jeszcze bardziej denerwować haha! Wystarczyło mi, że mnie wkurzał podczas fabuły! Zdecydowanie polecam dla fanów czegoś mocniejszego.

  Tytuł: Zwiastunka
  Autor: Bartłomiej Sztobryn
  Wydawnictwo: Wydawnictywo K2A
  Liczba stron: 394
  Gatunek: fantastyka, sf, science fiction
  Rok wydania: 2021

2 grudnia 2022

Superbohaterski powrót do przeszłości, czyli Titans sezon 1

Nazwa: Titans
Tytuł oryginalny: Titans
Rok produkcji: 2018
Gatunek: science fiction, akcja, fantasy
Odcinki: 11x około 45 min
Kraj oryginalnej premiery: USA

      Chyba każdy kojarzy teen titans, serial animowany z cartoon network. Zawsze utożsamiałam się z Gwiazdką albo Riven, w zależności jaki humor miałam. Dlatego też z niecierpliwieniem czekałam na ten serial aktorski. Miałam nadzieję, że utrzymają klimat, jaki tam panował, te charakterystyczne osobowości, tę atmosferę. Cóż… Chyba powinnam przestać mieć jakiekolwiek oczekiwania co do seriali, filmów czy książek. Zdecydowanie nigdy nie są spełnione.

      Jak na CN, tytani mieli pokonać Slade i jego popleczników, tak tutaj fabuła przybiera zupełnie inny kierunek. Raven jest młodą dziewczyną, która ma tajemnicze moce. Gwiazdka ma za zadanie odnaleźć zagrożenie dla świata i je unicestwić, chociaż nie pamięta kompletnie nic ze swojej przeszłości.
      Cały sezon skupia się na Rachel. Od początku ma wrażenie, że ktoś chce ją dopaść. Pomocy szuka u Greysona, czyli znanego nam Robina. Obydwoje muszą sobie poradzić z ojcem Raven, który za wszelką cenę chce zobaczyć córeczkę (z tego powodu giną ludzie, cóż za miłe zaproszenie do rozmowy, czyż nie?), a ona nie do końca panuje nad swoją mocą. No i trzeba dodać, że Robin pokłócił się z Batmanem i jakoś ta relacja musi postąpić naprzód. Do naszej dwójki dołącza się Starfire, a później Gar, czyli Bestia, i cała nasza paczka musi jakoś ocalić świat.

      Seriale DC mają to do siebie, że panuje w nich dużo mroku. Wiecie, im ciemniej tym lepiej, a jak widz praktycznie nic nie widzi, to już genialnie. Nie no, żartuję. Ale tak, im mroczniej opowiedziana jest historia, tym lepiej się z tym czuję. W serialu animowanym cudownie połączyli to z żartami i wesołością, tworząc równowagę pomiędzy skrajnościami. Głupiutkie teksty przeplatane poważniejszymi zdarzeniami działały i właśnie to sprawiło, że pokochała tę bajkę. Tutaj jednak twórcy ucięli ten zabawny aspekt, zostawiając sam mrok. No i nie do końca to zagrało. W pewnym momencie miałam dość i po prostu wyłączyłam odcinek, dając sobie kilka dni(!) na odpoczynek. Bolał mnie fakt, że miałam wrażenie, jakoby twórcy pchali bohaterów w bijatyki i w sumie tylko w nie. Naprawdę czułam się, jakby oni co chwilę się bili i to był sens całego sezonu, aby bili się jak najwięcej. Tak, adrenalina jest potrzebna, napędzanie akcji również, ale jak to się pcha jedno za drugim to jest za dużo. Tak jakby zjeść osiem tostów bez popicia! Staje w gardle i od razu możesz schować toster na kolejne pół roku, bo będziesz miał ich dość.
      Najbardziej jednak jestem rozczarowana finałem. Tyle mówienia o tym, pokazywania i przygotowywania, że ma to być coś epickiego i… I żopa. Tak bardzo zdegustowana, rozczarowana i zawiedziona, że nie miałam ochoty odpalać drugiego sezonu, jakby wyszedł. I nie odpaliłam!

      Co do bohaterów, to sama nie wiem. Robin zachowuje się trochę dziecinnie, a przeceż jest tym logicznie myślącym, zaprowadzającym dyscyplinę szefem! Tak, nie czytałam komiksów, więc nie wiem jaki jest oryginał oryginał, bazuję na wersji z CN. I właśnie nijak mi się on nie pokrywa
      Raven to ta poważna, tajemnicza, skryta dziewczyna, a w serialu jest zwykłą nastolatką, co w sumie jest na plus, patrząc na to w jakim momencie jej życia jesteśmy i co o sobie wie. No nie będzie lewitować i uczyć się czarów, kiedy nie tylko nie ogarnia swoich mocy, lecz dodatkowo dopiero poznaje kim jest. Jednak brakowało mi jej peleryny, kocham ją.
      Gwiazdka… Heh… Od zawsze była moją faworytką. Ta wesoła, rozgadana, kochana przez wszystkich. W serialu jest zupełnym przeciwieństwem. Czy tylko ja odniosłam wrażenie, że ona się wywyższa? Nie wiem. Nie spodobała mi się. To nie tak Gwiazdka, dla której nic nie robiłam! Poważna, małomówna, zabrakło Gwiazdkowości w Gwiazdce.
      Jedynie Gar przywrócił mi wiarę. Według mnie jemu najbliżej do wersji z CM. Zabawny, lubiący fast foody i gry, trochę się popisujący. No Bestyjka nasza. I w pewnym momencie ogarnęłam, że to dla niego i dla Raven oglądałam ten serial, tylko oni mnie tu trzymali.

      Ogólnie mówiąc, niezbyt podobał mi się serial. Tak, miał plusy jak właśnie Gar czy Raven, fabuła była w miarę logiczna, ale to nie wszystko. Brakowało mi tego czegoś, co serial o superbohaterach powinien mieć. Brakowało mi fabuły pomiędzy licznymi walkami. Fabuły, która mnie porwie, przytwierdzi do krzesła i powie “PATRZ! ANI SIĘ WAŻ WSTAWAĆ”. Niektórzy mogą czerpać przyjemność z oglądania, ja niestety nie. Raczej nie zdecyduję się na kolejne sezony.

5 maja 2020

Ugrzeczniony zabójca? czyli Arrow sezon 2

Nazwa: Arrow
Tytuł oryginalny: Arrow
Rok produkcji: 2013
Gatunek: science fiction, akcja
Odcinki: 23x42 min
Reżyseria: David Nutter, Guy Norman Bee, John Behring
Kraj oryginalnej premiery: USA

Drugi sezon zaczyna się niedługo po akcji w pierwszy. Gates zostało zniszczone, ludzie, w tym Tommy, przyjaciel Olivera, nie żyje, a świat toczy się dalej. Na horyzoncie pojawiają się naśladowcy Kaptura, w mieście odbywają się wybory na burmistrza, a Moira Queen czeka na rozprawę sądową. Niby wszystko idzie do przodu, jednak znowu w mieście pojawiają się złoczyńcy, więc Oliver musi wrócić z "wakacji" na wyspie. Sprawa jest o wiele grubsza, ale i jednocześnie prostsza, niż się wydaje.

Oliver po tragedii w Starling City próbuje się zmienić. Ma dość zabijania, widzi swoje błędy i szuka celu w swoim życiu. Wyspa, na której kiedyś utknął, mu pomaga, jednak Kaptur jest potrzebny w mieście, a Oliver rodzinie. To początek serialu, ale i moment, w którym zmienia się całe postępowanie Olivera jak i funkcjonowanie całego miasta. Na początku fabuła skupia się na Gates, gdzie rozegrała się tragedia. Dosłownie wszystko do tego nawiązuje. Nie tylko zachowania bohaterów, ale życie mieszkańców Starling City. Wszyscy politycy nawiązują do tego wydarzenia, kandydaci na stanowisko burmistrza wykorzystują tę tragedię, by mieć przewagę nad innymi. I to jest dobre podejście do całej sytuacji, ponieważ fabuła nie skupia się tylko na Oliverze i Kapturze, ale na życiu mieszkańców. Kolejną sprawą, która mnie kupiła, była akcja z Mirakuru. Po prostu fenomenalne użycie cudownego środka, by stworzyć praktycznie niemożliwych do pokonania przeciwników, a jednocześnie pokazać jak rząd potrafi działać w trudnych momentach. Tutaj z mojej strony wielkie brawa za to jak została poprowadzona fabuła. Nikt nie szedł na łatwiznę, zostało postawionych wiele przeszkód, a jeszcze więcej rzeczy się nie udało, ale dzięki temu wyszło naprawdę dobre widowisko.
Dodatkowy plusik? Flash! Wreszcie dowiedziałam się jak Barry i Oliver się poznali! No dla mnie to spotkanie było kwintesencją ich osobowości! Tak bardzo różne osoby, zupełne przeciwieństwa! Idealnie skomponowane w całość.

W tym sezonie Oliver ma o wiele więcej na głowie. Nie tylko te kilka lat na wyspie, ale również wydarzenie w Gates. Próbuje się odseparować od wszystkiego, ale nie może, bo miasto go potrzebuje. Jest rozerwany pomiędzy chęcią zlikwidowania złoczyńców, a niezabieraniem życia innym. Tutaj było duże pole do popisu na temat moralności jak i priorytetów Olivera jako człowieka, a nie tylko maszyny do zabijania "stworzonej" na wyspie. Miałam wrażenie, że Arrow chciał działaś bardziej samodzielnie, by nie narażać swojego zespołu. To było zrozumiałe, patrząc na to jak skończył jego przyjaciel. Tu zaszła w Oliverze zasadnicza zmiana. Nie był już Mścicielem. Ten rozdział już zamknął. Stał się Obrońcą. To słowo idealnie odzwierciedla jego stan, moment i miejsce, w którym się znalazł. I widać, że zmienił się pod wpływem wydarzeń. Dojrzał, zaczął doceniać życie jak i rodzinę. Jest progress, a nie tylko stała linia.

Team Arrow? Nadal na miejscu! John Diggle dalej jest sobą, pomaga Oliverowi i chroni życie innych. Tutaj był najmniejsza zmiana jeśli chodzi o zachowanie. Fakt, miał kilka trudnych decyzji do podjęcia, jednak nadal był odważnym, dążącym do celu facetem. Miał mały epizod z wojskiem rządowym, co było początkiem do nowych możliwości dla Olivera.
Co do Felicity Smoak, pokazano jej inną twarz. Do teraz była głównie superinteligentną i technologicznie sprytną kobietą, a tutaj po prostu wpadła po uszy po poznaniu Bary'ego. Tak! Był wątek miłosny, któremu kibicowałam! Rozwinął tę postać pod kątem osobowości i człowieczeństwa, stała się kimś z życiem, a jedynie pracownikiem.
Dobrze było widzieć, że pozostałe postacie nie zostały zmarnowane. Thea wydoroślała, tak samo jak jej facet, chociaż wątki z jej udziałem były bardzo nastoletnie. Wzloty, upadki, miłość, problemy w miłości. Można było trochę tutaj pokombinować, ale mimo wszystko Thea to nadal nastolatka z przejściami. Dziewczyna stanowiła niezły kontrast, tworząc problemy życia codziennego i miłosnego na tle ratowania miasta czy świata przed nienawistnym mężczyzną.
Mówiąc ogólnie, każdy z bohaterów "dorósł", przeszedł metamorfozą zależną od jego przeszłości. Nie ma postaci, która zostałaby taka sama jak w pierwszym sezonie. Ewolucja to coś normalnego, naturalnego, coś, czego oczekujemy po jakichkolwiek zdarzeniach. I właśnie do otrzymałam! Czy to Moira Queen, Felicity Smoak, czy też klasyczny John Diggle. Za to szanuję ten serial. Pokazuje, że wszystko jest przemyślane, ma swój cel, nic nie jest zbędne, a świat i jego dzieje po prostu kształtują człowieka.

Drugi sezon oglądało mi się o wiele przyjemniej niż pierwszy. Może to zasługa gościnnego występu Barry'ego Allena? Może fakt, że już coś o świecie wiedziałam i nie miałam natłoku informacji, tylko stopniowe rozłożenie? Nie wiem. Ale jedno muszę przyznać. Pojawienie się niektórych postaci, których bym się nie spodziewałam, sprawiło uśmiech na mojej twarzy. Mniej więcej wiem co się będzie działo w dalszych sezonach, bo lubię sobie spoilerować cokolwiek czytam czy oglądam, ale nadal jestem ciekawa jak potoczą się niektóre wątki, co zrobią bohaterowie i co się stanie z Theą. Naprawdę polubiłam tę dziewczynę! Do tej pory serial szedł w dobrym kierunku, mam nadzieję, że nie spierdzielą mi go w dalszych częściach. Oby trzymali poziom!

16 stycznia 2020

Jestem bogaty, więc kupię sobie łuk czyli "Arrow" sezon 1

Nazwa: Arrow
Tytuł oryginalny: Arrow
Rok produkcji: 2012
Gatunek: science fiction, akcja
Odcinki: 23x42 min
Reżyseria: David Nutter, Guy Norman Bee, John Behring
Kraj oryginalnej premiery: USA

Moja chęć na kolejne seriale ze stajni DC nie mija, wręcz przeciwnie. Wraz ze zbliżającym się crossoverem zaczynam oglądać zalegające sezony, by tylko móc ogarnąć co, gdzie, jak i kiedy. Dlatego tym razem wzięłam się za Arrow, a to wszystko przez "Flasha", gdzie jest mały crossover tych dwóch seriali. Wstyd się przyznać, ale nigdy nie skończyłam pierwszego sezonu, dwa razy rzucałam gdzieś po trzecim odcinku, ale tym razem dotrwałam do końca. I się nie zawiodłam.

Arrow to historia Olivera Queena, który po 5 latach bycia na "bezludnej" wyspie wraca do domu. Uratowany rozbitek otrzymuje od swojego ojca misję, by naprawić miasto. Wraz z misją pojawia się tajemniczy notatnik, zawierający listę nazwisk osób, które działają niezgodnie z prawem pod przykrywką bycia politykiem, czy po prostu bogaczem. Oliver nie zastanawia się ani na chwilę, zaraz po powrocie ubiera kaptur i rusza w miasto niczym Robin Hood. Problem jedynie w tym, że nie rabuje bogatych i oddaje biednym, a zastrasza i morduje złych ludzi. Bycie mścicielem idzie mu całkiem dobrze, ale z biegiem czasu zyskuje pomoc, ponieważ sprawy stają się poważniejsze i bardziej zawiłe, niż na początku myślał.

Na samym początku serialu miałam lekki mindfuck. Wraca po 5 latach z bezludnej wyspy, doskonale umie walczyć i strzelać z łuku i od razu bierze się za naprawianie miasta. Dlaczego? Co? Jak? Hę?! Ale z każdym odcinkiem, z każdą retrospekcją, która się pojawiała, otrzymywałam nie tyle podpowiedzi, co po prostu odpowiedzi, których potrzebowałam, by to wszystko ułożyć w całość. To był naprawdę dobry zabieg, o wiele lepszy niż jakieś rzucenie komentarza czy opowiedzenie komuś swojej historii. To było przemyślane i poniekąd stanowiło pół serialu, chociaż doskonale znałam końcowy rezultat retrospekcji. Jeśli chodzi o współczesną część historii to naprawdę byłam zadowolona w jakim kierunku poszła, że zostało w nią wplątane tak wiele powiązanych ze sobą osób. I też nie wszystko dostałam jak na tacy, musiałam odkrywać razem z Oliverem to, co się działo w mieście. Bawienie się w grę "ten jest winny, tez niewinny" było zabawne, ale większość moich typów była błędna. No cóż, chyba nie mam umysłu do rozwiązywania zagadek kryminalnych. A sam koniec? Naprawdę podobało mi się do czego to wszystko dążyło. Twórcy nie dali mi ochłapów, żebym skupiła się na Oliverze i jego akrobacjach, ale naprawdę dopilnowali, by wszystko w końcu dotarło do czegoś poważnego i dużego.
A wątek romantyczny? Coś innego niż zazwyczaj. Nie mamy wielkiej miłości od pierwszego spojrzenia, lecz


Oliver Queen, główna postać seriali i zarazem ciacho. Co ja mogę o nim powiedzieć? Jest specyficzny. Bardzo specyficzny. Ma własne wartości, którymi się kieruje, o których, co ważne, nigdy nie zapomina. To one motywują go do działania i podejmowania pewnych decyzji. I właśnie przez nie bywał wkurzający, na przykład w stosunku do swojej siostry. Fakt, postępował logicznie, ale mimo wszystko nie pasowało mi to. No bo kurcze, po pięciu latach powraca do domu i od razu ojcuje siostrze, która zmieniła się właśnie przez jego zniknięcie. Jego obecność nie naprawi wszystkiego w ciągu sekundy i on chyba nie zdaje sobie z tego sprawy. Dodatkowo coś mi nie grało, kiedy po tylu latach wraca i od razu jest specem komputerowym. Ok, pomagał ojcu, ale nadal nie pasowało mi to do obrazu uratowanego rozbitka zabójcy. Ale ogółem Oliver jest całkiem dobrze wykreowany. Powstrzymuje emocje, bo tego się nauczył na wyspie, odgradza od siebie bliskich, by ich nie zranić, ale jednocześnie chce być blisko, tęskni za nimi. Wydaje mi się, że jest po prostu zagubiony i nie wie jak okazać swoje emocje.

Kolejną osobą w drużynie Strzały był John Diggle, czyli pierwotnie ochroniarz Olivera. Był dość... Specyficzną osobą, ale od razu zdobyła moją sympatię. Z jednej strony były żołnierz chowający emocje, by dobrze chronić, ale z drugiej strony całkiem sympatyczny facet, który chce chronić przyjaciela. Jestem wprost zachwycona, że dostał swoją przeszłość, którą bezczelnie wykorzystywali do napędzania fabuły. To coś, co idealnie pasuje do konfliktów i problemów! Miałam ochotę go przytulić, walnąć w łeb, kopnąć i znowu przytulić! A reakcja, że Oliver jest Strzałą? Hej, jest dobra! Nie wychwala go pod niebo, że jest taki cudowny, tylko po prostu reaguje ludzko! Chyba w w każdej postaci w jakiejkolwiek recenzji będzie zdanie mówiące, czy osoba zachowuje się ludzko, czy też nie. Ale co ja poradzę na to, że właśnie to jest dla mnie ważne.

Jednak moją ukochaną postacią jest Felicity. Kocham takie kobiety! Inteligentna, zabawny, zadziorna, a do tego zręczna. Mnie kupiła od pierwszych chwil. Dołączyła do zespołu Strzały sama, bez zaproszenia po prostu się wepchała i została. Tutaj brakowało mi opowiedzenia jej historii, skąd się wzięła, co przedtem robiła, nawiązania do jej przeszłości, ale może to się zmieni w przyszłych sezonach! Na tą chwilę jestem nią po prostu zafascynowana!


Jeśli chodzi o resztę postaci, to mam mieszane uczucia. Niektóre zostały naprawdę dobrze stworzone, a niektóre po prostu potraktowane po macoszemu. Na przykład była Olivera, Laurel, została pokazana całościowo, co się z nią stało, jej charakter, uczucia, ale za to przyjaciel Olivera był dla mnie po prostu płaski. Kompletnie go nie ogarniałam, nie wiedziałam jaki jest, oprócz tego, że lubił zabawę i zaczął zmieniać się na lepsze. Naprawdę. Serial potraktował go jak przedmiot, a nie jak osobę. Wziąć, wykorzystać i zostawić. Przynajmniej tak go odebrałam. Ojciec Laurel był za to naprawdę fajnie przedstawiony. Opiekuńczy tatusiek, który nienawidzi Olivera, bo obwinia go za śmierć swojej córki Sary. Co z tego, że ona była dorosła i dobrowolnie popłynęła rejsem, to wina Olivera! Bo to on ją zaprosił! typowy ojciec. Ale rozumiałam go i miał naprawdę fajne motywacje do działania i konkretnych sytuacji.

Ogólnie serial naprawdę dobrze zrobiony. Konkretni bohaterowie napędzają całość, antagoniści mają konkretne powody do działania, chociaż mogłoby to być bardziej rozbudowane, ale patrząc na filmy DC jestem zadowolona. Właśnie! Bo najpierw oglądałam filmy DC, które kompletnie mi się nie podobały. Za to widać, że więcej czasu i myśli poświęcają na seriale, by je rozbudować. Oj tak, w seriale to potrafią. Dlatego byłam naprawdę zdziwiona, że to wszystko było tak rozbudowane. Pierwsze odcinki jakoś ciężko mi się oglądało, ale już od trzeciego wciągnęłam się na maksa i po prostu pochłonęłam. Nie wiem czy filmy i seriale stanowią jedno uniwersum, ale wiem, że seriale tak. Flash, Arrow, Supergirl, DC LOT i inne, dlatego mam co oglądać. Na tą chwilę wiem, że sezon 2 Arrow poczeka trochę na mnie, bo mimo, że mi się podobał, to jednak muszę trochę ochłonąć. Polecam!

12 stycznia 2020

Spełnione marzenie gimnazjalisty? czyli "Afrodyta" Edward Guziakiewicz

Tytuł: Afrodyta
Seria (tom): Afrodyta (1)
Autor: Edward Guziakiewicz
Wydawnictwo: Nakład własny Edward Guziakiewicz
Gatunek: science fiction, sf
Rok wydania: 2019

Scroll... Scroll... Scroll... O jaka dziwna okładka! Klik.
Właśnie tak wyglądał wybór tej książki. Ładna pani o dziwnym spojrzeniu i imię greckiej bogini. Myślałam, że to jakaś młodzieżówka o mitologii z jakimś romansem w tle. Czasami mam wrażenie, że nie warto ufać swojej intuicji. Oj nie warto.

"Afrodyta" to historia Raoula Duponta, który po wielu latach służby w Siłach Kosmicznych Układu osiada na zasłużonej emeryturze. Jako, że dorobił się całkiem pokaźnej sumt, jego marzeniem byłą Afrodyta, piękny android, który będzie na każde jego zawołanie. Jednak akcja nie kończy się na tym, ponieważ Raoul chce odwiedzić Ziemię, miejsce, gdzie początek ma rodzaj ludzki i gdzie zaczyna się jego życie. Jako że Ziemia jest planetą konserwatywną, androidy jako hurysy nie są mile widziane, dlatego Raoul musi się ożenić ze swoją pięknością. Nie wszystko jest jednak takie spokojne, jakby się mogło wydawać.

Według Lubimy Czytać jest to pierwszy tom serii "Afrodyta", więc stwierdziłam, że bez problemu będę mogła to przeczytać. O jak się myliłam. Afrodyta to mikropowieść, swojego rodzaju dodatek (przynajmniej według mnie i tego jak to wszystko odebrałam) do książki "Hurysy" tego samego autora i radziłabym nie czytać jej jako pierwszej (chociaż to ona została wydana jako pierwsza). Dla mnie to było dziwne, lekko bez sensu, napakowane czymś, czego nie da się określić. Ogólnie Afrodyta to przepiękna androidka, która jest wiecznie gotowa na seks ze swoim panem, nigdy nie odmawia i spełnia wszystkie jego zachcianki. Przez pierwsze pół książki jest jakby tłem przy Raoulu. Sama historia jest pokazana z kilku perspektyw, nie tylko przez głównego bohatera, ale i innych ludzi, którzy zajmują się produkcją i modyfikacją robotów. Trudno jest opisać fabułę, kiedy ta była prosta jak budowa cepa i stanowiła dla mnie jedno wielkie "wtf". Przez większość książki akcja jest rozwlekana, jakby autor nie miał pomysłu jak to poprowadzić. Niby jest opowieść o wykreowanym świecie, to jednak przy tym zasypiałam. A na sam koniec mamy szybką akcję, która powinna mi chyba wynagrodzić to wszystko, co się działo wcześniej. Ha! Nie wynagrodziło. I przez to właśnie miałam wrażenie, jakby autor chciał w tej mikropowieści umieścić wiele rzeczy, ale nie potrafił tego dawkować i ładnie wpleść, nie usypiając mnie przy tym.
Po przeczytaniu miałam wiele przemyśleń. Jaki naprawdę był główny bohater? Jaki miał charakter? Co o nim wiem? O co chodziło w fabule? Dlaczego miałam wrażenie, że ktoś wyrwał kilkanaście kartek z początku, i po kilkadziesiąt ze środka i końca? Dlaczego, przynajmniej dla mnie, było to tak bardzo niedopracowane?
I ja rozumiem, że to science-fiction, a autor dobrze pokazał jak nasza przyszłość może wyglądać. loty międzyplanetarne na porządku dziennym, kolonizacje innych planet i spełnianie marzeń gimnazjalistów patrząc na androidy, ale nadal coś było nie tak. Może jakbym przeczytała "Hurysy" byłoby mi łatwiej?

Ogólnie jeśli nie czytałaś "Hurys", możesz mieć problemy z "Afrodytą", bo fakt, książka jest krótka, próbowano w nią włożyć wiele, ale nie udało się tego dobrze zrobić.. Nawet jeśli to mikropowieść, to czytanie dłużyło mi się niemiłosiernie i rozciągałam to na kilka dni! Dni! A to już świadczy o tym, że coś jest nie tak! Ja wiem, że nigdy więcej do tego nie wrócę. I za "Hurysy" raczej nie będę się brała.



17 listopada 2019

Super szybki, super mądry, po prostu... super? czyli "Flash" sezon 1

Nazwa: Flash
Tytuł oryginalny: Flash
Rok produkcji: 2014
Gatunek: science fiction, akcja
Odcinki: 23x42 min
Twórcy: Greg Berlanti, Andrew Kreisberg, Geoff Johns
Kraj oryginalnej premiery: USA

Uwielbiam superbohaterów, tak więc nie było możliwości, bym nie obejrzała tego serialu. Postać Flasha kojarzyłam z animacji "Liga Sprawiedliwych", tak więc mniej więcej wiedziałam jakie ma umiejętności. Ale zaskoczyły mnie inne rzeczy. Zacznijmy od tego, że od superbohaterów nie wymagam, by byli idealnie. Wręcz przeciwnie. Doszukuję się wad, by byli jak najbardziej realni. I właśnie pod tym kątem zaczęłam oglądać ten serial.

Ale zacznijmy od początku. Barry Allen traci matkę w wyniku dość dziwnego zjawiska. Czerwone błyskawice w jego domu są na tyle nierealne i nierzeczywiste, że o śmierć kobiety posądzony zostaje ojciec chłopca, a z racji braku dowodów na niewinność, również skazany na więzienie. Przez to wszystko Barry wychowuje się w domu detektywa Westa, który ma córkę, Iris. Chęć uwolnienia ojca sprawia, że chłopak ma nieprzeciętny umysł. Logika, dedukcja oraz szybkie wyłapywanie szczegółów to zdecydowanie as w jego rękawie, czym prawdopodobnie zachwycił szefa komisariatu i od jakiegoś czasu tam pracuje. Wybuch w S.T.A.R. Labs spowodował u Barry'ego wiele zmian. Przede wszystkim śpiączkę, walkę o życie, by na końcu obdarzyć go super mocą, jaką jest prędkość. Od tego momentu Barry stał się strażnikiem miasta, znanym na początku jako smuga, by później przerodzić się we Flasha.

Jak dla mnie pomysł na całą fabułę jest naprawdę dobry. Na początku, kiedy Barry nie do końca kontrolował swoje moce, takie rzucanie przeciwnikami jest dobrym posunięciem. No przecież musiał jakoś zdobyć doświadczenie i ćwiczyć, a przecież bieżnia to nie wszystko. Tak samo logiczne było stopniowe zwiększanie ich trudności. Patrząc na to z "naukowego" punktu widzenia, ci wszyscy źli mieli tyle samo czasu, albo chociaż podobną ilość, na szkolenie swoich umiejętności co Barry. Jeśliby nie zapadli w śpiączkę, to Flash miał do dyspozycji laboratorium z gadżetami i wybitnymi naukowcami, dzięki którymi nadrabiał zaległości. Dziwi mnie jedynie to, że skoro pojawił się jeden złoczyńca, czemu od razu nie pojawili się inni? W chaosie najlepiej się łamie prawo, a wiadomo, że kiedy jest tylko jeden przeciwnik, to o wiele łatwiej go złapać, niż kiedy jest ich cała banda. No ale Flash musiał mieć jakieś szanse, więc pewnie dlatego się ograniczali.
Z drugiej strony fabuła podobała mi się pod kątem jej przebiegu do finału, jakie problemy się pojawiły,jak wprowadzali widza w błąd. Największym zaskoczeniem był moment, kiedy już prawie mamy rozwiązanie, jesteśmy przekonani, że to ta osoba jest odpowiedzialna za wszystko, a tu nagle niespodzianka, nowe sceny, nowe postacie, które wprowadzają taki zamęt, takie wątpliwości w naszą teorię, że sami nie jesteśmy pewni co jest dobre, a co złe. A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że to wszystko ma ciągłość logiczną i nic nie wzięło się z kosmosu! No po prostu mózg rozwalony!

Co do samego Flasha, to go uwielbiam. Jestem umysłem ścisłym, po studiach matematycznych, dlatego też jego zdolność dedukcji, obliczeń oraz znajdywania poszlak jest dla mnie czymś niesamowitym, fenomenalnym. Barry to taki chodzący ścisłowiec, dlatego też jest bliski memu serduszku. Do tego jest zakochany w Iris, jednak utknął w mitycznym miejscu zwanym friendzone. To było takie słodkie, kiedy próbował z niego wyjść. Ale wróćmy do jego charakteru. Barry, po otrzymaniu mocy, poczuł się odpowiedzialny za miastu. Już przedtem pomagał je chronić pracując w policji, jednak teraz miał więcej możliwości, więc nie przepuścił takiej okazji. I bardzo dobrze! Znaczy się bardzo dobrze, że miał podwaliny do tego. Byłoby dziwnie, gdyby był łobuzem i nagle, po dostaniu mocy, stał się bohaterem. A tak to działał zgodnie ze swoim charakterem i według swoich wartości. A to jest najważniejsze w bohaterze, mieć swój system wartości. Będę szczera, facet ma wady. Jest zapominalski, spóźnialski, a do tego szedłby na łatwiznę. No i nie przeszkadza mu poświęcenie własnego życia dla dobra innych, co teoretycznie nie jest wadą, jednak patrząc z perspektywy jego rodziny jest. No bo kto chciałby stracić syna/brata/ukochanego? Nikt. No a ten wariat pcha się gdzie tylko może, by pomóc ludziom. A jak nie daje rady, to się szkoli i znowu się pcha. Barry jest postacią przemyślaną, spójną i da się lubić, nawet bardzo.

Inni bohaterowie też nie są pozbawieni osobowości. Chociażby Cisco czy Caitlyn. Obydwoje są naukowcami, umysłami ścisłymi, jednak są zupełnie inni. Cisco jest luzakiem, który nie przejmuje się zbytnio światem, fascynuje się technologią i jest otwarty na nowe możliwości. Caitlyn natomiast jest osobą dość zamkniętą w sobie, która niezbyt lubi zmiany, wydaje się chłodna, chociaż to tylko pozory, lecz ma naprawdę złote serce. Joe West według mnie został wykreowany bardzo dobrze. Widać było, że jest dla Barry'ego ojcem, jednocześnie nie umniejszali roli ojca biologicznego chłopca. Według mnie trudno jest pokazać zestawienie dwóch ojców, jednego biologicznego, a drugiego adoptowanego, gdzie widać tą rodzicielską więź, ale jednocześnie nie da się pomyli który ojciec jest który. Każda z postaci drugo- i więcejpobocznych ma stworzoną historię, uniwersalny charakter. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Po prostu przyłożyli się, jeśli chodzi o kreowanie postaci.

Ogólnie mogę powiedzieć, że pierwszy sezon Flasha jest kawałkiem dobrego serialu o ludzkim superbohaterze. Wciąga nas w nowy świat, pokazuje go, opisuje, a dodatkowo nie przytłacza. Mimo tylu nowości czułam się luźno! Zdecydowanie polecam, chociażby ze względu na obecną jesień i długie wieczory. No bo jesienne wieczory i kopanie tyłków złym postaciom to idealne połączenie, prawda?

12 października 2019

Klon klonowi nierówny, czyli "Orphan Black" sezon 1

Nazwa: Orphan Black
Tytuł oryginalny: Orphan Black
Rok produkcji: 2013
Gatunek: science fiction
Odcinki: 10x43 min
Scenarzysta: Graeme Manson
Reżyser: John Fawcett

Wiesz jak to jest wyjechać gdzieś, gdzie jest mało do robienia, człowiek się nudzi i nie wie co ze sobą zrobić, a do tego nie może spać? To właśnie ja od kilku dni. Dlatego też wieczorami/nocami uparcie oglądam Netflixa, albo czytam randomowe wypociny na Wattpadzie, bo oczywiście zapomniałam książek. No ale oglądanie serialu o północy jest całkiem spoko, zwłaszcza, kiedy łózko w miarę wygodne, a Silniejsza Połówka chrapie jak maszynka do golenia połączona z blenderem. Nie koloryzuję, serio tak chrapie. Orphan Black skusiło mnie ikonką, okładką, plakatem, no zwał jak zwał. Było dziwne i intrygujące. Nie wiem czemu, ale moim pierwszy skojarzeniem było "Orange is the new black", dlatego trochę zwlekałam z oglądaniem. Ale do rzeczy.

Sarah jest młodą kobietą, która wraca do miasta, żeby odzyskać córkę. Na peronie jednak spotyka kobietę, która zachowuje się dziwnie, ściąga buty, żakiet, a następnie... Wskakuje pod pociąg. Zwykły samobójca? Bynajmniej. Kobieta ta wyglądała identycznie jak Sarah, dlatego ta postanawia podszyć się pod zmarłą, by odzyskać swoje dziecko. Nie podejrzewa jednak, że Beth, samobójczyni, była wciągnięta w większą akcję. Dodatkowo Sarah musi teraz udawać detektyw oskarżoną o zabójstwo cywila, kiedy nie ma zupełnie pojęcia o przeszłości Elizabeth, o tym wydarzeniu, ani dlaczego dzwonią do niej obcy ludzie w sprawie spotkania i nessesera. Całość komplikuje fakt, że Felix, przyjaciel Sarah, za jej namową, sprawił, że zmarła Beth to oficjalnie w dokumentach właśnie jego przyjaciółka. A i do tego Vic, toksyczny handlarz narkotykami, który kocha Sarah i chce kasę. A to dopiero początek całej plątaniny wydarzeń.

Powiem Ci tak, nie czytałam opisu serialu, bo mi się nie chciało. No i w sumie dobrze, że tego nie zrobiłam, pewnie bym się zraziła. Jeśli chodzi o fabułę, to już pierwszy odcinek daje mocnego kopa fabularnego. Wszystko co się dzieje jest dziwne, niezrozumiałe, ale z jakiegoś powodu intrygujące. Z każdym odcinkiem nadchodzi coraz większe bagno. Wszystko się wali, sypie, co może pójść źle, to zazwyczaj idzie beznadziejnie, a kiedy widać iskierkę światła, to i tak wszystko szlag trafia. Lawina konsekwencji jest nieunikniona Co napędza każdy wątek, każde wydarzenie.
Klony, z tego co pamiętam z filmów, zazwyczaj były przedstawiane jako sztywne lalki, bezmózgie istoty, które ślepo wykonują rozkazy. Czasami zdarzyć się mogło, że jeden z nich zyskał własną świadomość i chciał żyć po swojemu, ale zazwyczaj to był zagubiony w życiu i świecie szczeniaczek. W tym serialu dochodzi się do czegoś więcej. Klony, jako wynik eksperymentu, mają własne życie, własne osobowości, marzenia, cele... To po prostu zwykli ludzie, którzy nie powstali w naturalny sposób. I nie dowiedziałyby się o tym, że nim są, gdyby nie spotkały siebie i nie zaczęły dociekać. Coś innego, coś nowego i świeżego w świecie seriali i naprawdę dobrze wykorzystane. No bo kto by nie chciał oglądać o tym jak organizacja naukowa stara się dowiadywać jak najwięcej odnoście eksponatów-klonów, inna organizacja chce je zabić, bo nie są urodzone, tylko stworzone - tak, religijni fanatycy zawsze na propsie w takich sytuacjach, no i na koniec, kto by nie chciał oglądać jak jeden przypadek rozwalił życie nieświadomej kobiecie.

Jest jeszcze coś, co mi się naprawdę spodobało w tym serialu. To, jak został przekazany. Nie ma tu ugrzeczniania scen. Kiedy ktoś kobie kogoś innego w jaja, jest to pokazane. Wbicie ołówka w oczy? Proszę bardzo! Sceny seksu? Wedle życzenia. Okaleczenia, tortury i inne uszkodzenia? Nie ma zamazanych. Coś realnego, co możemy widzieć, a nie tylko domyślać się, co się stało. Dzięki temu wiem jak każda z tych kobiet działa, co potrafi, a nie "ciekawe co zrobiła, może go kopała, bo bała się więcej? A może poszła na całość, tak wbrew temu jaka jest na co dzień?". Koniec z domysłami, jest wszystko postawione jasno i czysto.

Dla mnie szaleństwem było stworzenie tak różnych, odmiennych postaci. Kompletne przeciwieństwa samych siebie. Sarah to buntowniczka, punkówa, która próbuje udawać grzeczną. Wiecznie przyciąga problemy, wszystko potrafi skomplikować, by uciec z córką. Z jednej strony próbuje uciec, a z drugiej wziąć odpowiedzialność za to co zrobiła. Podoba mi się to, że naprawdę widać jej zagubienie w świecie. Że jej natura buntownika została, chociaż trochę utemperowana, ale została, kiedy chciała się ustatkować dla Kiry. To wszystko widać w jej spotkaniach z córką, z Artem, z Felixem.
Alison to po prostu kura domowa. Ma dwójkę dzieci, męża i pistolet. Dla niej najważniejsza jest rodzina, zrobi wszystko, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Jednak, standardowo, jako kurwa domowa jest odrobinę niepewna siebie, boi się odpowiedzialności jaką niesie ze sobą cały misterny plan, a na dodatek panikuje, kiedy ktoś się skrada. Z każdym odcinkiem ona się zmienia. Priorytety zostają, rodzina nadal jest dla niej najważniejsza, ale z każdym dniem potrafi zrobić dla nich jak najwięcej, Od panicznej kury domowej, aż po pewny siebie, wyrachowany filar domu.
Cosima, uwielbiam to imię, jest przepiękne, to naukowiec. Robi doktorat z... i ma fioła na punkcie nauki. To właśnie ona zajmuje się badaniem próbek od wszystkich dziewczyn, ustala co się z nimi dzieje, kim są, skąd pochodzą i o co chodzi z nimi w tym świecie. Dla niej na pierwszym miejscu jest nauka. Kiedy jednak dochodzi uczucie, gubi się jak na nerda przystało. Jest człowiekiem i to widać.
No i Helena. Helena, której wprost nienawidzę. Wykreowana została idealnie. Maniaczka, która jest oddana sprawie. Chora psychicznie, a do tego manipulowana, by wypełniać rozkazy. Można rzec, że dopiero w kolejnych odcinkach zyskuje człowieczeństwo i własną wolę.

Najpiękniejsze jest to, że te wszystkie postacie gra jedna aktorka, Tatiana Maslany. O borze, przez pierwsze dwa, albo trzy odcinki myślałam, że to kilka kobiet, które są podobne do siebie, ale po przejrzeniu FilmWeba okazało się, że to jedna i ta sama osoba. Talent aktorski na naprawdę piekielnie wysokim poziomie. Tak zagrać kilka postaci? I to zupełnie różnych? W jednej chwili jest kurą domową, spokojną, empatyczną, a zaraz psychiczną zabójczynią, która jest chodzącym szaleństwem! Jej imię i nazwisko powinno być definicją aktorstwa. Ale to, że ona gra poszczególne postacie to nic. Ona gra postać, która udaje inną postać i, o kurde, nie widać wtedy docelowej postaci tylko... Hmmm... Może tak. Sarah udaje Alison na przyjęciu. Nie widzę Tatiany, która gra Alison, tylko Sarah, która podszywa się pod swojego klona. Ta kobieta naprawdę potrafi tak zmieszać dwie postacie, że wychodzi jak rzeczywistość! Klękajcie narody, obejrzę wszystkie filmy z tą laską.

Serial jest do pochłonięcia na jeden raz. Mi zajęło to dwie noce, bo już padałam, ale naprawdę nie mogłam się oderwać. Fabuła wciąga. Bohaterowie jak prawdziwi. Całość akcji, co mi się bardzo podobało, została oddana kobietom. Jasne, są faceci, ale ich wkład jest mniejszy niż płci pięknej, bo to właśnie ona wszystko napędza, ona stanowi źródło kłopotów i akcji. Wreszcie naprawdę dobry serial akcji, gdzie nie ma samych facetów, a kobieta nie jest jakąś super wybranką czy niewinną niewiastą. Siadaj natychmiast do Netflixa i odpalaj pierwszy sezon. Wsiąkniesz i zanim się obejrzysz, cały dzień Ci zleci, a odcinków zabraknie. Tak dobrego serialu, który nie jest fantastyką, dawno nie oglądałam. Aż jutro zacznę kolejny sezon pewnie!

6 grudnia 2017

"Jeźdźcy smoków" Anne McCaffrey

Tytuł: Jeźdźcy smoków
Seria (tom): Jeźdźcy smoków z Pern (1)
Autor: Anne McCaffrey
Tłumaczenie: Rafał Chodasz
Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 337
Gatunek: fantastyka, science fiction,
Rok wydania: 2007

Hej Nat!
      BookAThon w tym roku wpasował mi się idealnie po obronie. Miałam czas, miałam okazję i miałam książki. Jako pierwsze, były książki, gdzie zwierzęta odgrywały znaczącą rolę. Jako fanka fantastyki stwierdziłam, że smoki nadają się idealnie. A do tego chciałam wrócić do tej serii po około sześciu latach, więc okazja nadała się idealna.
      "Jeźdźcy smoków" to pierwszy tom z cyklu "Jeźdźcy smoków z Pern", gdzie dostajemy całkiem nowy świat, rządzony przez Weyr, smoki i ich jeźdźców. Historię zaczynamy w Ruatha, gdzie jeźdźcy prowadzą poszukiwania kobiet, by sprowadzić je do królewskiego jaja. Przypadkiem wręcz, chociaż teoretycznie to był plan, Lessa zostaje odnaleziona i zabrana do Weyru. Bierze udział podczas wylęgu i zostaje królową, co przynosi problemy, jak i całkiem dobrze rzeczy dla całego państwa. A do tego świat atakują Nici, które przez wiele lat były legendą.

      Pomysł na fabułę spodobał mi się od razu. Waleczna, uparta kobieta z charakterem to coś, co mnie przyciąga. A do tego całkowicie fantastyczna kraina z potężnymi smokami i moje serduszko skacze ze szczęścia. Wstęp do świata był naprawdę fajny. Łatwo poznałam prawa tam panujące i oswoiłam się z nimi. Historia była spójna i oryginalna! Nigdy nie spotkałam się z takim pomysłem! Jednaj wykonanie pozostaje do życzenia... Otóż kiedyś tą książką się zachwycałam, wychwalałam i wprost kochałam. Tym razem, to był drugi raz jak ją czytałam, zobaczyłam wiele rzeczy, które mi nie pasowały. Na przykład dorastanie Ramoth. Czytając miałam wrażenie, że to wszystko działo się przez maksymalnie tydzień, no dobra, dwa. A w rzeczywistości minęły lata! Jak?! Skąd?! Dlaczego?! Przecież tam nie był za bardzo pokazany upływ czasu! No i romans między Lessą i F'larem. On pojawił się znikąd! Nie było podchodów, nie było starań, po prostu kilka słów o tym, że F'lar ma dość Lessy i odwrotnie, a do tego, że podobają się sobie. No i bum, romans jest. Wydaje mi się, że autorka po prostu nie wie jak opisać romantyczną relację pomiędzy dwiema osobami i nie wie jak zrobić przeskoki w czasie, kiedy chce opisać w skrócie kilka lat. Chyba z jednej strony chciała opisać jak dorastała smoczyca, a z drugiej strony chciała przyśpieszyć czas, a tak się nie da. Trochę miałam zawirowania, jak F'nar nie mógł spotkać F'nara, ale po jakimś czasie to ogarnęłam.

      Miałam lekki problem, jeśli chodzi o bohaterów. Lessę od początku pokochałam. Była inteligentna, odważna, a do tego miła i waleczna. Podbiła moje serce w pierwszych sekundach. Jej zachowanie było w miarę logiczne jeśli chodzi o jej charakter. Bez problemu okłamała ludzi, że urodził się chłopiec, a do tego odważyła się na długą, bardzo długą podróż. Co do niej to nie mam zastrzeżeń.

      Gorzej miałam z F'larem. Z jednej strony był opiekuńczy i waleczny, ale z drugiej szorstki i agresywny. Traktował Lessę jak gówniarę, ale jednocześnie sprawił, że byli razem. Właśnie tego nie rozumiałam. Kiedyś byłam w nim zakochana, był dla mnie ideałem, a teraz myślę, że Lessa nie bardzo miała podstawy, żeby się w nim zakochać. Najwidoczniej coś więcej się działo w czasie, który autorka po prostu omijała.

      Najgorzej było z F'narem, bratem F'lara. Dla mnie był nijaki, taki ślepo oddany bratu. Niby miał własny umysł, który używał, ale... No właśnie. Nie do końca potrafię go opisać. Nie był jakoś szczególny, nie wyróżniał się czymś, o czym mogłabym napisać. Oczywiście oprócz tego, że bardzo chętnie wykonywał rozkazy. No ale przecież nie tak powinni być zapamiętywani bohaterowie!

      Ogólnie książka jest całkiem przyjemna. Podobał mi się pomysł na książkę, jednak z wykonaniem już gorzej, tak jak wspomniałam wcześniej. Gdyby tylko ten przeskok kilku lat był inaczej pokazany, gdybyśmy mogli widzieć jak rozwijają się uczucia, jak rośnie smok, to byłoby i wiele lepiej, a książka zyskałaby wiele w moich oczach. Ja wiem, że to jest science fiction, jednak kiedy czytałam to pierwszy raz nie wiedziałam o tym i pierwsze tomu chciałabym rozpatrzeć właśnie pod kątem fantastyki, a nie sf.

      Mimo wszystko polecam tę książkę. Przyjemnie się czyta, Lessa podbija serca, a Ramoth je zjada. Taki żarcik.
Ściskam
Aga