22 sierpnia 2023

Hokus Pokus Czary Mary, dużo płaczu, lecz kot cały, czyli "Spells Trouble. Wiedźmi czar" P C Cast & Kristin Cast

      Duet P.C. Cast oraz Kristin Cast kojarzę doskonale z serii Dom Nocy, której to fanką byłam (i nadal jestem, pewnie aż do rereadu). Dobre skojarzenia miałam również po serii W kręgu mocy Partholonu. I chociaż solowa książka Kristin była dla mnie fatalna, to siadałam do tej książki pełna nadziei.

      Mag i Hunter to bliźniaczki, które właśnie obchodzą szesnaste urodziny. Spędzają je najpierw w towarzystwie przyjaciół i chłopaka tej drugiej, a później, wraz z matką, odprawiają rytuał przyjęcia bogów patronów. Jako jedyne wiedźmy strzegą pięciu bram do pięciu różnych zaświatów. Jednak wszystko zaczyna się psuć, gdy podczas rytuału pojawił się potwór, a Abigail zostaje zabita w momencie przyzwania bogini. Bramy zaczynają się psuć i kruszeć, a wizja najazdu potworów z pięciu “piekieł” staje się realna.

Tamtego dnia Sara zdała sobie sprawę, że miasto nieprędko otrząśnie się ze zbiorowego szaleństwa, które pochwyciło je w swoje szpony.
      Patrząc na okładkę byłam zachwycona. Czytając środek już mniej. Czy jestem zawiedziona? I to jak! Naprawdę miałam duże oczekiwania co do tej książki. Sam początek jeszcze napawał optymizmem, dawał nadzieję, że to będzie coś dobrego. Jednak im dalej w las, tym ciemniej i gorzej.
      Pierwsze strony książki zawierają historię Sary Goode, przodkini naszych bohaterek, która za pomocą magii ucieka z więzienia i wraz z córką wyrusza, by odnaleźć miejsce, gdzie będzie mogła się osiedlić na stałe i żyć w spokoju. Taki początek wszystkiego, który wprowadził mnie trochę w historię i przygotował na to, co będzie ważne.
     W teraźniejszości Abigail umiera dość wcześnie, dlatego też całość cały czas się kręci wokół bliźniaczek. Czasem pojawią się przyjaciele czy chłopak, Kirk, ale mam wrażenie, że tylko wtedy, kiedy są potrzebni. Na resztę fabuły są odstawieni na bok jak niepotrzebne rzeczy. Fakt, mają wtedy motywację do pozostania poza radarem, jednak nadal wyczuwałam takie typowe odstawienie. Ale wracając do wątku, bliźniaczki muszą sobie poradzić z żałobą. To doskonały sposób na zademonstrowanie jak działa ich magia i jaki stosunek do niej mają bliscy dziewczynek. Tak, fajnie to zostało wykorzystane, jednak widać było kolosalną różnicę pomiędzy dziewczynami. Pomimo tego, że bliźniaczki, różniły się od siebie diametralnie. Z każdą kolejną akcją moją twarz zdobił grymas niesmaku. Poszczególne punkty fabularne były rozciągane tak, że około dwieście stron mogłam streścić w kilku zdaniach. Nie było zagłębiania się, wszystko odbywało się prostolinijnie, co trochę męczyło. Chciałam wejść w tę rodzinę, ten świat, w problemy, a jednak wszystko było wyłożone jak prosta kreska na kartce papieru. No tak się nie robi! Przez to cała historia po prostu po mnie spłynęła.
      Bardzo, ale to bardzo nie podobało mi się “faworyzowanie” jednej z bliźniaczek jeśli chodzi o jakieś “atrakcje emocjonalne”. Rozumiem, że są osoby bardzo emocjonalne, są osoby z twardą skórą czy tyłkiem, ale kiedy laska co chwilę ryczy czy ma zjazdy, to nawet nie chce mi się jej lubić. Naprawdę, przez większość książki miałam myśl “borze, a ona znowu ryczy, znowu coś jej się stało”. Przez to była męcząca i irytująca. I miałam wrażenie, że tylko jej się pozwala na odczuwanie większych i głębszych emocji, a druga jest do ratowania dupy i logicznego myślenia, chociaż to też nie wyszło za dobrze, bo czasami odczuwałam, jakby tej bliźniaczce żałoba przeszła koło nosa tak jak i wszystko. Ech, można to było napisać inaczej, lepiej, tak, by przedstawić te momenty i charaktery dziewczyn w jakoś bardziej przystępny sposób, by czytelnik się nie męczył.

Mercy imagined Freya as part of the earth itself, so every flower and tree, even every blade of grass symbolized her goddess.
      Co do dziewczyn, jestem trochę bardzo zniesmaczona jak zostały przedstawione. Hunter to ta, która myśli logicznie, ma twardą dupę, nic jej nie ruszy, bo miała trudną przeszłość. I chociaż później dowiedziałam się co się stało, to nadal miałam wrażenie, że ona nie do końca odczuwała żałobę, a jedynie mówiła, że to czuje. No naprawdę miałam wrażenie, że laska nie umie w emocje. Pod koniec książki całkowicie zmienia zachowanie, będąc przeciwieństwem siebie. Miałam wrażenie, że w tamtym momencie to nie Hunter, a jakaś inna laska się tak zachowuje. To nie podobało mi się. Nie było podstaw, konsekwencji, a przede wszystkim nie było wciśniętego przycisku, który by aktywował nagłą zmianę zachowania. I można wytłumaczyć otoczką i tym, co się wydarzyło, jednak w tamtym momencie nie widziałam powodu, by ona zaczęła się tak, a nie inaczej zachowywać.
      Mag jest gorszą siostrą. Przez całą książkę miałam wrażenie, że ona tylko marudzi i wyje, wyje i marudzi. I tak już wspomniałam, wiem, że są osoby bardzo emocjonalne, delikatne, sama wyję przy jakiejkolwiek kłótni, bo tak sobie radzę z emocjami, to jednak sposób przedstawienia jej był krzywdzący dla dziewczyny. Tak nieudolnie stworzona postać jedynie irytowała swoją osobą. Z jednej skrajności w drugą, z naciskiem na płacz. Nie dało jej się przemówić do rozsądku, bo ona wie lepiej. Logiczne argumenty? A gdzie tam! To zazdrość. Miałam wrażenie, że mam styczność z dzieckiem, a nie z kobietą bliską pełnoletności. Borze, naprawdę nie chciałam o niej czytać.
      Co do postaci drugoplanowych, nie było lepiej. Przyjaciele bliźniaczek cechowali się tym, że on gra w drużynie i jest bardziej przyjacielem Hunter niż Mercy, a ona… Jest ich przyjaciółką. I w sumie tyle ich osobowości. Kompletnie niestworzone postacie, bez głębi, bez konkretnego charakteru. Jest jeszcze Kirk, który według mnie jest strasznie sprzeczną osobą. Raz robi tak, raz tak, mówi jedno, myśli drugie, a robi trzecie. I koniec końców wiadomo dlaczego, jednak wszystko zostało wykreowane bardzo, ale to bardzo sztucznie i nierealnie. Pod koniec facet nagle ryczy tak, że aż gile z nosa lecą, a kilka sekund później jest już pewien siebie. Przecież jak można udawać, że lecą gile z nosa?! Jak?! Czy to nie jest nierealne?! I takich smaczków logicznych jest dużo. bardzo, ale to bardzo dużo.
      Została jeszcze Xena. Według mnie to jedyny promyk słoneczka w całej książce. Kobieta kot, która zachowuje się jak człowiek i kot. No ubawiłam się czytając fragmenty z nią. Jedyna postać, która została jako tako stworzona, która ma charakter i coś specyficznego, coś charakterystycznego.

What you put out into the world returns to you, and that goes for thoughts, acts, and energy.
     Książka miała mi dać czarodziejski vibe z kocim dodatkiem, a otrzymałam nastoletnie płaczki i szybkie dorastanie połączone z beznadziejnym wątkiem romantycznym, który próbował tu być jednocześnie nie będąc. Fabuła jest rozwlekana niepotrzebnymi dialogami tak, by niewiele treści działo się na wielu, wielu stronach. Dawno nie męczyłam się z taką pozycją. I dawno się tak nie zawiodłam. Płascy bohaterowie, historia bez głębi, żeby tylko napisać, żeby tylko skończyć. Nie polecam!

  Tytuł: Spells Trouble. Wiedźmi czar
  Seria (tom): Siostry z Salem (1)
  Autor: P C Cast & Kristin Cast
  Tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 352
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2021

31 lipca 2023

Niebieskie Digi Dongi, czyli "Barbarzyńcy z Lodowej Planety" Ruby Dixon

      Kiedy na Tik Toku i Fb zalała mnie fala zdjęć odnośnie książek o niebieskich olbrzymach, a w komentarzach ludzie pisali, że to gniot i pornol, wiedziałam, że chcę to przeczytać. Tak absurdalny pomysł aż się prosił o przeczytanie.

      Georgie jest z pozoru zwykłą dziewczyną, nie wyróżnia się niczym pośród innych ludzi, jednak dla kosmitów spełnia określone wymagania jak niebycie w ciąży czy odpowiedni wiek. I właśnie dlatego postanawiają ją uprowadzić, by… Sprzedać ją innym kosmitom. Jednak jako iż są załadunkiem dodatkowym, ponad zlecenie, które kosmici otrzymali, ci nie przejmowali się do końca stanem kobiet. Bo tak, porwali ich więcej. Kiedy jednak lądują awaryjnie, to właśnie Georgia, jako nieformalna liderka, jest jedynym ratunkiem dla kobiet.

Moja partnerka - rezonane mojego khui, sens mojego życia - którą dopiero co odnalazłem, właśnie wbiła swoją malutką, dziwną stópkę w moją klatkę piersiową. Kopnęła mnie. Jakby nie chciała się parzyć.
      Pierwsze kilka stron były dla mnie bardzo chaotyczne. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi, aż do momentu porwania przez kosmitów. I wtedy już zaczynało być łatwiej. Chociaż jedno wydarzenie było dla mnie dziwne. Książka jest erotykiem, tego nie da się ukryć. Ale kiedy doszło do gwałtu, został on całkowicie pominięty, nawet nie napisano wprost co się dzieje, tylko dopiero po nim zostało wspomniane co się wydarzyło. To z jednej strony dało poczucie, że książka może być mocniejsza, zwłaszcza że to kosmici i w ogóle, a z drugiej strony można było pomyśleć, że wszelkie sceny zbliżenia będą pomijane, co kompletnie nie pasuje do erotyka. Dlatego, mając taki mindfuck w głowie, nie wiedziałam co mogę w środku znaleźć.
      Cała fabuła opiera się na próbie interakcji pomiędzy Georgią i Vektalem oraz późniejszą próbą stworzenia klanu. Cała zabawność skupia się na tym, że Georgia mówi po angielsku, a Vektal po swojemu i nijak się nie rozumieją. Fajnym smaczkiem było fonetycznie zapisane słowa, które wypowiadała Georgie, a które nasz niebieski kosmita nie ogarniał.
     Ale wracając do początku, nasza słodka parka spotyka się zaraz po rozbiciu. Ona zamarza, jest wygłodzona, źle się czuje, on czuje rezonans w piersi i uważa ją za swoją partnerkę. Więc co robi prawdziwy kosmita, kiedy spotyka swoją bratnią duszę, której nie zna, a która jest nieprzytomna? Robi jej minetkę. No parsknęłam ze śmiechu! To było tak absurdalne, ale jednocześnie zostało to w jakiś sposób wyjaśnione, więc się nie czepiałam. Kultura kosmitów rządzi się swoimi prawami, a mi, człowiekowi, nie idzie jej zrozumieć haha! Jednak! Z drugiej strony jest to dość niepokojące jak pod przykrywką partnerstwa można romantyzować gwałt i się nawet nie zorientować, że coś jest nie tak. Fakt, autorka powinna trochę inaczej to obejść, zaznaczyć konkretnie, że to jest złe. I też nie dziwię się, że można tego “nie zauważyć”, skoro jest to opakowane w otoczkę partnerstwa, niewiadomej i rezonansu. Ale wracając jeszcze do fabuły, oni jakoś musieli się dogadać i uratować resztę kobiet. Przez większość fabuły Georgie i Vektal starali się nie tylko zaznajomić i porozumieć, ale stworzyć związek. Muszę tutaj wspomnieć, że historia kosmitów została dobrze wytłumaczona, co przyczyniło się do pewnych ułatwień dla niebieskiego klanu, jak i dla ludzi. I w tym momencie już było czuć, że będzie milutko.
      Fabuła kilkakrotnie starała się nas nakierować na drogę niepokoju, byśmy martwili się o Georgie, o jej zdrowie czy życie, jednak przez cały czas miałam wrażenie, że okrywa mnie ciepła kołderka i nie muszę się o nic martwić. Gwałt z początku trochę mnie zwiódł i naprawdę miałam nadzieję, że to będzie odrobinę ostrzejsze, a dostałam przyjemnego, lekkiego erotyka, dosłownie comfort book, który ma za zadanie bawić, a nie martwić. I tak, to zadanie zostało spełnione.

- Niekch cie diaplji, tso bolauo!
- Pokaż stopę - żądam.
      Co do bohaterów mam pewien problem. Mamy kilkanaście kobiet, które dla mnie są bardzo podobne. Różnią się jedną czy dwiema cechami, przez co się myliłam. O Georgie dowiedzieliśmy się tyle, że jest amerykanką. I tyle. Dosłownie tyle. Przez pierwsze kilkanaście/kilkadziesiąt stron to właśnie była główna cecha. Amerykanka. Niby tam była odważna atakując kosmitów, przez co została nieoficjalnie wybrana przywódczynią kobiet, ale nie wiem na ile to była cecha charakteru, a na ile adrenalina i wściekłość. Dopiero na kartach książki dowiedziałam się zaledwie kilku informacji o niej. No nie podobało mi się to. Zabrakło mi właśnie lepszego poznania koboety, żeby jakoś bardziej połączyć ją z Vektalem.
      No i Vektal. Wszystkie jego akcje, całe jego zachowanie powstało pod wpływem rezonansu. Rezonans ten wskazuje mu partnerkę, z którą będzie na całe życie. I super, dało to genialnego kopa fabule, ale nie wiedziałam czy on jest taki rzeczywiście czy przez pryzmat rezonansu. I raczej się już nie dowiem. Ale! Patrząc na niego jako ogół, Vektal wydaje się samcem alfa, dla którego najważniejsza jest partnerka. Zrobi coś wbrew jej woli jedynie po to, by zapewnić jej bezpieczeństwo. Chodzący ideał faceta, który swoją kobietę traktuje jak królową, daje jej wspaniały seks, a jego priorytetem jest uszczęśliwianie swojej partnerki. Prawdopodobnie bym się po pewnym czasie wynudziła, jakby był moim partnerem, ale na szczęście dochodzą tu inne obowiązki. Ale też z tego co mówił Vektal takie zachowanie jest podobno normalne przy rezonujących partnerkach, więc to nie jest indywidualna cecha tego konkretnego kosmity. Więc nadal mało o nim wiadomo.

Nie tracąc czujności, obserwuję, jak się rozbiera.
- Mam nadzieję, że nie uznałeś mojego burczenia w brzuchu za zaproszenie na bzykanko.
     Barbarzyńcy to absurdalny pomysł w nie do końca idealnym wykonaniu (dla niektórych średnim, a nawet słabym), który stał się moim comfort bookiem. Wiem, że nie spotka mnie nic złego. To nie jest książka, która ma czegoś nauczyć, czy coś w nas zmienić. Podeszłam do niej jak do pozycji, która będzie bezsensowna, kompletnie nic nie wnosząca do życia, ale dająca dobrą zabawę. I z takim podejściem nie rozczarowałam się. Jedyny minus to romantyzowanie gwałtu, czego nie popieram kompletnie. Przeczytałam to w dwa dni i bawiłam się doskonale. To był idealny odpoczynek po całym dniu spędzonym z dzieckiem. Nie musiałam myśleć, skupiać się, po prostu płynęłam z fabułą. I z takim nastawieniem serdecznie polecam.

  Tytuł: Barbarzyńcy z Lodowej Planety
  Seria (tom): Barbarzyńcy z Lodowej Planety (1)
  Autor: Ruby Dixon
  Tłumaczenie: Adriana Celińska
  Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
  Liczba stron: 408
  Gatunek: fantastyka, erotyk, sf
  Rok wydania: 2015

28 lipca 2023

Nie tykaj maku, bo trafisz do więzienia, czyli "Wojna makowa" Rebecca F. Kuang

      O tej książce jest głośno już od dawna. Wszyscy się nią zachwycali, a ja nie wiedziałam dlaczego i… Szczerze mówiąc nie chciałam wiedzieć. No ale doszły do mnie słuchy, że ta książka jest brutalna i tu już mi się uszka podniosły, żeby jednak wpisać ją na listę “do przeczytania”. Na tej liście już niejedna pozycja się znajduje, więc co mi szkodziło? No ale nie mając nastroju na nic na Legimi pobrała pozycję i przepadłam.

      Rin, jako sierota wojenna, wychowała się w patriarchalnym świecie, gdzie jako kobieta musiała wręcz wywalczyć sobie drogę do lepszego życia. Dlatego też poświęca wszystko, by podejść do najtrudniejszego egzaminu, aby dostać się do akademii wojskowej. Jednak jej oczekiwania znacznie różnią się od tego, co dostał. Ciężka praca to nie wszystko, czym musiała się wykazać. Po skończeniu szkoły nadeszła wojna i wszystko, czego nauczyła się dziewczyna, musiała wykorzystać na froncie z bandą odlutków.

- Być odważnym jest łatwo. - W oczach Jianga zamajaczył ból. - Znacznie trudniej zrozumieć, kiedy trzeba od walki odstąpić. Przerobiłem już tę lekcję.
      Książka wręcz naturalnie dzieli się na dwie części. Pierwsza to czasy akademii, gdzie Rin szkoli się na wojownika, uczy, pokonuje własne słabości i odnajduje siebie. Z jednej strony poruszony zostały tematy znajomości międzyludzkich, przyjaźni, trochę typowego życia szkolnego pełnego plotek i dram. Z drugiej strony tutaj skupiamy się głównie na drodze dziewczyny do bycia świetnym wojownikiem. To jak z dosłownie nikogo staje się kimś, jak czerpie z otoczenia, z możliwości, by nadać swojemu ciału cechy chodzącej broni. Bo czym innym miałaby się stać w momencie, kiedy decyduje się na naukę pod skrzydłami Jiang Ziya. I chociaż niektórzy zarzucają, że ta część jest nudna, trzeba pamiętać, że tutaj Rin ma około piętnaście lat i nie interesuje się chłopcami czy dramatami, a desperacko pragnie nie tylko utrzymać się w akademii, co być najlepszą. Dlatego wszystko skupia się na jej rozwoju fizycznym jak i psychicznym, bo i on jest ważny. Muszę jednak zaznaczyć i jednocześnie pochwalić autorkę za wręcz naturalne przeskoki czasowe. Wielokrotnie zdarzało mi się widzieć “tydzień później” albo “od ostatniego spotkania minął tydzień”, a tutaj nawet nie zdałam sobie sprawy i już byłam na trzecim roku. I naprawdę doceniam to, że autorka nie wrzucała nam tu lekcji jako zapychaczy.
     Druga część dzieje się zaraz po szkole, kiedy państwo ogarnia stan wojenny. Rin musi ruszyć na front, co ją jednocześnie cieszy i przeraża. I w tym momencie bohaterka dostaje przydział do odlutków, szamanów, którzy walczą z pomocą bogów. Inni żołnierze nimi gardzą, są traktowani jako gorsi, wysyłani na niebezpieczniejsze misje, lecz jednocześnie mieli trochę więcej luzu. Zderzenie akademickiej nauki i rzeczywistości był gwałtowny. Stworzenie szamanów jako wyrzutków było nie tylko dobrym zabiegiem, dodającym kolejne wyboje do fabuły, lecz wynikiem historii. Jak ja się ucieszyłam, że tutaj odizolowanie i niechęć do tej grupy nie była wciśnięta na siłę, tylko wszystko toczyło się naturalnie, to wszystko było konsekwencją gry politycznej jak i wychowania. To pokazuje jak dopracowany został świat. Trzeba powiedzieć, że szamani byli “naczyniami” dla bogów bądź ich sił. I to właśnie było solą w oku całej reszty. Właśnie przez to byli odtrąceni i źle na nich patrzono. Bo warto zaznaczyć, że bogowie zostali przedstawieni jako kapryśne stworzenia, które traktują świat i ludzi jako zabawki. Wybić całe miasto? Tak, proszę, budzi mi się. I to była miła odmiana dla wszystkich tych ludzkich bogów.
      Ważną sprawą tutaj jest konsekwentność. Każda decyzja, każdy ruch miał swoje konsekwencje nie tylko w relacjach między bohaterami, ale również w tym jak funkcjonuje państwo. Plus konsekwencję widać w inspiracji. Autorka cały świat oparła na Chinach, lecz nie sięgnęła jedynie po kulturę czy tradycję, lecz również po historię. Wiele wydarzeń z książki ściśle nawiązuje do wydarzeń w historii Chin. I to dla mnie jest niesamowite tak dopasować wydarzenia, by były do siebie podobne, a jednak zupełnie inne.
      Jeśli chodzi o fabułę, muszę wspomnieć o jednej rzeczy. Wielu czytelników twierdzi, że to brutalna książka. Myślałam sobie “meh, mnie pewnie nie ruszy”. Och jak się myliłam. Są sceny, od których robiło mi się niedobrze, autentycznie myślałam, że zwymiotuję. Nie sądziłam, że aż tak mnie to uderzy. Podejrzewam, że jakieś dwa lata temu byłabym silniejsza, lecz odkąd zostałam matką jestem wyczulona na pewne aspekty i krzywdy, które w książce zostały przedstawione obrazowo. I chociaż idealnie wpasowywały się w fabułę i klimat chwili, tak obecnie nie potrafiłam pozostać wobec nich obojętna. I sam ten fakt, że wszystkie opisy były tak bardzo rzeczywiste, zasługuje na wielkie uznanie.

- Trwa wojna! - wycedził Kitaj. - Ewakuujemy cię, sędzio, ponieważ z bogom tylko znanego powodu zostałeś uznany za osobę kluczową dla bezpieczeństwa cesarstwa. Więc rób, co do ciebie należy. Uspokajaj ludzi. Pomóż nam utrzymać porządek. I nie pakuj, kurwa, czajniczków!
      Rin nie jest postacią, którą się kocha od pierwszych stron. Co to to nie. Ona stopniowo zdobywa naszą miłość, jednocześnie poznając siebie. Wydaje mi się, że pokochałam ją w momencie, kiedy zaakceptowała tym, kim jest. Wtedy mogła być wreszcie sobą bez żadnych przeszkód. Jakby nie patrzeć, Rin jest uparta, a do tego zdeterminowana do osiągnięcia swoich celów. Ma wielkie pokłady samozaparcia, lecz naiwnie wierzy w system, przez co nieraz dostaje po tyłku. Ale przede wszystkim jest realna, posiada wiele zalet, jednocześnie pokazując swoje liczne wady. Cały ten zbiór tworzy intrygującą bohaterkę, która stanowi idealny napęd do historii.
      Na uwagę zasługują również postacie drugoplanowe. Każda z nich ma nie tylko swój charakter, lecz stworzoną całą psychikę. To nie są postacie tła, co to to nie, one nie zostały stworzone, by odegrać rolę w historii Rin i zniknąć. One żyją, każda z nich na swoje własne przygody “za kadrem”, a do tego fabuła ma na nich realny wpływ. Bardzo mi się podobało, jak z pozoru podobne postacie w rzeczywistości różniły się od siebie diametralnie, bo wpływ miało wychowanie czy otoczenie.

Dzieci, którym wciska się do ręki miecz, przestają być dziećmi. Podobnie jak przestają być dziećmi wtedy, gdy ktoś uczy je zabijać, odziewa w mundury i posyła na front. Wtedy stają się żołnierzami.
     Przyznam jedno. To jest genialny debiut, gdzie autorka nie idzie utartą ścieżką tylko wali kijem na dzień dobry. Niektóre wątki były dla mnie naprawdę odważne, jak na osobę wydającą pierwszą książkę. I może to właśnie to zadziałało. Brutalność nie owijana w asekuracyjne słowa, szczerość i właśnie przede wszystkim odwaga. To mnie totalnie kupiło. Autorka korzysta ze znanych motywów, jak szkoła czy dorastanie, ale kreuje je w swoim stylu, doskonale dopasowując do stworzonego świata. Pomimo dużej ilości stron, czytało mi się szybko i nie odczuwałam, żeby to był jakiś “klocek”. Zdecydowanie polecam wszelki miłośnikom fantastyki. I już się nie dziwię, że książka została kilkukrotnie nagrodzona. Zasługuje na to!

  Tytuł: Wojna makowa
  Seria (tom): Wojna makowa (1)
  Autor: Rebecca F. Kuang
  Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
  Wydawnictwo: Fabryka Słów
  Liczba stron: 640
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2020

24 maja 2023

Trochę z tego, trochę z tamtego, aż wychodzi błotko, czyli "Proroctwo Cieni" Michelle Madow

      Jak dodawałam książki na półki w Legimi? Ładna okładka, ładna okładka, ładna okładka, autora znam, ładna okładka, ładna okładka. Dosłownie tak. Dlatego raz miałam coś naprawdę dobrego, a raz... Ociepanie...
      Opis czytałam zaraz przed rozpoczęciem książki. Według niego "Proroctwo cieni" to połączenie Harry'ego Pottera i Percy Jacksona. No i takie właśnie miałam odczucie. Jakby niektóre rzeczy z tych książek wprost zostały skopiowane tutaj.

      Nicole wraz z rodziną przeprowadza się do nowego miasta, gdzie nie zna nikogo. Zaczyna chodzić do nowej szkoły, gdzie od razu dostaje się do klasy z przedmiotami rozszerzonymi. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że dostała się do klasy dla czarodziei. Ba! Sama jest czarodziejką. I byłoby to dobre rozwiązanie, gdyby nie jeden mały problem. Ani ona, ani jej rodzina nie wiedzą, że jest czarodziejką.

      I właśnie tu pojawia się mój problem z tą historią. Po małym dochodzeniu Nicole zaczyna ogarniać, że to jej ojciec ma w swoich genach magię, ale on uciekł przez jej narodzinami. Nauczyciel jest przekonany, że ona wie o istnieniu magii i tak dalej, więc tak, to niemożliwe, żeby nauczyciel to wiedział, bo skąd, skoro cała jej rodzina i ona sama nie wiedziała? Chyba że to jej ojciec ją obserwował i specjalnie doprowadził do przeprowadzki, by ona mogła się uczyć magii. Ale wtedy powinien przekazać informację, że ona nie wie o magicznym świecie kompletnie nic, nawet to, że istnieje, dzięki czemu by nie uciekła, jak to prawie zrobiła. Więc co, gdzie, kiedy, jak i dlaczego? Denerwują mnie takie nieścisłości. Dodatkowo w tej książce jest jedna rzecz, której nienawidzę.
      Przychodzi taka, która nie wie nic o świcie i już na pierwszych zajęciach jest najlepsza, lepsza nawet od tych, którzy ćwiczą miesiącami czy latami. Serio? Nie można było dać jej odrobiny ćwiczeń czy treningu? Nie, bo przestałaby być panną idealną. To jest tak wkurzające, że praktycznie bez jakiegokolwiek treningu przyzywa kolorową moc, a dodatkowo idealnie ją używa! I to nie jeden kolor, tylko kilka naraz! Po przecież jest taka super! Fabuła jest po prostu denna i prostolinijna. W książkach zazwyczaj oczekujemy, że bohaterzy chociaż trochę się pomęczą by rozwiązać zagadkę, będą musieli sięgnąć po jakieś pomoce. Tutaj wszystko zamyka się w jeden dzień! I to nie chodzi tylko o znalezienie wskazówki, co to to nie, a o rozwiązanie całej przepowiedni i dotarcie do OSTATNIEJ zagadki! No cudowna drużyna! Wszelkie problemy rozwiążą za pstryknięciem palca. Jeśli chodzi o wątek rodzinny, to leży i kwiczy o dobicie, bo go w ogóle nie ma. Został tak zaniedbany i porzucony jak Wróżbiarstwo przez Hermionę.

      Co do bohaterki, to tego typu laski spotykałam w wattpadowskich opowiadaniach. Typowa Mary Sue, jakiej nie chcemy widzieć w książkach. Ani w serialach. Ani nigdzie. Tego typu postacie omijamy szerokim łukiem! To było takie irytujące czytać. Tak jak reszta bohaterów była strasznie infantylna. Jak ja walę suchary z dna studni, to oni wszyscy byli jeszcze dwa kilometry w dół.
      Ja naprawdę zastanawiam się jak ta banda głąbów tak szybko rozwiązała przepowiednie, bo miałam wrażenie, że oni wszyscy dzielą między sobą dwie ostatnie szare komórki. Może i jestem cięta na bohaterów, ale inaczej nie umiem. Od książek wymagam czegoś. Logiki. Rzeczywistości. Podstaw. Czasami, CZASAMI, przejdzie i Mary Sue, jeśli cała reszta jest dla mnie dobra, ale kiedy dostaję coś, co nie ma ani rąk, ani nóg, ani nawet tułowia czy miednicy, to jak ja mam się rozluźnić? Nie da się! Za to wkurzenie wchodzi na pełnej petardzie.

     Ta książka ma jeden, jedyny plus. Dzięki gniotom takim jak ona doceniam Legimi, że nie musiałam wydawać ani złotóweczki. Mimo szybkiego przeczytania żałuję każdej minuty poświęconej na tę pozycję. Słaba fabuła, słabi bohaterowie, naprawdę wszystko było słabe. Nie wiem co by można było zrobić, by to naprawić. Tej książce chyba zostało stracenie, bo w życiu jej więcej do rąk nie wezmę. A kolejnych tomów ani myślę tykać!

  Tytuł: Proroctwo Cieni
  Seria (tom): Elementals (1)
  Autor: Michelle Madow
  Tłumaczenie: Daria Kuczyńska-Szymala
  Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece / Young
  Liczba stron: 288
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2018

7 maja 2023

Kiedy coś świeżego jest kiepsko odgrzanym kotletem, czyli "Vamps. Świeża Krew" Nicole Arend

      Reklama tej książki dosłownie wyskakiwała mi wszędzie, na fb, tik toku, instagramie czy lubimy czytać. Jako miłośniczka wampirów nie mogłam przejść obojętnie!

      Dillon jest półwampirem, który w wieku osiemnastu lat dowiaduje się o swojej fantastycznej części osobowości. By poznać swoje wampirze dziedzictwo, udaje się do akademii wampirów, gdzie musi odnaleźć się w nowym świecie, do którego przynależy. Jednak okazuje się, że chłopak posiada niezwykłe moce, które mogą zburzyć dotychczasowy porządek.

- To naprawdę tutaj? – zapytała.
Wysoki, przystojny mężczyzna, który wydawał się zbyt młody na jej ojca, pojawił się z drugiej strony auta.
– A czego się spodziewałaś, Celeste? – warknął. – Ostrzegałem cię!
– Myślałam o czymś urokliwym, ale wyrafinowanym. Jak choćby Gstaad.
– Gstaad jest zbyt zatłoczone – odpowiedział jej ojciec. – Biorąc pod uwagę nasze wyjątkowe wymagania, to miejsce jest idealne.
      Fabuła jest nudna. Po prostu nudna. Dillon ma się szkolić na wampira. I tyle. Większość książki to lekcje, co jest spoko, pokazanie czego muszą się nauczyć wampiry, by funkcjonowały w społeczeństwie. Tylko też te przedmioty były dziwne, ale to już nie mi oceniać. Ogólnie czytając książkę miałam myśli “mamo, ja nie chcę, zabierz mnie stąd”. Serio. Główny temat to był seks, kto jest lepszy i silniejszy, dlaczego Dillon jest jaki jest i dziwne trójkąty miłosne niewynikające z żadnych stworzonych relacji (według mnie tam nie było żadnych relacji, tylko odgórne narzucenie “on będzie się lubił z nią, ona z nią, on z nim, a ci będą się między sobą kochać”). Nie o takie wątki romantyczne nic nie robiłam!
      To jest zwykła książka o wampirzych nastolatkach, których spuszczono ze smyczy i mogą się zabawić. Nic odkrywczego, nic nowego. To wszystko było! Marnie napisane lekcje i zajęcia również! O wiele ciekawiej ogląda się Dlaczego Ja czy inne Trudne Sprawy. Tam przynajmniej coś się dzieje. Nawet w dialogach nie dzieje się za wiele! Są durne, infantylne, zbędne i bezsensowne!

Lokalizację VAMPS utrzymujemy w ścisłej tajemnicy. Staramy się zminimalizować podróże do akademii i z niej. W związku z tym spędzicie z nami najciemniejsze miesiące aż do zakończenia roku szkolnego, które będzie miało miejsce trzydziestego pierwszego marca.
      Dillon jest jak kartka papieru. Charakter w ogóle nie napisany, płaski, a jego “wyjątkowość” to jedyne co go wyróżnia. Nic nie robi, fauła jakoś go przepycha do przodu. W nim nawet nie ma tej krztyny ciekawości, by poznać świat, do którego należy. Zachowuje się jak dzieciak, mający w dupie wszystko. Och, piję krew za setki tysięcy dolarów? Och well. Co z tego. I oczywiście to on został wybrany na przewodniczącego roku. No bo przecież jest najlepszy we wszystkim. Facet, który przez 18 lat żył jak człowiek okazuje się lepszy niż wampiry, które lata ćwiczyły i doskonalił swoje umiejętności. Jest na to jedna nazwa. GARY SUE. Tak spierdolonej postaci dawno nie widziałam.
      Pokładałam w Dillonie duże nadzieje, że okaże się wampirem, w którym dwie natury będą ze sobą walczyć, albo chociaż ta wampirza część będzie wyzwaniem, jeśli chodzi o obudzenie, ale nie jest, wręcz przeciwnie. Wampiryzm w nim obudził się bardzo łatwo i też bardzo szybko przejął kontrolę nad człowieczą częścią Dillona. Z jednej strony to logiczne, wampiry są silniejsze od ludzi, ale z drugiej strony po co cały czas było podkreślane, że on jest półwampirem, skoro jego wampirza część całkowicie zdominowała, a z człowieczeństwa zostały mu tylko nawyki.
      Postacie drugoplanowe wcale nie lepsze. Kopiuj-wklej. Wszystkie identyczne. Zero zróżnicowania! Myliły mi się niesamowicie właśnie przez to, że żadna z nich nie wyróżniała się niczym szczególnym. A nie, przepraszam. Jeden chłopak był przystojny, a jedna dziewczyna znała się na technologii. Co było wspomniane raz albo dwa na całą książkę, a przynajmniej takie ma się wrażenie. I tyle.

     Kocham wampiry. To moja nastoletnia miłość i zawsze się cieszę, jak ktoś sięga po tę rasę. Jednak ta książka jest bez dobrej fabuł, z kompletnie niewykreowanym światem i z dennymi bohaterami. Nic dobrego tam nie ma. Kompletnie nic. Jedyny plus? Szybko się czytało i nie zmarnowałam aż tak dużo czasu. Zdecydowanie odradzam!
Pełnokrwiste, mroczne fantasy z wampirami w roli głównej - guzik prawda!

  Tytuł: Vamps. Świeża krew
  Seria(tom): Vamps(1)
  Autor: Nicole Arend
  Tłumaczenie:Michał Zacharzewski
  Wydawnictwo: Jaguar
  Liczba stron: 384
  Gatunek: fantastyka
  Rok wydania: 2023