26 listopada 2024

Idziemy na wojnę na odwyku, czyli "Republika Smoka" Rebecca F. Kuang

      Skoro już stwierdziłam, że będę kończyć zaczęte serie, to nie mogłam zapomnieć o drugim tomie Wojen Makowych, czyli Republice Smoka. Czy miałam duże oczekiwania co do tego tomu? Ależ oczywiście. Pierwsza część bardzo mi się podobała. Pochłonęłam ją całkowicie, dlatego też spodziewałam się, że drugi tom serii również będzie dobry. Chociaż nie ukrywam, że bałam się, iż dopadnie mnie fatum drugiego tomu. Cóż… Niestety, sprawdziło się i jedno i drugie.

      Rin próbuje okiełznać Feniksa, jednocześnie chcąc pokonać Cesarzową. Wewnętrzna wojna, wrogie państwo, które nagle chce pomóc, a do tego służba pirackiej królowej to dopiero góra lodowa tego, co się dzieje w państwie i życiu dziewczyny. Zmiana ustroju politycznego państwa nie jest tak prosta, jakby się mogło wydawać, o czym na własnej skórze dowiedziała się Rin.

-Wypiłeś już?
Chłopak osuszył kubek i skrzywił się.
-Już tak. Fu!
-Świetnie. Więc teraz poczęstuj się grzybkiem.
-Co?- Kitaj, aż zamrugał.
-W tym kubku nie było narkotyku.
-Ty dupo wołowa!- rzuciła Rin.
-Nie rozumiem.- Kitaj ściągnął brwi.
Chaghan rzucił mu lekki uśmieszek.
-Chciałem zobaczyć, czy naprawdę wypijesz końskie szczyny.
      Naprawdę lubię, kiedy kolejne części zaczynają się w krótkim okresie po poprzednich tomach. Dzięki temu łatwiej jest mi zacząć. No więc nie miałam żadnego problemu, żeby po prostu na nowo wejść w ten świat.
     Najbardziej w tym tomie podobało mi się, że autorka pokazała go więcej. Już nie mamy tylko wspomniane kraje, miejsca czy osoby, ale doświadczamy ich z Rin. Piracka Królowa? Jest. Hesperianie? Są. Plemię bliźniaków? Obecne. Czyli to, co mnie ciekawiło po pierwszym tomie, tutaj zostało to zaspokojone. I chociaż większość akcji to były walki, to jednak zdarzyły się momenty, by odetchnąć i dowiedzieć się czegoś o stworzonym świecie czy osobach.
      Skupię się jednak na czymś, co jest plusem i minusem tej historii. Większość tej części to wojna. Dosłownie wojna. Bitwy, walki, ataki, cały czas coś się dzieje na froncie. Dla mnie to jest minus, ponieważ niezbyt lubię typowe wojny, które ciągną się przez wiele, wiele stron. Nie lubię, kiedy stanowią one większość fabuły. O wiele bardziej wolę czytać o przygotowaniach, małych potyczkach, nierozwlekający opis wojny i koniec. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że wojna została opisana naprawdę dobrze. Doceniam to, jednak to po prostu nie moje klimaty. Nie lubię książek typowo wojennych. Dlatego najlepiej mi się czytało początek Republiki Smoka i wszystkie działania okołowojskowe.
      Autorka operując słowem pokazuje, że świat po prostu idzie do przodu, nie patrząc na to czy ktoś jest gotowy czy nie. Momentami pędzi na złamanie karku, a ludzie mogę jedynie wbić się w niego, próbując przeżyć. Wszędobylskie okrucieństwo czy zbrodnie wojenne zostały dosadnie opisane, by czytelnik bez problemu mógł sobie wyobrazić makabryzm tamtych chwil. I właśnie za to szanuję autorkę. Tak jak w pierwszym tomie nie idzie na około. Po prostu opisuje jak było. Przecież wojna nie jest milusim spacerkiem, więc dlaczego miałaby większość rzeczy owijać w bawełnę|? Niestety, wojna jest okrutna, jest krwawa i to widać. A w momencie, kiedy do akcji wkraczają bogowie, którzy jedyne czego pragną to zabijać i siać chaos, wszystko po prostu potęguje.

Ludzie chcą i będą chcieli cię wykorzystać lub zniszczyć. Jeżeli chcesz przetrwać, musisz się opowiedzieć po jednej ze stron. Dlatego, moje dziecko, nie próbuj uchylać się przed wojną. Nie wzbraniaj się przed cierpieniem. Kiedy usłyszysz przeraźliwy wrzask, biegnij prosto w jego stronę.
      Jeśli chodzi o Rin, to widać, że się zmieniła i to bardzo. Ma w sobie Feniksa, więc musi się mu przeciwstawiać, a jednocześnie wykorzystywać jego moc. Aby okiełznać Feniksa, ćpa. Niestety, ale za tym idzie fakt, że jest momentami nieznośna. Rozumiem, że uzależniona osoba myśli tylko o narkotykach, lecz tutaj było to dość męczące. Ale nadal, pomiędzy tymi kiepskimi momentami, jest sobą, agresywną, odważną, dążącą do celu. Można powiedzieć, że w pewnym momencie obiera sobie drogę “po trupach do celu”. Ale też przyznam, że w całej tej fabule, czy to podczas lepszych czy gorszych dni, cały czas widać, że Rin jest po prostu wrakiem człowieka. Ledwo się trzyma czy to fizycznie, czy to psychicznie. Patrząc na to wszystko, widać, że bohaterka zmienia się pod wpływem historii, nie pozostaje jednostajna, dostosowuje się, bądź wręcz przeciwnie, stawia się, w zależności od tego, co się z nią działo,bądź jaka była presja otoczenia. Jak dla mnie Rin należy do tej grupy bohaterów, która została stworzona realnie, która po prostu żyje. Mam wrażenie, że to nie autorka pisze jej historię, tylko nakierowuje, a postać sama żyje.
      Postacie drugoplanowe i dalszoplanowe jak zwykle na wielki plus. Wiele z nich było charakternych. Wiele z nich można było poznać po samym zachowaniu z poprzedniego tomu, ponieważ pomimo dziejącej się historii po prostu pozostali w głębi siebie sobą. Kto miał się zmienić, ten się zmienił. A kto miał możliwość zostać sobą, pozostał. Nie stanowią one tła, nie są szarzy, których nie widać, lecz wybijają się osobowością jak i po prostu byciem. Napędzają fabułę na równi z Rin, nie odstępują jej na krok.

Nezha wytrzasnął skądś niewielką paczkę kleistej mąki ryżowej. Przesypał ją do blaszanej miski, dolał wody z menażki i zaczął wyrabiać.
Rin trąciła patykiem cherlawe ognisko. Płomyczki zafalowały i przygasły; następny podmuch wiatru zgasił je na dobre. Jęknęła i sięgnęła po krzemień. Na wrzątek musieli zaczekać przynajmniej kolejne pół godziny.
- Wiesz, mógłbyś to po prostu zanieść do kuchni.
- W kuchni nie powinni wiedzieć, że mam tę mąkę - odparł Nezha.
- Rozumiem - pokiwał głową Kitaj. - Pan generał kradnie racje.
- Pan generał nagradza swoich najlepszych żołnierzy noworocznym przysmakiem - poprawił Nezha.
- Ach, czyli nepotyzm.
      Drugi tom Wojen Makowych sprawił mi trochę problemów. Warsztatowo pozostał na równie wysokim poziomie. Świetnie opisana fabuła, doskonale przedstawiony kolejny kawałek świata i realnie przedstawiona wojna to był przepis na doskonały drugi tom. Jednak w tym wszystkim pojawia się mój gust czytelniczy, ponieważ nie lubię, kiedy większość książki stanowi wojna, dlatego, nie ukrywam, troszkę się męczyłam z tą książką. Jednak wspaniali bohaterowie, Rin, która doświadczyła zmian w sobie, Nezha, który posiada tajemnicę, czy bliźniacy Suren, którzy pokazali swoje pochodzenie, oraz wiele, wiele innych sprawili, że ta historia po prostu ożyła i szła własnym torem. Fatum drugiego tomu spadło, lecz ukazało się w postaci moich preferencji czytelniczych, niż jakości pozycji. Zdecydowanie polecam! I tak, sięgnę po ostatni tom serii.

  Tytuł: Republika Smoka
  Seria (tom): Wojna makowa (2)
  Autor: Rebecca F. Kuang
  Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
  Wydawnictwo: Fabryka Słów
  Liczba stron: 792
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2020

24 listopada 2024

Niby nowa seria, a jednak wszystko po staremu, czyli "Upadek i Gniew" Jennifer L. Armentrout

      To jest ten głupi stan, kiedy naprawdę chcę polubić twórczość autorki, więc co chwilę daję jej kolejne szanse, aż końcowo pewnie przeczytam wszystko, co napisała. No a że w bibliotece była jej najnowsza książka, to wzięłam.

      Calista, obdarzona magicznymi zdolnościami sierota, wraz z przyjacielem Gardym odnalazła “dom” w posiadłości barona. On, jako strażnik, ona, jako członkini jego haremu, próbują żyć spokojnie, jednak jej zdolności sprawiają, że baron wykorzystuje ją w grze politycznej. Te same zdolności powodują, że znajduje się w odpowiednim miejscu i o odpowiednim czasie, by odnaleźć postać z przeszłości i ściągnąć na siebie kłopoty.

- Ale czy weźmiesz udział w... w uroczystościach?
- Uroczystościach. - Zaśmiałam się. - Jakie to łagodne określenie.
Wyszczerzyła zęby.
- A jak powinnam to nazwać?
- Orgią?
      Całkowicie nowe uniwersum daje czysta kartę do zdobycia czytelników, czy też odbudowania sobie opinii po coraz to gorszych częściach innych serii. I w pewnym sensie właśnie tak przyjęłam ten tom i tę serię. Jako szansę na poprawienie swojego zdania o Jennifer Armentrout. A co dostałam? Porno. Nie romantasy. Porno. Zwyczajny erotyk w świecie fantasy. Muszę zaznaczyć na początku dwie rzeczy:
1. “Dorastałam” na romansach paranormalnych, gdzie ten seks był obecny, ale stanowił element romansu, związku, uczucia.
2. Nie mam nic przeciwko seksowi bez uczucia, kiedy jest potrzebny do fabuły, albo bo tak działa świat, że seks jest walutą, przedmiotem, bądź ściśle powiązany z czymś.
Nie wiem, co próbowała zrobić Armentrout, ale jest pomiędzy tymi dwiema sprawami. Próbuje dodać uczucie do fabuły, ale jego do końca nie ma, więc seks z uczuciem nie ma prawa wystąpić (jest zalążek uczucia, ale no, jak można mówić o uczuciu z kimś, kogo dopiero się poznało? Chyba że liczyć fascynację albo pokrewne uczucia). A seks potrzebny do fabuły? Niby jest potrzebny, ale jedynie nieliczne momenty. Większość zbliżeń lub macanek jest niepotrzebna, dodana bo tak, to autorka miała ochotę. Miałam wrażenie, że te elementy zostały tam dodane, by książka miała więcej stron. Sama fabuła nie była długa. Zabrakło mi trochę akcji. Niestety, tutaj pojawia się ten sam problem co w “Krew i Popiół”. Jest zbyt dużo przemyśleń głównej bohaterki o facecie i seksie. Cały czas to samo i to samo i to samo… To szybko przestało być nudne, a zaczęło być irytujące. No bo ile można.
      Jeśli chodzi o świat wykreowany, został pokazany oszczędnie. Autorka ograniczyła się do jednego miasta, a raczej posiadłości, dodając trochę opowieści o przeszłości. Tak więc nie dowiedziałam się za wiele. Co nawet mi nie przeszkadzało, bo na tak skromną fabułę wystarczało, żeby ją zrozumieć. Ale też fabuła nie była jakoś skomplikowana. Fakt, zawierała kilka ciekawych zwrotów akcji, ale, będę szczera, była nudna. Tak bardzo, że czytanie tej książki zajęło mi trzy miesiące. TRZY! To wiele o tym mówi.
      Skupiając się na fabule mam wrażenie, że istniała ona jedynie dzięki scenom erotycznym. Bez nich stałaby raczej w miejscu. No ale wiecie, jest scena uczty, jest rozmowa. I co? I seks. Jest rozmowa barona i gościa. I co? I seks. PO CO?! Rozmowa pomiędzy dwiema postaciami może być ciekawa bez wciskania seksu wszędzie gdzie się da. Tylko trzeba tę rozmowę umieć napisać. Tego jest przesyt w książce! I w każdej innej tej autorki! Wiecie, można wiele wybaczyć książce, błędy, nijakie niektóre postacie, jeśli coś innego ciągnie akcję, jeśli coś innego jest mocną stroną. Wtedy może książka by zasługiwała na ocenę 4/10, ale w momencie, kiedy fabuła opiera się na seksie, rozmyślaniu o nim, zastanawianiu się, wspominaniu, rozmowie o nim w dziewięćdziesięciu procentach, to tej fabuły nie ma. NIE MA. To jest straszne, bo widać tam zalążki potencjału.
      Jedyny plus to ten sam, co w każdej książce autorki. Zakończenie. Jak większość książki bywa wolne, nudne i po prostu leniwe, tak końcówka leci na łeb na szyję, dając nam tyle akcji, jakby Armentrout chciała całość upchnąć na około stu stronach. Dopiero to sprawia, że mam ochotę czytać, ale to przecież bez sensu, bo wiem jak będzie wyglądać następny tom. Tak samo jak każdy inny. I znowu w kolejnym tomie będę chciała czytać dopiero końcówkę. Niestety, zakończenie na tyle mnie zainteresowało, że chcę przeczytać kolejny tom.

Zobaczyłam czerwień.
Kapiącą na kamień.
Bryzgającą na blade kwiaty.
Krew.
      Główni bohaterowie są siłą napędową serii. Tutaj Lis jest nijaka. Niby odważna, ale ta odwaga to głównie intuicja, która zmusza ją do działania, a nie prawdziwa odwaga. Niby silna psychicznie, bo przeżyła to, co ją spotkało, ale z drugiej strony nie była sama. Cały czas powtarza, że jej układ z baronem nie zawiera seksu, że jest faworytą tylko z nazwy, a jej myśli głównie krążą wokół seksu i w jej życiu jest nad wyraz dużo zbliżeń. Wkurzała mnie od pierwszej strony. Bo pomimo bycia płytką, jest irytująca. To się wyklucza, ale jednak to tutaj działa. Ojeju, naprawdę miałam nadzieję, że gdzieś po drodze ją zabiją albo zyska charakter, jednak nic z tego. Cały czas była taka sama…
     Nasz główny facet jest typowym bad boyem. Bez emocji, zdolny do zabijania, moralnie szary, który wreszcie zaczyna coś czuć przy głównej bohaterce. Bleh. To jest wszędzie. Dosłownie wszędzie. Potężny wojownik o tajemniczej przeszłości, który nie zdradza swoich planów. On nawet nie miał podejścia do moich książkowych mężów! I jak ja miałam polubić chodzący schemat jakich wiele w większości średnich i słabych książek. I chociaż jego rasa mnie zaciekawiła, to cała otoczka wszystko zepsuła.

- Kiedy zostałaś sierotą?
- Kiedy się urodziłam? - Zaśmiałam się. - Albo wkrótce potem, jak przpuszczam.
      Czytając kolejną serię jednej autorki powinno się wiedzieć, czego się spodziewać. Miałam jednak nadzieję, że tym razem dostanę coś innego. Niestety. Pod przykrywką romantasy dostałam tandetny erotyk w świecie fantasy, który przypomina inne serie Armentrout. I tak jak one, dopiero ostatnie sto stron sprawiło mi przyjemność w czytaniu. Denne postacie, irytująca i płytka główna bohaterka, moralnie szary i schematyczny love interest nie pociągnęli fabuły, której ilość była jak w naparstku. Skromnie przedstawiony świat z nowymi rasami nie sprawił, bym poczuła się komfortowo czytając książkę. Ba, nie wciągnął mnie ani na chwilę. Jednak mistrzyni cliffhangerów sprawiła, że skumulowana akcja z całego tomu spakowana w ostatnie pięć-sześć rozdziałów przybrała taki obrót spraw, że przeczytam kolejne tomy tylko po to, by znowu złapać się na to samo.

  Tytuł: Upadek i Gniew
  Seria (tom): Przebudzenie (1)
  Autor: Jennifer L. Armentrout
  Tłumaczenie: Emilia Skowrońska
  Wydawnictwo: Akurat
  Liczba stron: 448
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok wydania: 2024

6 listopada 2024

Psianiołek, groby i miłość, czyli "Necrovet. Radiografia bytów nadprzyrodzonych" Joanna W. Gajzler

      To naprawdę dziwne uczucie, kiedy człowiek myśli, że seria jest trylogią, a tu się okazuje, że za jakiś czas premierę będzie miał tom czwarty. Tak, Necrovet nie zakończy się na trzecim tomie i cieszę się z tego powodu. Ta seria to moje comfort books, które otulają niczym kocyk i ocieplają serduszko jak gorąca herbatka z cytrynką w zimowy wieczór. Dlatego musiałam wziąć się za tom trzeci!

      Jesień przyniosła nie tylko żółte liście, lecz deszcz, pluchę, stworzenie rozkopujące groby, zły omen dla cioci Tereski oraz ptaka szczęścia, który… został postrzelony. Jednak to nie koniec, bo nadchodzi Halloween, kiedy zasłona między światami jest najcieńsza, a stwory, których zazwyczaj się nie widuje, wychodzą ze swoich ukryć.

- Aa, zaraz tam bestii - powiedziała staruszka. - Nie każde zwierzę to bestia.
- A nie każda bestia to zwierzę - dodała Florka. Ksiądz popatrzył na nią, kiwając głową. - Tak, niestety tak. Byłoby dużo prościej, gdyby każdą bestię można było poznać po rogach, kopytach czy płonących oczach.
      Bawiłam się świetnie! Ha! Właśnie tego potrzebowałam! Dużo miłości od mojego Koziołka i mnóstwo fantastycznych i fenomenalnych stworzeń! Zdecydowanie to jest to, czego mi brakowało od skończenia drugiego tomu. Do tego dla mnie trzeci tom trzyma poziom pierwszych dwóch. Chociaż porusza nieco inne tematy, a raczej wgryza się w nie, nadal ta seria jest fenomenalna.
      Na początek wspomnę, że byłam zachwycona, kiedy w tym tomie pojawiły się postacie z poprzednich części. Nie miały one jakiegoś szczególnego wątku, był swego rodzaju cameo, jednak to miłe, kiedy autorka nie zapomina o postaciach pobocznych. Zwłaszcza że akcja dzieje się na wsi, gdzie każdy każdego zna, ciągle się wpada na praktycznie te same osoby, więc byłabym zdziwiona, gdyby one się więcej nie pojawiły. Ba! Byłabym rozczarowana.
      A pozostając w wiejskim klimacie, muszę wspomnieć o scenie w kościele. Według mnie, była ona niesamowicie potrzebna i ważna. Dzięki niej miałam pogląd jak ludzie mniej więcej odbierają magię. I czuję tutaj trochę naleciałości średniowiecza, ale w obecnych czasach kwestia ma się często podobnie, jeśli chodzi o bycie osobą LGBTQ+. Fajnie jest pokazane, że często Kościół trzyma się konserwatywnych wartości, a wszystko co obce, nieznane i niezrozumiałe jest złe, jest dziełem szatana i trzeba to przepędzić.
      Jeśli zaś chodzi o fantastyczne zwierzęta, wchodziły głębiej. Mamy tutaj nie tylko małe, słodkie zwierzątka, chomiczki, czy zające z rogami, lecz pojawiają się już zombie czy demony. Tak więc krok w głąb w folklor różnych światów. I właśnie przez kolejne stworzenia, co jakiś czas łapałam się, że wyszukiwałam nazwy w google. I z każdym kolejnym wyszukiwaniem czułam coraz większy szacunek do autorki za research, który zrobiła.

Nigdy więcej, pomyślała.
Nigdy więcej nie postawi nogi w kościele.
Nie dlatego, że przestała wierzyć w Boga - wciąż uważała, że Bóg jest dobry. To ludzie pluli nienawiścią, a wiarą wycierali sobie gęby.
      Jeśli chodzi o bohaterów, związek Florki i Bastiana wszedł na kolejny poziom, co jest ważne, bo bohaterowie nie zostają na tym samym poziomie cały czas, lecz dorastają, ewoluują, co widać chociażby właśnie w tym związku. Jednak w pewnym momencie nie wiedziałam, czy śmiać się, czy mieć minę pod tytułem “co tu się odwala” (tak, chodzi o ogonek), co idealnie pasuje do naszej dwójki! O tak, uwielbiam ich, jak się wspierają, rozumieją, walczą o siebie, a jednocześnie są dla siebie wzajemnie tak zwanymi comfort person. Pokazuje to, że związek pomiędzy człowiekiem a postacią fantastyczną (pamiętajmy, Bastian jest koziołkiem) jest możliwy i należy ich traktować normalnie, a nie jak wynaturzenie. Dodatkowo właśnie taki związek pokazuje, jak ważny jest szacunek do drugiej osoby, a tolerancyjnym powinien być każdy.
      Autorka porusza jeszcze bardziej w tej części temat chorób psychicznych. Niestety, ale w naszym kraju ich świadomość jest bardzo niska, często są one ignorowane, a nawet wyśmiewane, a powinny być traktowane na równi z chorobami fizycznymi, a nawet poważniej. W tym przypadku mamy przedstawienie depresji oraz choroby afektywnej dwubiegunowej. Co mi sprawiło radość to fakt, iż zostały one przedstawione w sposób realny, rzeczywisty, bez przerysowanych kwestii. Dosłownie z szacunkiem do osób, u których je zdiagnozowano. Takie proste rzeczy sprawiają, że coraz więcej osób zaczyna interesować się tym tematem, a co za tym idzie, jest nadzieja, że ten świat będzie kiedyś lepszy.
      Bardzo mnie również cieszy rozwój relacji pomiędzy Florką, a Izabelą. Wreszcie ta dwójka zaczyna się do siebie zbliżać, zaczyna być niż koleżeńska, a nie tylko połączenie szef-pracownica. Niektóre sytuacje sprawiły, że jestem strasznie podekscytowana jak dalej potoczy się droga Florki, bo nie ukrywam, ale takie zakończenie zaserwowała autorka, że potrzebuję więcej! Nie może mnie tak zostawić z TAKĄ informacją. Ona dała furtkę na zupełnie nowe “przygody” jak i rozwój.
      Wiecie co mnie najbardziej dziwi? Że w wielu książkach błędy wkurzają mnie niemiłosiernie, dziwię się, jak można je popełniać, jak bohaterowie mogą pójść tą drogą, niezgodną z ich charakterem, zamiast tej, którą normalnie powinni wybrać. Jeśli chodzi o tę książkę, wszelkie błędy odchodzą w dal. Tak, widziałam je. Tak, zdawałam sobie z nich sprawę. I nie, nie przeszkadzały mi w czytaniu. Nie wiem, mój mózg chyba tak polubił tę serię i po prostu przyswoił ją sobie jako comfort book, że nawet te błędy nie są w stanie zepsuć mi przyjemności z czytania.

Czasem trzeba coś rozgrzebać. Nawet w zagojonej ranie może się zbierać ropa.
      Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że pozostajemy w stylu obyczajówki fantastycznej. Nie ma tutaj jakiegoś głównego wątku, który ciągnie się przez całą książkę, by na końcu dać nam grand finale, tylko jak to w poprzednich częściach było, mamy zbitek sytuacji, które tworzą życie codzienne bohaterów, ukazując powoli coraz więcej stworzonego świata, jednocześnie zagłębiając się w charakter, psychikę i życie postaci. Poruszane tematy są ważne, potrzebne, ale i dobrze przemyślane oraz przedstawione. Książka nie pozostaje bez wad, jednak nie psuły mi klimatu. Multum potworów i zwierząt z folklorów ubarwiają życie nie tylko bohaterom, lecz i mi. Prosta fabuła i niewyszukany język sprawiają, że jest to pozycja idealna do poduszki. Polecam prosto z serduszka!

  Tytuł: Necrovet. Radiografia bytów nadprzyrodzonych
  Seria (tom): Necrovet (3)
  Autor: Joanna W. Gajzler
  Wydawnictwo: SQN
  Liczba stron: 368
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2024

20 października 2024

Niczym anime na papierze, czyli "Prize" Katt Lett

      Przyznam szczerze, nigdy nie miałam w planach czytania tej książki, nawet nie wiedziałam o jej istnieniu. Chociaż o samej autorce nie słyszałam za wiele (dobra, raz usłyszałam, zapomniałam, więc w teorii nigdy), to oglądałam recenzję jej innej serii, a dokładniej to Exitus Letalis. I dopiero po fakcie ogarnęłam, że to jest ta sama autorka. No ale podeszłam do tego ze świeżą głową.

      Siedemnastoletnie Europejka, będąc kolejny raz na wycieczce w Japonii, na własnej skórze doświadcza procederu handlu ludźmi. Porwana jako nagroda w turnieju członków yakuzy, wybrana przez jednego z wygranych, pragnie wrócić do domu. Jednak przeszkodą w tym jest rozwijające się w niej uczucie, którego się nie spodziewała.

-Dlaczego pan się wieszał? - spytała [...]
Rascal prychnął i wzruszył ramionami.
-Ciężar egzystencji mnie przytłoczył. - Zaciągnął się ostatni raz i zdusił papierosa w popielniczce. - Ktoś taki jak ty tego nie ogarnie. Wy się tniecie przez jakieś duperele. Bo matka nie puści na imprezę, bo koleżanka dupę obrobi, bo pies nasrał na dywanik przy łóżku. Zerwiecie z kimś w wieku lat trzynastu i mówicie, że świat się dla was skończył. Albo że czas zacząć żyć i nie myśleć o poznaniu kogoś. Kończycie osiemnaście i w płacz, że tacy starzy jesteście. W dupach się poprzewracało. Dzieci internetu, cholera.
      Cóż, jako iż nie spodziewałam się niczego, nie mogę powiedzieć, że jestem zawiedziona. Nawet mogę powiedzieć, że to nie było takie złe. Specyficzne, fakt, mające swój urok również, ale nie aż takie złe (czytałam gorsze książki jak Rodzina Monet czy Vamps, przy nich to jest całkiem spoko). Ale od początku.
      Opis trochę sugerował mi, że książka będzie opowiadała o tragicznych losach bohaterki, która została porwana, a następnie stała się nagrodą w turnieju walki. Mroczne klimaty i te sprawy. jednak okładka mówiła zupełnie co innego. I dobrze, że odrzuciłam sugerowanie się opisem, bo bym była strasznie zawiedziona. Kurczę, nie wiem do końca jak się zabrać za tę pozycję… Może tak.
      Akcja zamyka się dosłownie w kilku dniach. Od momentu wybrania bohaterki na nagrodę, aż do zakończenia akcji naprawdę minęło kilka dni, a działo się tam mniej więcej tyle, co w brazylijskiej telenoweli (nie tych, co oglądasz raz na miesiąc i wiesz wszystko, ale tych, co co chwilę są jakieś napady, rozstania, awantury i inne). Z jednej strony to jest spoko, bo mamy bardzo małą ilość stron, na których i tak znajdują się ilustracje, więc danie nie wiadomo jakiej ilości fabuły byłoby bezsensowne, potraktowane po łebkach. Dlatego ograniczenie się do zaledwie kilku dni było naprawde dobrym pomysłem. Zwłaszcza że możemy zapoznać się nie tylko z akcją, lecz i z bohaterami, z uczuciami, które nimi rządzą. Chociaż fakt, niektóre wątki zostały urwane w połowie, co mnie trochę frustrowało.
      Sam pomysł na fabułę nie był jakoś zły. Może został trochę potraktowany po macoszemu, a elementy, które powinny być wzięte trochę bardziej na serio, jak handel ludźmi czy próby samobójcze (spokojnie, nikt nie umarł, tylko zepsuł żyrandol…) mają w sobie za dużo komedii, to jednak można było to jakoś bardziej podkręcić. Ilość żartów jest ogromna, praktycznie w każdej sytuacji autorka starała się dorzucić coś żartobliwego, czy sytuację, czy dowcip. Momentami mogło to męczyć, bo brakowało mi powagi, by to wszystko równoważyć. Wątek romantyczny zajął tutaj około 90% książki. I wiecie, około czterech dni akcja, a wątek romantyczny pełną parą. No, może wątek romantyczny do za dużo powiedziane, bo to były bardziej podchody niczym gimnazjaliści. Ale co się dziwić, ta dwójka się nie znała w ogóle, do tego mieli przeszkodę plus życie prywatne chłopaków, które mocno wdało im się w kość. Ale muszę wspomnieć jedno. W ciągu tej książki tyle się działo, tyle wypadów do sklepów, tyle wyjść, ciągle gdzieś ich gnało, tu jakieś obiady, picie, bary, tyle sprzeczek, że ich doba trwała chyba kilka naszych dni, by to wszystko zmieścić. Momentami było tego wręcz za dużo.
      Zdarzyło się trochę błędów, czy to logicznych, czy ogólnych. Bohaterka zna japoński, tak nam jest przedstawione. Nie przeszkadza to jednak, by w dogodnych jej momentach nie była w stanie praktycznie niczego zrozumieć. Tak, japończycy mogą mówić szybko, niewyraźnie, slangiem i w ogóle, ale tutaj miałam naprawdę wrażenie, że ona rozumie ich język wybiórczo, kiedy jej jest to na rękę. Dodatkowo, padło stwierdzenie, że polski jest podobny do rosyjskiego. Wait, what?! Nie ma opcji, bym w to uwierzyła. Zwłaszcza, że w tej konkretnej sytuacji chłopak mówiący po polsku mówi slangiem. SLANGIEM. Ni ciulet to nie zadziała. Dodatkowo w książce pojawiają się wulgaryzmy. Nie mam z nimi jakiegoś problemu, ALE! Z tego co wiem, w Japonii nie ma typowych wulgaryzmów, więc jakim cudem one padły? Mogę się mylić, jeśli tak, proszę, poprawcie mnie. Jeśli chodzi o zakończenie, no jest to jakiś happy ending, którego się oczekuje po takich książkach, ale logicznie on dla mnie nie ma sensu. No durny.

-Możesz wybrać aż pięć dziwek!
-Chcę jedną - powiedział spokojnym, lecz stanowczym głosem.
      Jednak na sam początek zostałam wpakowana do brudnego, śmierdzącego pokoju z Rasuto (nie ma to jak przyjemne powitanie bohatera wśród śmieci, nie?), który w panice zaczyna sprzątać przed przyjazdem współlokatora, a jednocześnie ma nieproszonych gości, którzy go uświadamiają o jakimś wydarzeniu. I już tutaj poczułam, że mniej więcej wiem jak odbierać tego faceta. Nie potrzebowałam całych stron opisów, a wystarczył ten jeden moment, bym mogła “zweryfikować” jaki to rodzaj faceta. I niewiele się pomyliłam. Jest trochę schematyczny, bo wielki wojownik yakuzy o złotym serduszku dla głównej bohaterki, no kto by się tego spodziewał, nie? Ale miał coś w sobie, chyba charyzmę, która sprawiała, że było to na tyle akceptowalne, że sprawiało mi przyjemność czytanie o nim. O dziwo! To połączenie przemocy i agresji podczas walk z romantyczną częścią jego duszy daje całkiem niezłą mieszankę, idealną na głównego bohatera.
      Imię głównej bohaterki poznajemy dopiero gdzieś w połowie książki, lecz przez cały czas nazywana jest Prize, nagroda, bo w sumie tym właśnie była. No i Prize jest… Z jednej strony nijaka, a z drugiej pełna sprzeczności. Jak Rasuto ma charakter, tak ona jest nijaka. W jednej chwili odważna, by pięć sekund później rumienić się i bać odezwać. Cały czas mówi, że chce wrócić do domu, a gdy ma taką okazję, nagle wraca do tego mieszkania, by zostać niczym niewolnik, bez dokumentów, bez ubrań, bo… Bo właściwie nie wiem czemu. Jej podejście do chłopaków zmieniało się co godzinę. Raz chciała z nimi zostać, raz chciała wrócić do domu, by zaraz znowu chcieć zostać. Ona wypiera, jakoby padła ofiarą syndromu sztokholmskiego, jednak ja właśnie takie wytłumaczenie akceptuję jako to najbardziej racjonalne. No bo kurczę, zostaję porwana, a tu zamiast okrucieństw otrzymuję trochę troski, opiekę i zapewnienie, że nic mi się nie stanie. No i trzymałabym się takiego faceta, nie chcąc zostać skrzywdzoną, a “miłość” mogłaby się we mnie narodzić z powodu tej traumy (nie ukrywajmy, bohaterka przeżyła traumatyczne sytuacje, jeśli chodzi o samo porwanie, to nie jest nic normalnego ani przyjemnego!). Dlatego trochę pobłażliwie traktuję jej emocje i uczucia, bo przyjmuję pozycję, że nie do końca jest w stanie nad nimi zapanować przez to, co się stało.Ogólnie bohaterka mnie nie porwała, nie chciałam się z nią utożsamiać ani przyjaźnić. Trochę mnie irytowała głupotą i głupim oraz infantylnym zachowaniem. Całkowicie do wymiany.
      Na sam koniec mamy nasze Słoneczko. Rascal wpadł do książki na pełnych obrotach. Ledwo wszedł i już chciał się wieszać. Tak… Właśnie… Na szczęście mu nie wyszło, bo to głos rozsądku w tym całym chaosie. Stara się myśleć logicznie (co w tym dziwnego, skoro ojcuje Rasuto od dawna), dbać o swojego podopiecznego, a do tego zapewnia mu bezpieczeństwo. Ogólnie postać Rascala jest owiana tajemnicą. To najlepszy wojownik, trzeba się z nim liczyć, ma układy ze wszystkimi, niektóre osoby z wyższej logii jedzą mu z ręki, jest niebezpieczny i tak dalej. Ale co dokładnie robi, to nikt nie wie. Chyba w wielu twórczościach można spotkać takie osoby (Barney z HIMYM, Chandler z Friends), gdzie mamy charakter, osobowość, ale wiele rzeczy z ich życia jest ukryte. Dodaje to smaczku, jednak patrząc na to co się działo nie zaintrygowało mnie to na tyle, bym musiała wiedzieć więcej. Ale to właśnie on wytknął Prize, że to co ona czuje to syndrom sztokholmski. No koleś trzeźwo patrzy na całość. Nie daje się ponieść emocjom, chociaż nie ukrywa, że lubi się zabawić sytuacją. Jego najbardziej polubiłam.

- O kurwa!
- Nie, to tylko ja. - Uśmiechnął się Rascal.
      Największym plusem tej książki był dość prosty język, dzięki któremu pozycję czyta się bardzo szybko. Trochę mniejszym plusem jest Rascal i w sumie tutaj mogę zakończyć wypisywanie plusów. Książka nie posiada ich za wiele, jednak mimo to stanowi całkiem przyjemną odskocznię. Oczywiście, jeśli nie liczyć niektórych błędów i absurdów oraz nijaką główną bohaterkę. Postacie męskie są tu charakterystyczne, nacechowane zaletami i wadami, dzięki którymi wydają się “jacyś”. I to właśnie oni, według mnie, stanowią trzon tej nowelki. Bo nie ukrywam, to oni trzymali mnie, bym czytała dalej. Momentami miałam wrażenie, że jest to literatura rodem z Wattpada (więc niezbyt wysokich lotów), ale cóż, niektórzy właśnie takiej potrzebują, nie mi oceniać. I pozostanę do tej książki neutralna, bo z jednej strony naprawdę dobrze się bawiłam, czytając wieczorami, a z drugiej jest tu wiele, naprawdę wiele rzeczy do poprawy. Jeśli liczycie na dobrze przedstawiony motyw handlu ludźmi, bądź rozwinięte ukazanie yakuzy, nie bierzcie się za to. Zdecydowanie nie. Bo tutaj jest głównie głupiutki romans bez krztyny realności.

  Tytuł: Prize
  Autor: Michalina "Katt Lett" Daszuta
  Wydawnictwo: Kotori
  Liczba stron: 168
  Gatunek: nowela, light novel
  Rok pierwszego wydania: 2016

5 października 2024

Usiadła na tyłku i spokorniała, czyli "Dziedzictwo Ognia" Sarah J Maas

      Dwie za mną, więc trzeba kuć żelazo póki gorące. Albo czytać, póki nie rzuciłam tego w kąt. Naprawdę liczę, że kolejne tomy będą coraz lepsze. Nie chcę przeczytać takich kloców i stwierdzić, że to było marnowanie czasu!

      Celaena zostaje wysłana do Wendlyn, gdzie musi zmierzyć i pogodzić się ze swoją przeszłością. By jednak to zrobić, musi zapanować nad ogniem, który jest jej dziedzictwem. Gdy ta trenuje pod okiem Rowana, fae, który sprowadził ją do Warowni, król Adarlanu planuje coraz to mroczniejsze kroki. Z każdym dniem pojawia się coraz więcej pytań, a odpowiedzi, które może uzyskać od Maeve, wcale się nie zbliżają.

By zniszczyć potwora, wcale nie potrzeba innego potwora. Potrzeba światła, które przegna mrok.
      Cóż mogę powiedzieć, śmiać mi się chciało! Nasza wielka, cudowna, utalentowana zabójczyni sięgnęła dna, co jest dla mnie irracjonalne. Wiecie, tu jest kreowana na najlepszą w państwie zabójczynię, która nie ma sobie równych, która walczy najlepiej i w ogóle. A przyszło co do czego i nie daje rady. Jednak zaczynają się pojawiać fae, które są o wiele silniejsi, szybsi i sprytniejsi od ludzi, więc to jasne w sumie jest, że Celka może z nimi przegrać. Mimo to, nadal ten kontrast pokazania wielkości Celki i jej upadku przyprawia mnie o śmiech. Ale idziemy ku lepszemu, Mary Sue się chowa, powoli, powolutku powstaje normalna bohaterka, z którą można już wiązać jakieś nadzieje.
      W tym tomie autorka posunęła się o krok dalej w rozwoju bohaterów. Już nie opierała się na charakterze bohatera, który pasuje do sytuacji (Turniej? Niech będzie zabójcza zabójczyni. Kapitan Gwardii? Opanowany, stabilny facet). Teraz, wreszcie!, wykorzystała ich przeszłość, rozwijając postacie o żałobę, wewnętrzne rozterki, próby pokonania własnych lęków. W końcu mamy coś więcej niż tylko “ja, ja i ja” bohaterów. Bo w tym tomie może i samej akcji było mniej, to dostaliśmy pełen wachlarz emocji i rozwoju bohaterów, którego tak bardzo potrzebowałam, by wreszcie chociaż trochę zacząć lubić tę serię.
      Jedno można autorce zarzucić. W tym tomie zwolniła z akcją. Nie ma jej tyle co w poprzednich dwóch, tutaj wszystko dzieje się powoli. Bardzo powoli. O wiele więcej jest przygotowań niż rzeczywistej akcji. Ale! Ale patrząc na poprzednie dwie części, trzeba było tego. Miałam wrażenie, że w Szklanym Tronie i Koronie w Mroku autorka tak napchała akcji w fabule, że zapomniała o rozwoju bohaterów i cały ten rozwój przeniosła na tę część. Gdybym czytała ją jakoś osobno, dość spory czas później niż pierwszą i drugą część, prawdopodobnie by mi to bardzo przeszkadzało. Jednak czytałam to jedna po drugiej i nie miałam jakichś większych problemów, wręcz z ulgą przyjęłam, że wreszcie ten rozwój, nawet jeśli zajmował większość książki, się gdzieś ulokował.
      W tej części pojawiła się dodatkowa perspektywa, a mianowicie Manon i czarownic. Na początku w ogóle nie wiedziałam po co ona tutaj, dlaczego w tym tomie, jak to się nie łączy, ale potem pomyślałam sobie, że przecież trzeba je przedstawić trochę, skąd się to wszystko wzięło, co je łączy z Królem, jakie warunki panują w obozowisku, by w następnym tomie, gdzie możliwe, że będzie jakaś większa akcja z nimi (nie zaczęłam jeszcze kolejnego tomu… ups?) nie tracić czasu na wprowadzenie. W tym przypadku ta perspektywa działała jako uspokajacz akcji. Kiedy coś gdzieś się rozwijało, przy Manon było spokojniej, można było zwolnić. Ale też kolejnym plusem wprowadzenia czarownic był subtelny sposób pokazania, a którą stronę idzie Król, jakiego rodzaju planu można się po nim spodziewać. Bo jeśli zaczyna używać czarownic, to nie może być zbyt dobry. Do tego samo stworzenie czarownic mi się bardzo spodobało. Trzy klany, z pozoru różne, a jednak bardzo podobne.
      Wiecie co powitałam z radością? Fakt, że Celka jest odseparowana od Doriana i Chaola, a co za tym idzie, koniec z trójkątem miłosnym! On był naprawdę na siłę stworzony i ani trochę mi nie pasował. No dziadostwo jak nic. Chociaż najnowszy wątek miłosny Doriana również jest niczym dziadostwo, a przede wszystkim jest niepotrzebnie wepchany. Dorian by sobie dobrze poradził będąc sam. A tak to jako zapchaj dziurę autorka dała kolejny romans. Jakby, ta seria świetnie by się spisała (oprócz porządniejszego napisania jej) bez wątku romantycznego wciskanego na siłę. Ma mocne podstawy, które rozwinięte zajmowałyby całą przestrzeń fabularną. Dlatego nie wiem po co w ogóle wciskać tu romans.
      Zakończenie sprawiło, że zaczynałam czuć Mary Sue od Celki. Trochę zbyt potężna była, za łatwo jej to wszystko poszło. Wydaje mi się, że za mało czasu miała, by osiągnąć coś takiego, ale to tylko moje odczucia. Gdyby nie to, mogłabym powiedzieć, że finał był naprawdę dobry i fajnie wieńczył trud i pot Celki.

Władca uniósł kielich i zakręcił winem.
- Nie słyszałem, by twój legion dotarł do Rithold.
- Bo nie dotarł.
Chaol przygotował się w duchu na rozkaz stracenia Aediona, modląc się, aby to nie jemu przypadło to zadanie.
- Kazałem ci przyprowadzić twoich żołnierzy, generale - zagrzmiał król.
- A ja głupi myślałem, że stęskniliście się za mną, panie!
      Jak już wspomniałam wyżej, Celka powoli się naprawia. Dostała po tyłku, usiadła na nim i spuściła uszy. I doceniam, naprawdę doceniam jak Maas pokazała, że Celka, pomimo swojego pochodzenia, może być słabsza, bo przede wszystkim odrzucona przeszłość, odrzucone pochodzenie sprawia, że nie korzystamy z jego pełni możliwości. Mam wrażenie, że wreszcie w tym tomie Celka ściąga maskę zabójczyni, którą przywdziała, i próbuje żyć jako ona, jako Aelin, która musi odnaleźć siebie, pokonać swoje demony, nauczyć się walczyć magią, by odzyskać swój dom. I naprawdę miałam uśmiech na twarzy czytając jak Celka-Aelka raz po raz dostaje po dupie, a potem wstaje, zaciska pięści i ćwiczy, ćwiczy i ćwiczy, by tylko opanować swoje umiejętności. Tu już nie mamy księżniczkowatej paniusi, która kaprysi, bo buciki uwierają. Nie mamy zabójczyni z wielkim ego, która twierdzi, że pokona każdego. Mamy upartą, młodą kobietę, która musi się poczuć dobrze we własnym ciele takim, jakie jest, musi je zrozumieć, a przede wszystkim, musi poskromić swój charakter i wyostrzyć go, stając się w całości potężną bronią, którą będzie mogła użyć do osiągnięcia swoich celów. I dla takiej Celki-Aelki czytałam tę książkę!
      Chaol mnie w tym tomie strasznie denerwował. Roztaczał wokół siebie aurę niczym Mal z trylogii Griszy. Magia? A kysz z nią! Nie chcę mieć z nią nic wspólnego. To zło wcielone! Jaki wychowany w nienawiści do magii rozumiem jego postawę, jednak kiedy dowiaduje się, że Celka posiada w sobie magię, nagle uważa, że ona nie jest taka spoko! Jeszcze kilka stron wcześniej była super, ale wystarczyła informacja o jej mocach i nagle zmiana nastawienia. Podobnie jest z Dorianem. Chaos jest z nim blisko, dopóki nie dowiaduje się o jego darze. I już zmiana nastawienia. Przyjaźnili się faceci tyle lat i bum, koniec braterskiej miłości, bo Chaos jest magicznym rasistą… No nie lubię dziada i nic tego nie zmieni.
Tutaj lojalność Chaola została wystawiona na próbę. Z jednej strony tak wiernie służył Królowi i Koronie, a z drugiej chciałby się przyłączyć do rebelii, że nie wie co do końca zrobić. I czerpałam wewnętrzną satysfakcję z jego przemiany. Zdecydowanie potrzebował odświeżenia charakteru i hierarchii wartości.
      Dorian za to… Hu hu hu, tu się zadziało. Dorian wreszcie zmężniał. Wziął się za tajemnice zamku, odkrył w sobie dar i próbuje to ogarnąć w dorosły i odpowiedzialny sposób. No zaplusował mi chłopak. Nie ukrywam, że gdyby nie wątek romansu, jego perspektywa byłaby jedną z bardziej dopieszczonych i przyjemnych do czytania.
      Rowana za to bym kopnęła, mając na sobie szpilki, ale tak, że aż po obcas by but w tyłek wszedł. Nie trawię kolesia. Nie interesuje mnie jaki był na końcu książki, mówię o całości. Wkurzający, egocentryczny, z wybujałym ego. O wiele gorszy niż Celka z pierwszego tomu, bo ta przynajmniej rozmawiała z ludźmi z niższego stanu. A ten? No korona by mu spadła, jakby był miły i rozmowny do innych. No wstyd. Po prostu wstyd. To, że cisnął Celke-Aelke to akurat mi się podobało, bo ją trzeba było cisnąć. Trzeba było jej pokazać, że stać ją na więcej, jeśli tylko się postara. Ale nie rozumiem jednego. Ciśnie ją, ciśnie, ciśnie, nagle się dowiaduje, że w przeszłości była w kopalni, była niewolnicą i nagle mięknie. To nie tak, że to nadal ta sama kobieta, co przed wyjawieniem tej informacji. Znaczy rozumiem, że pod wpływem informacji potrafimy zmienić swoje nastawienie do kogoś, ale z drugiej strony, on widział, że ona powoli daje sobie radę, jest uparta, więc nie wiem po co to mięknięcie. Żeby dać powód lubienia Rowana? Bo innego nie widać? Możliwe.

Uniosła twarz ku gwiazdom. Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i była dziedziczką dwóch potężnych linii, obrończynią niegdyś wspaniałego narodu, królową Terrasenu.Nazywała się Aelin Ashryver Galathynius i nie było w niej strachu.
      Dziedzictwo Ognia, w przeciwieństwie do poprzednich części, nie rozpieszcza ciągłymi akcjami i plot twistami fabularnymi. Za to jednak przedstawia nam cały przekrój zmian wewnętrznych u większości bohaterów. Szerzej opisany świat magiczny, nowe rasy jak czarownice czy wywerny, oraz wreszcie pojawienie się fae sprawia, że, o dziwo, naprawdę przyjemnie czyta się ten tom. I chociaż bohaterowie nadal są irytujący, to już nie tak, jak do teraz (Rowan dopiero zaczyna przygodę z nami, więc chyba musiał nadrobić tu dwie części bycia irytującym. Udało mu się). Nie spodziewałam się, że z każdą częścią ta seria będzie coraz lepsza. Widać, jak autorka dojrzewa wraz z bohaterami, jak zmienia się jej styl oraz że powoli skupia się na innych aspektach niż w poprzednich książkach. Czy polecam? Nieśmiało mogę powiedzieć, że nawet tak. Jest trochę rzeczy, które mi się nie podobały, ale widzę, że potencjał jest coraz mniej marnowany, autorka coraz więcej wyciska z tego świata, a ja zaczynam czekać na kolejne tomy.

  Tytuł: Dziedzictwo Ognia
  Seria (tom): Szklany tron (3)
  Autor: Sarah J. Maas
  Tłumaczenie: Marcin Mortka
  Wydawnictwo: Uroboros
  Liczba stron: 565
  Gatunek: fantastyka, romantasy
  Rok pierwszego wydania: 2014